Wolałam umrzeć niż przytyć…

Iza powoli powraca do świata żywych. Fot. Wit Hadło

Przez blisko 18 lat katowała swój organizm drakońską dietą i morderczymi ćwiczeniami. Kiedy groziła jej już śmierć głodowa, podjęła walkę z chorobą. I zaczyna wracać do życia.

- Mając 14 lat byłam gruba, ważyłam 70 kilogramów, więc gdy zaczęłam odchudzanie ograniczając jedzenie i ćwicząc, wszyscy mnie wtedy wspierali – mówi 32 letnia dziś Izabela M. z Sanoka. Jej odchudzanie o mały włos skończyłoby się jednak śmiercią, gdy wycieńczony do granic możliwości organizm odmówił posłuszeństwa. Z wagą 38 kg, przy wzroście 164 cm, tuż przed rozpoczęciem I roku studiów na Technologii Żywienia, trafiła do Kliniki Psychiatrii w Warszawie, gdzie zaczęto ją “tuczyć”, czyli zaczęto, wbrew jej woli, walkę o jej życie.

Tak zaczęła się jej kilkunastoletnia walka ze straszną chorobą, jaką jest anoreksja. Choroba o podłożu psychicznym, która polega na zwykłym głodzeniu się, a która dotyka coraz młodsze osoby, wręcz dzieci.

- Nie chciałam zostać w klinice, płakałam, prosiłam, ale ordynator powiedział twardo, że mój stan zagraża życiu, więc jeżeli nie wyrażę zgody, to on zawiadomi prokuraturę. Zostałam więc, to był oddział zamknięty, kraty w oknach, drzwi bez klamek, wytrzymałam trzy miesiące. Utuczono mnie do 44 kg – wspomina Izabela.

“Ładnie wyglądasz” – było dla niej jak obelga  
Po powrocie do domu, pierwsza spotkana osoba powiedziała jej, że ładnie wygląda, a w nią jakby piorun strzelił. Ładnie? To znaczy, że znowu jest za gruba. Wróciła więc do swoich zwyczajów niejedzenia i katowania się ćwiczeniami. Znowu nie czuła głodu, a więc nie miała potrzeby jedzenia, nie miała na nic smaku, więc wystarczało jej kilka plasterków ogórka wieczorem, albo szklanka soku pomidorowego. – Chodziłam na siłownię, biegałam, jeździłam na rowerze (lub łyżwach w zależności od pory roku) i namiętnie robiłam “brzuszki”.

W ten sposób systematycznie i konsekwentnie wyniszczała swój organizm. Co jakiś czas – co kilkanaście dni, niekiedy co kilka miesięcy – trafiała do szpitala. W ciągu kilku lat zaliczyła oddział nerwic w lubelskiej klinice psychiatrii i oddział psychiatryczny w szpitalu w Brzozowie. Kilkakrotnie lądowa też w lecznicy w Sanoku. Niestety, w żadnej placówce nie udało się lekarzom trafić do jej głowy, gdzie siedziała choroba. Za każdym razem na jej wychudzonym ciele przybywało trochę ciała, dwa – trzy kilogramy, tyle, żeby mogła przeżyć, a w wypisie można było napisać “wychodzi w stanie ogólnym dobrym”. Wychodziła więc ze szpitala i zaczynała się odchudzać z tego, czego na niej nie było.

To był horror dla rodziców
- Na początku tata próbował na mnie wymusić jedzenie, stawiał na stół talerz zupy i mówił: – Nie zjesz, nie wyjdziesz na dwór, nici z roweru. Odsuwałam więc talerz i rezygnowałam z wyjścia czy jazdy, zawsze mogłam w domu poćwiczyć brzuszki – mówi Izabela. – Do jedzenia nie zmusił mnie nawet wtedy, gdy zakazał mi zrobienia prawa jazdy. Nie, to nie.

Rodzice często płakali z mojego powodu. Katusze przeżywała moja mama, w niektórych okresach byłam tak słaba, że musiała mnie kąpać czy czesać. Zresztą sama nie chciałam patrzeć do lusterka, bo może znowu przytyłam…

W okresach długich głodówek, potrafiła nic nie jeść przez kilka miesięcy, była tak słaba, że nie mogła chodzić, więc zamiast pomocy od dorosłej córki, matka musiała ją pielęgnować jak dziecko. W którymś momencie zaczęły jej pękać naczynia krwionośne na nogach, znowu trafiła do szpitala, gdzie zaczęto ją odżywiać dojelitowo.
- Kiedy ważyłam zaledwie 34 kg, mama musiała ze mną spać, bo ciśnienie tak mi spadało, że zanikało mi tętno – mówi Iza. – Wtedy właśnie zobaczyła program Ewy Drzyzgi “Rozmowy w toku”, i napis “masz problem z którym nie możesz sobie poradzić, zadzwoń”. I mama będąc w desperacji, zadzwoniła.

Właśnie wtedy prowadzący program skontaktowali się z rodziną M. i skierowali Izę do  ośrodka, w którym pomagają takim jak ona chorym na anoreksję. Ośrodek był w Rzeszowie.

- Kiedy mama mnie tu przywiozła, nie chciałam nawet wejść. Walizkę kazałam zostawić na dworze. Po badaniu lekarze orzekli, że jestem w fazie śmierci głodowej. Zostałam więc. Jestem po dwóch turnusach. Tu czuję się bezpieczna. Nie myślę o moich kilogramach, nie wchodzę na wagę. Ale czuję się dobrze, jem kilka razy dziennie, co prawda nie mięso czy jakieś tłuste rzeczy, ale, zupę mleczną, ryż i ziemniaki, warzywa i kasze. Może nawet odnajduję przyjemność w jedzeniu. Nie mogę jeszcze się przemóc żeby zjeść coś słodkiego, czekoladę czy ciastka, ale w ogóle jem – mówi Iza.

Obecnie Izabela została w ośrodku już nie jako pacjentka, ale wolontariuszka – opiekunka takich nieszczęśniczek jak ona, borykających się z chorobą, która wyniszcza ich organizmy. Musi teraz polubić jedzenie, a przede wszystkim zaakceptować siebie taką, jaka jest, wtedy jej zmagania z chorobą mają szansę na sukces, długotrwały sukces, który pozwoli nie tylko na powrót do zdrowia, ale i przeżywanie radości i smakowanie życia. Smakowanie dosłowne.

Anna Moraniec

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.