– Wykonaliśmy kawał dobrej roboty

Rozmowa z DAMIANEM PRIMELEM, bramkarzem PGE Stali Mielec.

– Nie byłoby tego zwycięstwa, gdyby nie pana znakomite interwencje.
– Pomogłem drużynie, cieszę się, ale jak to mówią: jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz, dlatego nie wpadam w zachwyt nad swoją formą. Wciąż trzeba zasuwać na treningach, potwierdzać klasę i wierzyć, że szczęście mnie nie opuści.

– Nie udało się zachować czystego konta w czwartym kolejnym meczu, ale to ma chyba drugorzędne znaczenie?
– Każda passa kiedyś się kończy. Byłoby super, gdybyśmy zagrali na zero w tyłach, ale rzeczywiście nie ma co narzekać.

– Podbeskidzie strzeliło gola z karnego. Rozszyfrował pan zamiary Łukasza Sierpiny, lecz piłka wpadła do siatki.
– Uderzył mocno i precyzyjnie. Futbolówka prześliznęła mi się po palcach. Przy odrobinie szczęścia udałoby się to wybronić.

– Trochę wcześniej popisał się pan niezwykłą paradą po strzale Adriana Rakowskiego. Jakim cudem sięgnął pan piłki zmierzającej w okienko?!
– Lewa strona bramki pokryta była przez naszych zawodników, więc doszedłem do wniosku, że pomocnik Podbeskidzia może strzelać tylko w jednym kierunku. Dzięki temu, iż dobrze kombinowałem, udało się wybić piłkę na róg.

– Do końca drżeliśmy o wynik, mimo, że zaczęliście kapitalnie. Z czego wynikała późniejsza przewaga gości?
– Kluczowe było to, że na przerwę zeszliśmy przy wyniku 2-1. W szatni pytaliśmy samych siebie, co się dzieje, dlaczego Podbeskidzie tak nas przycisnęło? Jednak w drugiej połowie skorygowaliśmy parę rzeczy i już nie było tak niebezpiecznie.

– Zimę spędzicie na miejscu gwarantującym awans do ekstraklasy. A przecież przed maratonem wyjazdowym ciężko było o optymizm.
– Przebyliśmy długą drogę, wygraliśmy trudne trzy mecze poza domem i czwarty u siebie. Wykonaliśmy swoją robotę i z uniesioną głową możemy czekać na następną rundę. Będziemy się do niej przygotowywać w spokoju, a to wielki przywilej. W czwartek czeka nas jeszcze bój w Pucharze Polski z Błękitnymi Stargard. Chcemy zwyciężyć i awansować do ćwierćfinału.

– Co pan czuje, gdy słyszy, że to sensacja, iż wykosił pan ze składu Seweryna Kiełpina?
– Dziennikarze i kibice mają prawo do własnej oceny. Prawdą jest, że długo czekałem na swoją szansę, ale taki już los bramkarza. Piłka nożna to gra zespołowa, najważniejsze jest dobro drużyny, a ja szanowałem decyzje trenera. Byłem cierpliwy, wspierałem Seweryna tak jak on dziś wspiera mnie. Mamy dobre relacje.

– Co to za spór z kibicami?
– Nie wiem, o co poszło. Zaśpiewaliśmy z nimi po meczu, potem reporterzy Polsatu Sport zabrali mnie na rozmowę, a w drodze do szatni usłyszałem od dziennikarzy o dziwnych akcjach kibiców, ich protestach przed budynkiem klubowym, w szatni… Jestem w szoku.

Rozmawiał Tomasz Szeliga

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o