Wróciłem do domu

Fot. Stal Mielec

PIŁKA RĘCZNA. PGNiG SUPERLIGA. Rozmowa z MICHAŁEM CHODARĄ, zawodnikiem Stali Mielec

Po roku nieobecności do lotniczego miasta wraca jeden z ulubieńców kibiców – Michał Chodara. Z „wykształcenia” jest skrzydłowym, ale poza bramką nie ma chyba na boisku pozycji, na której by nie występował. 33-latek uporał się z problemami zdrowotnymi i pełen sił oraz pozytywnego nastawienia znów założy koszulkę „Czeczeńców”. W ubiegłym sezonie razem z I-ligowym SPR-em Tarnów wywalczył awans do SuperLigi. Kiedy do drzwi zapukał jednak zespół, w którym spędził blisko dekadę, bez wahania wszedł drugi raz do tej samej rzeki.

– Zanim porozmawiamy o piłce ręcznej, chciałem zapytać o… sztuki walki. W piątek w Gdyni kibicował pan razem z kilkoma innymi graczami Stali debiutującemu w MMA Damianowi Kostrzewie. Jak wrażenia?
– Mnóstwo emocji! Z „Marianem” znamy się już lata, choćby ze wspólnych występów w Mielcu. W trakcie walki byłem chyba bardziej zestresowany niż on sam. Mocno go dopingowaliśmy, co zapewne słychać po moim głosie (śmiech). Pierwszy raz uczestniczyłem w takim wydarzeniu, także tym bardziej cieszy, że Damian wygrał. Mam nadzieję, że był to dla niego dobry początek ciekawej przygody, bo czekam na więcej!

– Widziałem za to, że pan poza handballem lubi rozegrać partyjkę tenisa.
– Trochę odbijałem, to fakt, choćby z Wojtkiem Zydroniem (były reprezentant Polski – red.). Niestety, ostatnio – zgodnie z poradą fizjoterapeutów – musiałem odstawić rakietę w kąt, żeby dodatkowo nie obciążać organizmu.

– Długo zastanawiał się pan nad powrotem do Mielca? Kto pierwszy wyciągnął rękę, a może był to taki „dwustronny romans”?
– Dobre określenie, myślę, że możemy to nazwać dwustronnym romansem (śmiech). Grając w Tarnowie, nie traciłem kontaktu ze Stalą. W końcu spędziłem tu aż 8 lat. Moim głównym celem był awans do SuperLigi i tego udało się dokonać, ale nie wahałem się długo, gdy pojawiła się propozycja z Mielca. Już wcześniej kilka razy spotkałem się z prezesem Kowalikiem, którego wizja dotycząca nowego sportowego projektu mnie przekonała. Wiadomo, ciężko było się rozstać z tarnowską szatnią, bo mieliśmy świetną atmosferę, ale życie to w końcu sztuka wyboru.

– Zawitał pan jednak do miejsca, które świetnie zna. To na pewno ułatwiło sprawę.
– Nie będzie wielkim nadużyciem stwierdzenie, że wróciłem do domu. Chyba potrzebowałem jednak takiego krótkiego odpoczynku, żeby spojrzeć na wszystko z chłodną głową. Miałem dość przegrywania i rywalizacji o przysłowiową pietruszkę. Liga była zamknięta, a kiedy o nic nie grasz, dla ambitnego człowieka może być to problematyczne. Jestem bardzo zmobilizowany, widzę wiele rzeczy w dobrym świetle, więc liczę, że w tym roku powalczymy o coś zdecydowanie więcej niż utrzymanie. Play-off to zresztą mój osobisty cel. Mam 33 lata na karku, a mogę powiedzieć, że jestem w najlepszej formie fizycznej w życiu.

– Z perspektywy czasu karierę pokrzyżowała panu chyba jednak zwłaszcza ta kontuzja w 2013 r. podczas mistrzostw świata w Hiszpanii?
– Bez wątpienia. Od tego momentu wiele rzeczy dotyczących mojego zdrowia zaczęło się sypać. Na pewno za szybko wróciłem po tak poważnym urazie, jakim jest zerwanie ścięgna Achillesa. Gwiazdor NBA Kevin Durant, który niedawno nabawił się podobnego urazu, ma dochodzić do zdrowia na spokojnie, przynajmniej 8 miesięcy. Ja grałem już po pół roku i to nie było rozsądne. Człowiek zaczął siłą rzeczy odciążać kontuzjowaną nogę, co doprowadziło do złej dynamiki, błędów w bieganiu i kolejnych urazów. Na szczęście obecnie nie mam żadnych problemów, wszystko jest zaleczone. W poprzednim sezonie w Tarnowie nic mi nie dolegało, no może poza złamanym nosem, ale na taką kontuzję już wielkiego wpływu nie miałem (śmiech).

– Współpracował już pan z nowym trenerem Dawidem Nilssonem?
– Nie. Chyba tylko raz spotkaliśmy się na boisku, jeszcze gdy był zawodnikiem Wybrzeża Gdańsk. Uważam, że to młody facet, który ma zarazem spore doświadczenie, bo grał w Hiszpanii czy w Skandynawii. Liczę, że przyniesie do nas trochę Zachodu, a to ważne, bo pewne pokolenie trenerów powinno sobie już dać spokój.

– A co z polską reprezentacją? Chyba musimy się przygotować na chude lata…
– Jeśli nic się nie zmieni w związku i sposobie szkolenia, będzie kiepsko. Świat już nam daleko ucieka, pojawiają się nowoczesne technologie, z których my niekoniecznie korzystamy. Smutne jest to, że kiedyś to Islandczycy czy Francuzi uczyli się od nas piłki ręcznej, a my teraz z kolei nie chcemy ich naśladować. To chyba kwestia tego, że momentami jesteśmy zbyt dumnym narodem.

Rozmawiał Tomasz Czarnota

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o