Wielki schron pod małym domkiem

Główne pomieszczenie narad. Obecnie puste, kiedyś doskonale wyposażone, jak zresztą cały schron. Fot. Marcin Jeżowski

Główne pomieszczenie narad. Obecnie puste, kiedyś doskonale wyposażone, jak zresztą cały schron. Fot. Marcin Jeżowski

Rzeszowski bunkier o powierzchni 400 mkw. jest najprawdopodobniej jednym z czterech tego typu obiektów w Polsce. 

Na pierwszy rzut oka nic wyjątkowego. Dom, jakich w okolicy wiele, otoczony ogrodem, na bramce tabliczka: uwaga pies… To jednak tylko pozory. Posiadłość przy ul. Królowej Marysieńki skrywa bowiem sporo tajemnic ukrytych pod powierzchnią ziemi. Pod budynkiem rozciąga się szereg pomieszczeń, korytarzy i tajemnych przejść, które przez lata pełniły funkcję schronu…

Dopiero od niedawna okazało się, że stolica Podkarpacia skrywa bardzo okazały i nowoczesny jak na drugą połowę ubiegłego stulecia schron, który był w stanie ochronić nawet kilkadziesiąt osób na wypadek wojny. Dziś, przy obecnej technologii wojskowej pewnie by się nie sprawdził, jednak w czasach, kiedy go wybudowano, był gwarancją bezpieczeństwa. Umownie nazwano go „Marysieńka”. Jednak nie na cześć ukochanej genialnego stratega, jakim był Napoleon, ale ulicy, przy której się znajduje.

Tajne przez poufne
- Schron zbudowano w latach 1956 – 60. W momencie jego powstawania wokół było pusto. Bunkier i położony nad nim dom oddzielał od „reszty świata” szeroki na 200 m pas ochronny. W bezpośredniej okolicy obiektu nikt nie mógł się budować. W późniejszych latach pas był systematycznie zwężany, a obecnie cała działka znajduje się pośród innych zabudowań – wyjaśnia pan Adam, który przez 20 lat był konserwatorem urządzeń w bunkrze.

Nie każdy mógł objąć takie stanowisko z racji tajności, jaką objęty był schron. – Musiałem uzyskać zezwolenie, tzw. certyfikat tajności. Wydawał go Urząd Ochrony Państwa. Dopiero po jego uzyskaniu, a trwało to ok. 3 miesięcy, mogłem zejść na dół. Wcześniej jedynie do górnej (naziemnej) części miałem dostęp – dodaje. O istnieniu bunkra wiedziało bowiem wąskie grono osób, na czele z szefostwem obrony cywilnej i wojewodą. Oprócz pana Adama, wtajemniczony był także jego kierownik, który wraz z rodziną, zamieszkiwał dom, czyli część nadziemną schronu. W ten sposób próbowano uwiarygodnić fakt, że nic niezwykłego tam się nie znajduje. Ale sąsiedzi wiedzieli swoje…

Z zewnątrz typowy dom, jakich w okolicy jest sporo. Niewiele osób wie, że pod nim kryje się olbrzymi bunkier, w którym schronić się mogło nawet 100 osób.

Z zewnątrz typowy dom, jakich w okolicy jest sporo. Niewiele osób wie, że pod nim kryje się olbrzymi bunkier, w którym schronić się mogło nawet 100 osób.

- Ludzie mieszkający w okolicy zdawali sobie sprawę, że coś tam pod ziemią jest wybudowane, choć nie znali szczegółów. Nie próbowali jednak mnie dopytywać, co jest w środku, a z kierownikiem byli tylko na zwyczajowe „dzień dobry” – wspomina pan Adam.

Niewiedza ludzi na temat tego, co w rzeczywistości znajduje się przy ul. Królowej Marysieńki sprawiła, że wokół schronu narosły legendy, nawet takie, że na tym terenie znajdują się… wyrzutnie rakiet Pershing.

Do 2009 r. obiekt był administrowany przez Urząd Wojewódzki. Następnie decyzją Ministra Skarbu Państwa został przekazany do zasobu nieruchomości Skarbu Państwa prowadzonego przez Prezydenta Miasta Rzeszowa. Rok później przekazał on go Samorządowemu Kolegium Odwoławczemu, a potem ponownie wrócił do Urzędu Miasta.

Przeżyłoby 100 osób przez 21 dni
- Stan budynku, jaki zastałem. był dobry. Nie może to dziwić, bowiem przez cały czas utrzymywano go w stanie technicznym sprawnym i był w każdej chwili gotowy do zasiedlenia i użycia. Często miały miejsce także kontrole z Urzędu Wojewódzkiego, bowiem to on finansował i remontował cały obiekt – wspomina pan Adam, który pracę w schronie rozpoczął pod koniec lat 80.

- Na tamte czasy schron był bardzo dobrze wyposażony. Oprócz typowych dla domu łóżek, krzeseł, biurek czy łazienek, schron może pochwalić się zaawansowanymi jak na tamte czasy rozwiązaniami. Takimi były m.in. automatyczne wyłączanie prądu, agregat na wypadek awarii zasilania z miasta, własna woda i kanalizacja, własne ogrzewanie centralne, kotłownie, wentylacje, butle z powietrzem. Urządzenia były zawsze dublowane. Tak więc w przypadku awarii jednego, jego obowiązki przejmował drugi. Schron był obiektem samowystarczalnym, w którym można było przetrwać nawet 2 tygodnie, a przy obostrzeniach (racjonowaniu wody i jedzenia) aż 21 dni. W pierwszej wersji był przewidziany na około 50 – 60 osób. Jeżeli wymagałyby tego warunki, pojawiła się koncepcja, zresztą nigdy nie sprawdzona, która zakładała, że jedna ekipa spała, druga pracowała. Wówczas w schronie mogło przebywać jednocześnie ponad 100 osób.

Drzwi prowadzące na zewnątrz budynku dawno nie były otwierano. Świadczą o tym chociażby pajęczyny, jakie tam zastaliśmy.

Drzwi prowadzące na zewnątrz budynku dawno nie były otwierano. Świadczą o tym chociażby pajęczyny, jakie tam zastaliśmy.

Coraz nowocześniej
Z roku na rok obiekt stawał się coraz bardziej nowoczesny, na skutek modernizacji poszczególnych urządzeń. – Wymienialiśmy radiotelefony na wiele mniejsze, niemal miniaturowe. Przedtem paliło się węglem, potem był nowy piec, a teraz piec Buderusa na olej opałowy, który gromadzony był w olbrzymim zbiorniku o pojemności 14 tys. litrów. Cały obiekt ogrzewany był z dołu. Powietrze z zewnątrz czerpano z kolei przez specjalne filtry. Do dziś pozostały tam skrzynie opisane cyrylicą. Znajdują się w nich radzieckie wkłady do filtrów powietrznych, których my nie produkowaliśmy i sprowadzaliśmy ze wschodu – tłumaczy pan Adam.

Jednym z zadań bunkra była ochrona przed zagrożeniem chemicznym. – Co roku sprawdzaliśmy szczelność chemiczną. Wentylatory chodziły, zamykało się drzwi, zalewało się kratki ściekowe wodą i na manometrach sprawdzało, czy w ciągu załóżmy 8 godzin powietrze ucieka czy nie. Cały odczyt musiał się mieścić w ściśle określonej tolerancji. Zazwyczaj takie przeglądy robiło się po zimie, bowiem przy drzwiach było dużo elementów gumowych, które z czasem ulegają zbutwieniu – wyjaśniał nasz rozmówca. – Ponadto co 4 lata wymieniało się akumulatory i w razie odcięcia prądu z zewnątrz były one wykorzystywane – dodaje.

Ścieki w ogrodowym kopcu
Dziś po wejściu do samego schronu na pierwszy rzut oka widać nieubłagany upływ czasu. W powietrzu unosi się zapach stęchlizny, ze ścian odpryskuje farba, nie ma też śladów żadnej ludzkiej bytności. Wrażenie robi przede wszystkim imponująca powierzchnia (ok. 400 mkw.) pełna krętych korytarzy i pomieszczeń, które nie mają końca.

Niemal wszędzie napotykamy pancerne drzwi, ciągnące się w nieskończoność kable, nadgryzione zębem czasu megafony i głośniki, czy informacyjne tablice, jak choćby ta z napisem: „Przestrzegaj tajemnicy służbowej”. Wrażenie robią też archaiczne centrale, pomieszczenie z agregatem prądotwórczym i hydrofornią czy systemy wentylacyjne. Nie sposób także nie wspomnieć o tajemnych pomieszczeniach i przejściach, które prowadzą do wyjść ewakuacyjnych znajdujących się obok naziemnej części schronu. To nie jedyne elementy, które da się zauważyć w obszernym ogrodzie otaczającym dom nad schronem.

Do serca „Marysieńki” prowadzą liczne korytarze i hermetycznie zamykane drzwi.

Do serca „Marysieńki” prowadzą liczne korytarze i hermetycznie zamykane drzwi.

Kolejnymi są dwa kopce, które obecnie porasta roślinność i ciężko jest je zauważyć. Pełniły one jednak bardzo ważne funkcje. – Jeden z nich to kopiec kanalizacyjny. Pompy wyrzucały ścieki na górę, gdzie następnie trafiały do szamba, które w późniejszym okresie zostało połączone z kanalizacją miejską. Wcześniej, raz na tydzień przyjeżdżał samochód MPGK, który opróżniał zbiornik. W drugim kopcu natomiast jest chłodnica agregatu prądotwórczego – tłumaczy pan Adam.

W oczy rzucają się także pozostałości po antenach, które zazwyczaj leżały na specjalnych fundamentach, a w razie konieczności były podnoszone.

Mimo blisko 50-letniej gotowości schron nigdy nie miał okazji sprawdzić się „w boju”. – Czekaliśmy na wyższe zagrożenie i dzięki Bogu się nie doczekaliśmy – podsumowuje pan Adam.

Aneta Jamroży, Marcin Jeżowski

do “Wielki schron pod małym domkiem”

  1. symplicjusz

    Marysieńka to była królowa Sobieska a nie Napoleonowa.
    Napoleonowa to była pani Walewska i nie królowa tylko nałożnica wpuszczona cesarzowi Francuzów do sypialni przez polski obóz patriotyczny, mająca w zamian za figle migle i spełnianie cesarskich fantazji erotycznych wymolestować u napalonego Napoleona rozwiązania korzystne dla sprawy polskiej.

  2. Zabiedka

    A jaki czeka go los to się już nie dowiemy? Czy nowy schron jest budowany też się chyba nie dowiemy?

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.