Wszechobecna łapówka czyli jak to się robi w Polsce

Pewne, specyficzne „wyrazy wdzięczności” w języku polskim określa się jako „wziątkę, a z rosyjska „wzjatkę”. W polskim języku potocznym jest też cała masa synonimów „wziątki” – haracz, bakszysz czy rebucha. W oficjalnym języku urzędowym, którym operuje CBA, to po prostu łapówka. O tym, że łapówka czy też „wzjatka” jest obecna niemal na każdym kroku mówią ludzie związani z firmami wykonawczymi. To oni są dawcami tych „wzjatek”. Biorcami zaś są wszelkiej maści urzędnicy – począwszy od prezesów spółdzielni mieszkaniowych na wójtach, burmistrzach czy prezydentach miast kończąc. To taki głęboki i wcale nie ukryty drugi nurt naszego życia inwestycyjno-zleceniodawczo-wykonawczego. Ot choćby na przykład kawałek chodnika – mógłby kosztować o dwadzieścia-trzydzieści procent mniej, gdyby nie konieczność dania komuś „w łapę”.

Firmy wykonawcze, aby żyć, muszą mieć zlecenia. Duże firmy wykonawcze czują się w miarę bezpiecznie, jeśli tak zwany portfel zleceń mają na rok-półtora do przodu. Muszą się sporo „nabiegać”, by go zapełnić. Pod tym „bieganiem” kryją się właśnie m.in. różne „wyrazy wdzięczności”. Drobni wykonawcy „biegają” na krótszych dystansach, ale zdecydowanie częściej. Dla nich portfel zleceń na rok-półtora do przodu, to szczyt marzeń, a przecież trzeba żyć i zapewnić byt rodzinie. Płacą więc haracz.

Działalność CBA w latach 2005-2007 skierowana była na łapanie, ale i na produkcję łapówkarzy politycznych. Na dalekim więc planie zostawiała największy obszar, w którym obowiązują łapówki, bo do przyjęcia lub dania „wzjatki” za wykonanie 200 metrów chodnika, raczej nie dałoby się namówić żadnego polityka ze szczytów władzy. Jeśli jednak to prawda, że największym zagrożeniem dla wolności gospodarczej, czyli gospodarki rynkowej, jest korupcja, to zagrożenie, jakie niosą ze sobą łapówki za zlecenie wykonania np. chodników są wielokrotnie większe niż jednorazowa „wzjatka”, i to nawet opiewająca na kilka milionów złotych. A to z tego prostego powodu, że chodników buduje się w całej Polsce rocznie kilkanaście tysięcy kilometrów. Jeśli więc wykonawca musi dać zlecającemu „wziątkę”, by złapać robotę, to wiadomo, że kwota, na którą owa „wziątka” opiewa, będzie wliczona w koszt zlecenia. Będą to więc koszty ze społecznego punktu widzenia absolutnie niepotrzebne. Policzenie tych kosztów wcale nie byłoby trudne. Wystarczy wziąć z rocznika statystycznego GUS dane dotyczące liczby kilometrów nowych chodników, metrów kwadratowych kostki brukowej, asfaltu, kilometrów sieci wodociągowej, kanalizacyjnej i wszystkich innych. Od wartości końcowych tych robót wystarczy odjąć średnio 30 procent i będziemy mieli roczną wartość „wyrazów wdzięczności”, które płyną do kieszeni decydujących o tym, kto dostanie zlecenie. I będą to koszty ogromne żeby nie powiedzieć horrendalne.

Przeprowadzenie wiwisekcji owej korupcyjnej strefy wcale nie jest trudne. Wystarczy na przykład zestawić koszt wykonania jednego kilometra drogi w kraju, w którym korupcja praktycznie nie istnieje, ot choćby w Szwecji, z wykonaniem kilometra identycznej drogi w Rosji czy w Polsce. Jasne jest, że najdroższa będzie taka droga w Rosji, nieco tańsza w Polsce, ale już ta nasza będzie znacznie droższa niż w Szwecji.

To wszystko jest oczywiście oparte na wiedzy pozyskanej nieoficjalnie. Ale to nie znaczy, że jest nieprawdą czy konfabulacją. Znam człowieka, który przez parę lat pracował w dużym koncernie budowlanym. Kiedy usłyszałem od niego, że funkcjonujący poza księgowością, fundusz przeznaczony na „wyrażanie wdzięczności” to 700 tysięcy złotych rocznie, to przestałem się dziwić, że ów koncern zmonopolizował wykonawstwo budowlane w kilku regionach kraju.

Krzysztof Pipała

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.