Wiosna może być radosna

Mateusz Cetnarski i Łukasz Trałka (z prawej) byli gośćmi SMS-u Resovia. Fot. Wit Hadło

PIŁKA NOŻNA. Pomocnik Lecha Poznań i reprezentacji Polski ŁUKASZ TRAŁKA o szansie dla młodych piłkarzy, powrocie do kadry i dystansie do samego siebie.

- Dziś młodzi mają lepszy start do piłki niż wtedy, gdy pan zaczynał?
- Zdecydowanie. Powstały orliki, wyrastają szkoły. Są w Rzeszowie, Ropczycach, zresztą pod moim patronatem, ale mam wrażenie, że chętnych do gry jest znacznie mniej. Świat się zmienił, dzieciaki mają teraz więcej atrakcji, mogą spędzić czas na przykład przy playstation. Przy futbolu zostaną najwytrwalsi i oni dostaną z pewnością więcej szans, niż ludzie z mojego pokolenia. Częściej wyjadą na turnieje, któryś ze skautów zajrzy na Podkarpacie. Łatwiej będzie się stąd wydostać.

- Panu kto najbardziej pomógł na początku?
- Mój ojciec był dyrektorem Uczniowskiego Klubu Sportowego Górka Ropczyce, więc do piłki byłem niejako przypisany. W młodzieńczych latach najwięcej zawdzięczam Antoniemu Hajnasowi, znakomitemu trenerowi młodzieży z Ropczyc.

- Ostatnio znów jest o panu głośno. Zanotował pan bardzo dobrą rundę w Lechu, wrócił do reprezentacji i zagrał w towarzyskim meczu przeciwko Urugwajowi. Jest się z czego cieszyć.
- Faktycznie, ostatnie pół roku było dla mnie całkiem udane. Gra w kadrze to jest coś, a powołanie od trenera Waldemara Fornalika dowodem na to, iż nawet z polskiej ligi można trafić do reprezentacji. Kto wie, może wiosna będzie jeszcze bardziej radosna? Lech ma niewielką stratę do Legii, powalczymy o tytuł.

- W reprezentacji wystąpił pan już siedem razy, debiutował jeszcze u Leo Beenhakkera w 2008 roku. Sęk w tym, że to wszystko były mecze towarzyskie, nierzadko rozgrywane podczas zgrupowania, z dala od domu, bez kibiców.
- Gra w kadrze to marzenie każdego piłkarza. Nie wolno wybrzydzać nawet na spotkania towarzyskie, choć przyznaję: wszystkie te mecze zamieniłbym na jeden o punkty. Być może dostanę kiedyś taką szansę. Choć są i takie spotkania towarzyskie, które na długo zostają w pamięci. Dla mnie wielką frajdą i zaszczytem był krótki występ przeciwko Casillasowi, Sergio Ramosowi, Xaviemu i Inieście. Przegraliśmy wówczas z Hiszpanią aż 0-6.

- Już wczesną wiosną kolejne mecze eliminacji do mundialu. Eugen Polanski może się czuć zagrożony?
- Wiem, jaki dałby pan tytuł w gazecie, gdybym przytaknął (śmiech).

- W Poznaniu już się pan zadomowił?
- Nie miałem z tym większego problemu, podobnie jak z wejściem do szatni Lecha, choć każda szatnia jest inna. Los rzucał mnie po całej Polsce, mieszkałem w Szczecinie, Łodzi, Gdańsku, Warszawie i muszę przyznać, że wszędzie było fajnie. Najważniejsze w tym życiu na walizkach jest to, aby mieć koło siebie bliskich. Moja rodzina jest ze mną w Poznaniu, więc wszystko gra.

- Co to jest “trałkowanie”?
- Nie odpowiem na to pytanie. Zadaje je każdy dziennikarz, więc temat uważam za wyczerpany.

- Nie miałem niczego złego na myśli. Wprost przeciwnie, zaimponowała mi pana reakcja na popełniony przez siebie błąd. Chyba niewielu piłkarzy ma do siebie aż taki dystans?
- Dziś kamery śledzą każdy ruch piłkarza, każde zagranie. Są portale internetowe specjalizujące się w wyłapywaniu błędów. Trzeba się z tym pogodzić, uodpornić, a nawet pośmiać z samego siebie. Ja nie mam z tym problemu.

- Święta spędzi pan w domu czy też może wyskoczy gdzieś do ciepłych krajów?
- Zostaniemy w domu. Zdążyliśmy się z żoną stęsknić za swoimi rodzinami, bo w sezonie rzadko mamy okazję tu przyjeżdżać. Z tego też powodu krótki urlop gdzieś na plaży kompletnie nas nie interesował.

- Czego panu życzyć w 2013 roku?
- Zdrowia. Reszta sama się ułoży.

Rozmawiał TOMASZ SZELIGA

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.