WATAHA kręci się po Bieszczadach

Serial „Wataha” będzie pełen dramatycznych zwrotów akcji. Nz. scena z udziałem Leszka Lichoty (Wiktor Rebrow) i Dagmary Bąk (Aga Małek). Fot. Krzysztof Wiktor
Serial „Wataha” będzie pełen dramatycznych zwrotów akcji. Nz. scena z udziałem Leszka Lichoty (Wiktor Rebrow) i Dagmary Bąk (Aga Małek). Fot. Krzysztof Wiktor

To właśnie w Bieszczadach powstaje pierwszy europejski, oryginalny serial HBO. Kulisy jego powstawania zdradzili nam m.in. główni aktorzy: Leszek Lichota oraz Andrzej Zieliński.

Skuty kajdankami, słaniający się na nogach, brnący w strumyku mężczyzna w mundurze Straży Granicznej ostatkiem sił dociera do drewnianej chaty w środku lasu… – Kamera, stop! – słyszymy nagle, a Leszek Lichota, którym okazuje się być ten wyczerpany człowiek, wstaje pełen sił, gotowy do kolejnego dubla – tak wyglądają kulisy jednej ze scen nowego serialu HBO, pt. „Wataha”, który powstaje w Bieszczadach.

Bieszczadzka kraina po raz kolejny skusiła filmowców. Tym razem w plenery naszych gór zjechała ekipa HBO i ATM Grupa. Cel – nakręcić serial o życiu i pracy Straży Granicznej. – Czy naszą ambicja było zrobić serial dokumentalny? Nie. Chcieliśmy zrobić jak najlepszy fabularny serial ze świetną obsadą, taki, w którym będzie momentami straszno, ale momentami śmiesznie – wyjaśnia Artur Kowalewski, scenarzysta i producent wykonawczy z ramienia ATM Grupa. – Od początku wiedzieliśmy, że ten serial chcemy zrobić w Bieszczadach – zaznacza pochodząca z Ustrzyk Dolnych Izabela Łopuch, szefowa produkcji HBO Polska, producent serialu.

Bohaterowie na granicy
Skąd tytuł „Wataha”? – Interpretacji jest wiele – tak tłumaczy tytuł serialu Leszek Lichota, grający jednego z głównych bohaterów, Wiktora Rebrowa. – Pierwsze skojarzenie to stado wilków, które w tym serialu odgrywają dosyć istotną rolę. Tytułowa Wataha do grupa pograniczników, kompilacja jednostki specjalnej ze strażą graniczną, w której jest hierarchia, która musi ze sobą współpracować, a czasami walczyć – wyjaśnia.

Andrzej Zieliński gra Konrada Markowskiego.
Andrzej Zieliński gra Konrada Markowskiego.

Leszek Lichota to nie jedyna gwiazda w tej grupie. Wśród odtwórców głównych ról znaleźli się bowiem m.in.: Bartłomiej Topa, Andrzej Zieliński, Marian Dziędziel, siostry Aleksandra i Magdalena Popławskie. W obsadzie jest także pochodzący z okolic Jarosławia Wojciech Czerwiński.

Ci wszyscy, którzy spodziewają się po „Watasze” prostej opowieści o strażnikach czyhających na przemytników, mile się rozczarują. – Świat watahy jest trochę mroczny, to gęstwina emocjonalna. To wybory, przed którymi codziennie stają ci ludzie. Strażnik może iść granicą i zobaczyć ojca, matkę z dwójką dzieci i może ich zatrzymać, wysłać na dołek i do ośrodka dla uchodźców, ale może też podjąć inną decyzje. Może zawiązać w tym czasie buta i udać, że nic nie widział. To jest serial o najpoważniejszych wyborach, jakich ludzie dokonują. Nasi bohaterowie są postawieni w takich momentach, że nie wiedzą, czy zaraz zginą, czy przeżyją. Chodziło nam właśnie o ten rodzaj emocji – przekonuje Kowalewski.

Okazało się, że emocje udzieliły się nawet samym gwiazdom serialu. – Aktorzy naprawdę się wzruszali. Nie w ramach swojej sztuki aktorskiej, tylko byli w sytuacjach tak ostatecznych, że one ich dotyczyły. Zdarzały się momenty absolutnych emocji niewymyślonych przez nikogo. To jest fantastyczne, dlatego warto to robić! – podkreśla scenarzysta.

Reżyser bez krzesełka
Praca w plenerze nigdy nie jest łatwa, szczególnie na tak trudnym i wymagającym terenie. Najlepiej wie o tym Kasia Adamik, jedna z dwóch reżyserów serialu (pierwsze 4 odc. reżyserował Michał Gazda). – Cała produkcja jest trudna, a dodatkowo powstaje na nieprzetartych szlakach, jakimi są Bieszczady – mówi córka Agnieszki Holland. – Krótki dzień, „uciekające” słońce, do tego duży stres, bowiem sceny dzienne trzeba skończyć przed godz. 15.30, gdyż później jest już ciemno. Ponadto niebezpiecznie zbliżamy się do zimy. Jesień jest najpiękniejszą porą roku do kręcenia. Po pierwsze są wspaniałe kolory, jest niższe światło. Lato, wbrew pozorom, jest bardzo niefotogeniczne, bowiem wszystko jest płaskie i zielone – dodaje. Nieprzewidywalna pogoda sprawia, że obowiązkowym elementem zawartości plecaka, jaki nosi ze sobą, jest przeciwdeszczowe ponczo i czapka. – Parę razy mnie uratowały, bowiem tutaj jest bardzo zmienna pogoda. Jest piękne słońce, a godzinę później leje deszcz – wyjaśnia. Co jeszcze kryje w reżyserskim plecaku? Latarkę i scyzoryk, scenariusz i chrupki bezglutenowe. – Na ogół się przydaje coś do przegryzienia, zwłaszcza tutaj, w bieszczadzkiej dziczy, gdzie nie wiadomo, czy kanapki dojadą na czas, a człowiek głodny jest o różnych porach – tłumaczy. Zapytana o krzesełko reżysera, które kojarzy się z filmowymi produkcjami, odpowiada ze śmiechem: – Jeśli mam jakiś fotel, krzesło z moim nazwiskiem, to jeszcze go nie widziałam.
Rzeczywiście, na planie ani śladu krzesła, a reżyserkę możemy zobaczyć siedzącą np. na skrzynce.

Nie spier… tego!
Co jest najtrudniejsze na planie? Z pewnością zależy to od punktu widzenia. – Dla mnie najtrudniejszą rzeczą jest uwaga operatora przed kolejnym ujęciem: „Nie spierdol tego!” – śmieje się Leszek Lichota, zajadając się ciepłą zupą w barobusie. – Mówiąc poważnie, to najtrudniejszą rzeczą jest to, po co właściwie tutaj przyjechaliśmy czyli, że ma być trudno i ma być to widać na ekranie. Dzikie zwierzęta, ekstremalne warunki, dzika przyroda, dzikie rwące rzeki – przekonuje. Aktor właśnie wrócił z planu sceny, opisanej na wstępie. – To była łatwizna! Poza tym, że w butach miałem jezioro o temperaturze 3 stopni, to wszystkie inne było proste – dodaje Lichota, który na potrzeby serialu musiał się nauczyć języka ukraińskiego. – Bardzo szybko się go nauczyłem, ale też bardzo szybko go zapomniałem – śmieje się aktor. Innym wyzwaniem jest… bieg wyczynowy po lesie. – To zupełnie co innego od biegania np. w mieście. Głównie chodzi tutaj o technikę. Zbieganie z góry, po mokrych liściach i korzeniach grozi w każdym dublu uszczerbkiem na zdrowiu i to trwałym – podkreśla.

Michał Gazda, reżyser serialu.
Michał Gazda, reżyser serialu.

– Wbrew pozorom, najdłużej kręci się… najkrótsze sceny. Do tej pory najdłużej kręciliśmy scenę, w której pada… tylko jedno zdanie. Długie, dialogowe sceny, gdzie jest dramaturgia, są o wiele łatwiejsze. Jak się „złapie” tę dramaturgię, to potem już samo idzie. Czasami jest proste ujęcie, a robi się je 12 razy, a czasami jest trudne ujęcie, a robione dwa razy, wychodzi świetnie. Nie ma reguły – zdradza Adamik.

Na planie nie obeszło się również bez zaskakujących, a nawet niebezpiecznych sytuacji. – Mieliśmy na planie niedźwiedzie. Mimo tego, że były tresowane, nie za bardzo chciały poddać się rygorowi scenariusza. Jeden niedźwiedź miał bardzo proste zadanie do wykonania, a mianowicie przejść z punktu A do punktu B. Poniżej była wykopana dziura, w której siedzieli kaskaderzy, udając naszych aktorów – zaczyna anegdotę Iza Łopuch. – Niesforny misiek wciąż nie chciał przejść tą trasą, o którą go prosiliśmy. W pewnym momencie podszedł do tego bajorka, łapką zaczął się maczać, po czym… wpadł do niego. Wówczas wszyscy zamarli, łącznie z kaskaderami, którzy byli w odległości pół metra od niedźwiedzia. Kamery jednak „szły”, w związku z czym „szły” także w momencie, jak misiek się pozbierał i wyszedł z tej wody. Dopiero wówczas reżyser Michał Gazda powiedział: „stop”. Mając takie ujęcie, przebudowaliśmy tę scenę w taki sposób, aby pokazać miśka wpadającego i wydrapującego się z bajora – dodaje.

Inna, tym razem zabawna scena stała się udziałem Andrzeja Zielińskiego. – Kręciliśmy sceny na strażnicy w Ustrzykach Górnych. Byłem w kostiumie i wyszedłem na papieroska z dwoma kolegami – prawdziwymi strażnikami. W międzyczasie przyjechało dwóch komandosów, którzy rzekomo wcześniej dzwonili, że przyjadą i zostawią samochód. Stoję sobie, palę papierosa, po czym podchodzi jeden z nich do mnie i mówi: „Pan jest oficerem dyżurnym?” Ja odpowiadam: „Komendantem”. A on na to: „Panie komendancie, przepraszam panie majorze, yyy, bo myśmy chcieli tutaj te samochody zostawić, bo jutro jedziemy…” Na co ten drugi z komandosów mówi do tego pierwszego, bacznie się mi przyglądając: – Nie no, przestań stary, przecież to jest ten aktor, yyyyyy… Casting okazał się zatem dobry, bowiem przez chwilę byłem prawdziwym majorem – śmieje się serialowy „szeryf”.

Mieszkańcy też grają
Strażnica w Ustrzykach Górnych to nie jedyne miejsce, gdzie powstawały sceny do serialu. Kręcono tez m.in. w Stuposianach, Berezce, w wypalarni węgla w Smolniku, w Rabem i na zaporze w Solinie. Udział w produkcji HBO mają tez okoliczni mieszkańcy. Nie tylko wystąpili w roli statystów, ale byli też niezwykle pomocni ekipie filmowej.

– Bardzo fajnie nam się tutaj współpracuje. To jest coś, czego rzadko się doświadcza w miejscach, gdzie produkcje toczą się nieustająco. Nie mówię tu już nawet o Warszawie, ale i o Krakowie czy Wrocławiu. Tam ludzie są tacy jacyś, mówiąc brzydko, zblazowani. Tutaj natomiast jedziemy np. kawalkadą samochodów, a na drodze stoi wielki wóz z drewnem. Prosimy pana, żeby przerwał na pół godziny swoją pracę, żebyśmy mogli przejechać i on to robi. I to jest fajne. To jest też jakaś opowieść właśnie o tym miejscu – podkreśla producentka serialu. – Bardzo cenimy sobie też współpracę ze strażą graniczną. Zarówno od strony czysto merytorycznej, bo bardzo wnikliwie przeszli z nami przez wszystkie teksty, opisali procedury, zapoznali z tym, jak wygląda taka czy inna akcja, sposób działania strażników. Ale też nie odmówili pomocy użytkowej – dodaje.

– Pracując w Bieszczadach wszyscy wiedzą, że dotykają czegoś prawdziwego. Spotykamy się z osobami, które mają wpływ na nasz świat. Ja rozmawiałem np. z ludźmi od ziołolecznictwa, od wilków, niedźwiedzi – dziesiątki różnych spotkań, na bazie których powstawała moja wiedza. Wcześniej nie wiedziałem np., że istnieje w Bieszczadach takie zioło jak lulecznica krajeńska, które składa się w 90 proc. ze skopolaminy – eliksiru prawdy. Nie wiedziałem też, że ludzie od zwierząt uważają niedźwiedzie za małomózgie bydlęta, które nie wiedząc co się dzieje, są w stanie zagrozić człowiekowi. Nie miałem pojęcia, że wilk w tych górach średnio żyje ok. 3,5 – 4, 5 roku. Okazało się, że to wynik walk pomiędzy nimi oraz skutek zetknięcia z samochodami czy myśliwymi. Cała wiedza pozwala nam ulepić później z historii coś jak najbardziej prawdziwego – przekonuje Artur Kowalewski.

Bieszczadzka defloracja
Pobyt w Bieszczadach to dla Leszka Lichoty nie tylko praca, ale i sentymentalna podróż w te tereny. – Często przyjeżdżałem tutaj 20 lat temu, jako nastolatek. Teraz stwierdzam, że naprawdę niewiele się zmieniło. Tzn. kiedyś przyjeżdżało się pod namiot i spało się u gospodarza na polu, a teraz prawie każdy gospodarz ma taki domeczek do wynajęcia i to tyle zmian. Na szczęście. Bardzo dobrze, że jest taki dziki zakątek, jakim są właśnie Bieszczady – podkreśla.

Co ciekawe, pochodzący z Tarnowa Andrzej Zieliński do tej pory w Bieszczadach był … tylko raz. – To było w jakiejś pradawnej młodości, nad Soliną zdaje się, ale nie mam większych przebłysków pamięci z tego pobytu. Dlatego też pewnie mój zachwyt Bieszczadami jest tym większy, bo traktuję to jaką taką moją bieszczadzką deflorację – śmieje się. – Nie mam za bardzo szans, aby sobie je pooglądać i np. pójść na połoniny, bo, po pierwsze, pora roku już nie ta, po drugie, ja tutaj pracuję. Ale zamierzam tu wrócić… – kończy tajemniczo. Czyżby w planach był kolejny sezon serialu?…

Aneta Jamroży, Marcin Jeżowski

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Newest
Oldest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
czytelnik
czytelnik
7 lat temu

Bieszczady to mój klimat wyjeżdżam tam kiedy tylko mogę, to miejsce ma swój urok o każdej porze roku.
WATAHĘ na pewno oglądnę już się nie mogę doczekać.
Rewelacyjna osada aktorska w szczególności pan Marian Dziędziel
filmy z jego udziałem to mistrzostwo w każdym calu.