Z pamiętnika 100 – latka

Pan Władysław do dziś gra na gitarze, a nawet pisze kilkuzwrotkowe piosenki

PODKARPACIE. Władysław Kaczyński z Błażowej urodził się w 14 kwietnia 1911 roku

 

- Jestem Łodzianinem – zaczyna swoją opowieść Władysław Kaczyński. Patrząc na tego niezwykle energicznego mężczyznę, trudno uwierzyć, że ma już 100 lat. – Wojna mnie stamtąd wygnała, żonę mi wywieźli i dopiero w 1940 roku odnalazłem ją w Błażowej, gdzie zostaliśmy na stałe – dodaje. I to właśnie do czasów II wojny światowej, 100–latek powraca najczęściej. Wspomina, ile razy uszedł z życiem, opowiada o żołnierskiej poniewierce, bezwzględności okupantów i poświęceniu w odnalezieniu zaginionej rodziny. Udało mu się przeżyć najgorsze czasy, a dziś wraca do wspomnień bez obaw, choć na pewno nie bez emocji. Dla niego patriotyzm, honor i odwaga to nie puste slogany.
Przyjemnie się słucha wspomnień z czasów, w których nigdy nie żyliśmy, opowieści o ludziach, których już nie ma. Ceni się je tym bardziej, że niebawem nie będzie nam miał, kto tych historii opowiadać. Jedną z niewielu osób, które mogą podzielić się z nami opowieściami sprzed kilkudziesięciu lat jest Władysław Kaczyński. Jego niezwykle ciekawe, a przy tym zaskakująco szczegółowo opowiedziane historie, przeżywa się razem z nim i ma się ochotę słuchać ich godzinami…
Wasze ulice, a nasze kamienice.

- Przed wybuchem wojny w Łodzi wszystko było w żydowskich i niemieckich rękach. Polacy traktowani byli w myśl hasła: „wasze ulice, a nasze kamienice” – wspomina.- Po ukończeniu gimnazjum, przez prawie 3 lata byłem bezrobotny.
W znalezieniu zatrudnienia pomógł mu szkolny kolega – Moniek Spiro, pochodzący z bogatej rodziny Żyd. Dzięki jego wstawiennictwu, pan Władysław otrzymał posadę w banku. – Pójdziesz na inkasenta – powiedzieli mi. – Miałem chodzić po dłużnikach, zbierać pieniądze i codziennie im dostarczać. Trwało to trzy lata, kiedy to pod pozorem kiepskiego interesu, a tak naprawdę w obawie przed zbliżającą się wojną, właściciele banku – bracia Taub, zdecydowali się go zamknąć. Jednak o panu Władysławie nie zapomnieli.- Zaprowadzili mnie do gimnazjum, które okazało się ich szkołą i kazali pani dyrektor Lazarowej, pracującej tam Włoszce dać mi pracę. – Jak to usłyszałem – włosy mi dęba stanęły – przecież ja nie byłem nauczycielem – wspomina ze śmiechem pan Władysław. – Ona widząc moje przerażenie mówi: „Panie Kaczyński, pan się nie martwi, my tu sobie poradzimy. Historię i przyrodę przyjąłby pan?” pyta. Pan Władysław przyjął. Pracował tam niecałe 6 miesięcy, do czasu gdy został powołany do wojska. Nawet nie przypuszczał, ile przyjdzie mu znieść podczas wojny…

Krew się lała, ale życie uratowałem

Przydzielono go do służby w Gałkówku. Tam podczas warty, po raz pierwszy przeżył wojenne chwile grozy.
- Słoneczko ładnie grzało, cieplutko było. Patrzę w niebo – trzy „ptaszki” [samoloty]. Przyglądam się – nie nasze. Tyle, co zdążyłem o tym pomyśleć, a z tych samolotów: buch piguła, buch piguła… 3 pigułki [bomby] zrzucili na dom stojący obok koszar. Ani jeden pocisk nie trafił. Tak Pan Bóg kierował losem – opowiada. – Nadlecieli nad nasz budynek wojskowy – czteropiętrowe koszary. Tam jak wpakowali pigułkę, tak odcięli cały ok. 10-metrowy narożnik koszar. Szczęście, że żołnierzy tam nie było. W momencie bombardowania zacząłem się cofać do lasu, ale siła uderzenia była tak duża, że choć stałem z 20 m od tego narożnika, rzuciło mnie bokiem w stojącą koło budki wierzbę. Całą twarz zdrapałem, krew się lała – ale przeżyłem – wspomina. Jak się później okazało, zbombardowali ich Niemcy przy użyciu czeskich samolotów.  Po zbombardowaniu Gałkówka przerzucili ich do Warszawy. – W drodze do niej szliśmy fosami, takie naloty były. Ludności cywilnej, która uciekała, zginęło więcej niż żołnierzy. Padali na ulicy jak muchy.– opowiada pan Władysław.

Rozwiązana sznurówka ocaliła przed niewolą

- Broniąc Warszawy walczyłem w kompani ckm-u – ciężkiego karabinu maszynowego, pod dowództwem generała Waleriana Czumy – wspomina pan Kaczyński. – W międzyczasie przerzucili nas na Garwolin, na Włodawę, potem z powrotem Garwolin gdzie broniliśmy szpitala i torów kolejowych, a potem już do końca broniliśmy Warszawy. Do czasu kapitulacji – opowiada.

Gdy Niemcy obtoczyli Warszawę, kazali się poddać, i rozbroili żołnierzy. – Przy składaniu broni wypytywali nas o nazwiska, pochodzenie i zapisywali to w takiej dużej księdze – wspomina pan Władysław. – Jeden bezczelny szwab zapytał mnie, ilu Niemców zabiłem? Zapytał po niemiecku – ja mu odpowiedziałem po polsku, mimo ze niemiecki znałem „Ja jestem żołnierzem! Celowałem, ale liczyć nie liczyłem”. Na co on popatrzył na mnie, przeklął i krzyknął z gniewem: Raus!, czyli wynocha – kończy swą opowieść pan Kaczyński.
- Po rozbrojeniu zaczęli nas prowadzić grupami do wagonów, które miały jechać do Niemiec, do niewoli. Ja też w tych zespołach szedłem, ale sznurówka mi się rozwiązała. A że Niemcy nie mogli wszystkich upilnować, bo było nas dużo, to gdy stanąłem z boku pokazując im na sznurówkę, powiedzieli tylko „Gut, gut, gut” – wspomina dawny żołnierz. – Nie wiem, co się stało, że naprawdę nie mogłem tego buta zasznurować, dobrze trafić do dziurki, i jakoś długo mi to zeszło. W tym czasie wojsko przeszło do wagonów, a ja zostałem. No to nie czekałem – tylko z  powrotem na miasto – dodaje z uśmiechem.

„Wróć się Ksawery”
W mieście już tak wesoło nie było, bo nie wiadomo było gdzie pójść. – Myślę, do Łodzi nie pójdę, bo Niemcy, no to na Garwolin. W drodze co rusz się ktoś dołączał i zanim doszliśmy utworzyliśmy z tych rozbitków… pluton wojska liczący koło 80 -90 żołnierzy. Zdecydowaliśmy, że pójdziemy na Lwów, który się wtedy bronił – opowiada pan Władysław. Łatwo podczas tej wędrówki nie było. – Człowiek się nie mył, głodny, bo przez 4-5 dni nic się nie jadło, nie piło, zimno… – wspomina 100-latek. Gdy dotarli do lasów Janowskich, podczas snu obtoczyli ich Rosjanie, rozbroili i doprowadzili do Brześcia nad Bugiem, gdzie zamknęli w fortyfikacjach. – Siedzieliśmy tam przeszło 48 godzin. To byli dopiero szubrawcy – podkreśla ze złością pan Władysław. Słuchając jego dalszej opowieści zrozumieliśmy skąd u niego tak wielkie emocje.
- Wypuścili nas gdy przyjechali inni Rosjanie i generał w polskim mundurze. Ustawili nas w szyku, powiedzieli, że Polska się poddała, rząd poddał się do dymisji i że Stalin nas puszcza na wolność – opowiada pan Kaczyński. – Ale zaczęli wśród nas wyszukiwać oficerów. Podchodziliśmy po dwóch. Kto się przyznawał, że jest oficerem klepali go i mówili mu: „charaszo, charaszo [dobrze], nasz człowiek” i kazali odchodzić na bok – kontynuuje. – Ze mną szedł mój przyjaciel – Ksawery, z którym cały czas byliśmy razem. Już wcześniej zdarliśmy sobie pagony z mundurów i umówiliśmy się, że się nie przyznamy. Doszli do niego. „Szto ty oficer?” zapytali. On tak popatrzył: „da” [tak] – odpowiedział. Cholernik przyznał się! – w głosie pana Władysława słychać duże emocje. – Doszli do mnie: „Szto ty oficer?” „Niet” [nie] odpowiedziałem. Jak sobie postanowiłem, że nie, to nie. A oni do mnie: „Skażi ruki” [pokaż ręce]. Sprawdzali, czy delikatne. A kto mógł wtedy to poznać, kiedy brudu, potu, kurzu pełno, człowiek śmierdział chodząc po lasach, po błotach. I odeszli ode mnie. Jeszcze prosiłem: „Wróć się Ksawery” – ale on nie wrócił. „Władek choć ty tu” – wołał mnie. Gdy Rosjanie doszli do końca, oficerów którzy wystąpili, wyprowadzili strzelbami – nas jako roboczy najgorszy brud zostawili. A Ksawery jak zniknął – więcej go nie widziałem” – kończy swą opowieść pan Władysław.
Gdzie moja rodzina?!
Pan Władysław podjął próbę powrotu do domu. Najpierw udał się na Brześć, potem w kierunku Ozorkowa, na Zgierz i Łodź. – Doszedłem do Łodzi – patrzę pełno Niemców. Dochodzę do rynku – otoczony drutami kolczastymi, trzeba było przejść naokoło do bramy. Wszedłem tam – patrzę a tam postawione 2 szubienice. Na jednej i drugiej po 10 osób. Powiesili na nich najlepszych Polaków, inteligentnych ludzi, których znałem. Zrobili ich bandytami – opowiada do dziś wstrząśnięty tym widokiem. – Poszedłem w kierunku mojego domu. Szedłem w mundurze, ale bez pasa. Jakie było moje zdziwienie, kiedy niemieccy żołnierze stojący na ulicy mi… salutowali. Widocznie mieli taki rozkaz – wspomina. – Doszedłem do Placu Wolności, a tam ogromny mosiężny pomnik Tadeusza Kościuszki rozebrany do spodu! Tak go rozkradli – dodaje.
W końcu dotarł do upragnionego domu. – Myślałem, że jest żona, są dzieci. Wchodzę na górę – plomba, zablokowane wejście… Przeraziłem się, gdzie moja rodzina. Zszedłem na dół, złapał mnie dozorca: „Panie Kaczyński, skąd się pan tu wziął, bez przerwy za panem chodzą”. Nie wiedziałem, o co chodzi, ale pytam go gdzie moja żona. „Nie wiem. Widziałem tylko jak przyjechali w nocy samochodem, a żona wsiadała z dzieckiem na ręku, drugie za rękę, walizka – mówił. – Poszedłem więc szybko do domu mamy – wspomina. – Podchodzę, patrzę, a przed bramą stoją siostra ze szwagrem. Przeszedłem koło nich, patrzyli na mnie i mnie nie poznali. Tak wtedy wyglądałem – opowiada pan Kaczyński. – Jak rodzice mnie zobaczyli zaczęli płakać. Mama od razu wzięła do spalenia mój mundur, mogłem się w końcu umyć, tylko z nowym ubraniem miałem problem. W końcu musiałem wziąć odzież z niższego brata. Marynarka pasowała, ale spodnie były przykrótkie – śmieje się 100-latek.
Po powrocie do Łodzi pan Władysław chciał też odszukać personel nauczycielski, z którym pracował w szkole. – Wszyscy, oprócz Lazarowej byli młodzi, po studiach za granicą. W szkole zastałem tylko woźnego, który nic nie wiedział. Poszedłem do mieszkania Lazarowej, a tam dozorca mi mówi: „Panie, ona w Oświęcimiu już na pewno nie żyje. Cały personel Niemcy zwołali do szkoły, pod pozorem, że ją uruchomią. Wyłapali, aresztowali i wywieźli”. Tylko mnie nie było, dlatego za mną do domu chodzili – opowiada 100–latek.

Choć w przykrótkich spodniach, ale do swoich!

Jak się później okazało, żonę Pana Władysława Niemcy wywieźli do Kielc (Polaków, którzy nie mieli pochodzenia niemieckiego lub nie chcieli się wyrzec polskości kierowano do Generalnego Gubernatorstwa). Ponieważ nie miała tam ani rodziny ani znajomych, postanowiła dostać się do Błażowej, gdzie miała rodzinę. Pojechała najpierw pociągiem do Krakowa, a później wagonami towarowymi do Rzeszowa, a stamtąd do Błażowej. I właśnie idący od Stanisławowa żołnierz, który wstąpił do Bałżowej, stał się szczęśliwym kurierem, który przekazał w liście dobre wieści do Łodzi. Jak tylko pan Władysław dowiedział się, że jego rodzina żyje, od razu zaczął przygotowywać się do wyprawy, co podczas wojny łatwe nie było. Co tylko mógł zabrał dla żony i dzieci i tak w przykrótkich spodniach wyruszył sforsować pierwszą przeszkodę. – Granica III Rzeszy [Do III Rzeszy włączono zachodnie i północne ziemie Polski – z pozostałej części kraju utworzono administrowane przez Niemców Generalne Gubernatorstwo obejmujące dystrykty: Kraków, Lublin, Radom i Warszawa] była na Wiśle, w Koluszkach. Od Łodzi kawał drogi, bo 40 kilometrów – ale udało się. W nocy przeszedłem przez rzekę, która była dosyć szeroka, ale płytka i przez dziurę w parkanie na cmentarz, który był po drugiej stronie. Potem trzeba było iść kilka kilometrów do wioski, w której zatrzymywały się pociągi – opowiada. – Gdy dotarłem, zobaczył mnie kolejarz. Polak. Powiedział, że za pół godzinki będzie szedł wagon do Krakowa, ale tu nie wolno mi stać, muszę się ukryć. Kazał szybko wskakiwać jak tylko pociąg się zatrzyma, a on postara się opóźnić odjazd i zagadać niemieckiego kolejarza. Jak pociąg się zatrzymał on szybciutko otworzył mi drzwi. Pędziłem z tymi dwoma walizkami. Podleciałem pod ten wagon, jedną wrzuciłem, on chwycił za drugą i rzucił do środka. Zdążyłem tylko wskoczyć i pociąg ruszył. Ani nie zdążyłem mu podziękować. Nie raz się modle za niego – mówi pan Władysław.
W pociągu czekały kolejne trudności, bo był on przecież tylko dla Niemców. Pan Kaczyński znalazł jednak wolny przedział gdzie położył walizki i chodził po wagonie, żeby w razie kontroli móc się wycofać. – Jedna stacja – wszystko w porządku. Podjeżdżamy do Skarżyska, a tam szwabów do cholery. We mnie wszystko się gotuje – opowiada przejęty. – Weszło dwóch oficerów. Pech chciał, że usiedli w tym przedziale, gdzie miałem walizki. Na szczęście nie zwrócili uwagi na nie. Gdy zaczęła się kontrola od strony parowozu, musiałem stopniowo cofać się do innego wagonu. Byłem cały w nerwach. W końcu chodziło o życie – miałem przecież żonę, dzieci. Myślałem: „cholera, tyle przeszedłem i nie zabili mnie, a tu mi tak przyjdzie zginąć? Na szczęście w jednym z wagonów była grupa młodzieży. Pomyślałem sobie w duchu: jedyna okazja, bo już nie miałem gdzie uciekać: albo drzwi otworzyć i wyskoczyć, albo pod wagon. Oni weszli, a ja puściłem się koło nich korytarzem. Przechodząc rzuciłem „Guten Morgen” [dzień dobry]. Oni się tylko popatrzyli, nie odezwali i dalej kontrolowali tę młodzież. Potem tylko Boga prosiłem, żeby jak najprędzej do Krakowa – kończy swą opowieść. Gdy w końcu wysiadł z pociągu natrafił od razu na… dwóch Niemców. – Ponieważ dobrze mówiłem po niemiecku pytam ich czy przyszedł jakiś pociąg na Łódź, skąd przecież przyjechałem. Pokazali mi pociąg, ja podziękowałem i jak najszybciej pobiegłem za wagony, na stację towarową. Stamtąd już dostałem się do Rzeszowa – podsumowuje.

W końcu razem!

W Rzeszowie z kolei pomógł mu spotkany przypadkowo mężczyzna, który jak się okazało jechał w kierunku Błażowej i znał teściową pana Władysława. Nie tylko podwiózł go tam samochodem, ale i wytłumaczył, gdzie mieszka. – Miałem szczęście, bo to była już prawie 23 i inaczej musiałbym iść na nogach – mówi 100–latek. – Jak mnie wysadził, a było już przed północą poszedłem, tak, jak kazał, na taką wąską ścieżkę. Wokół krzaki, olbrzymia skała, błoto, nie ma budynków, ciężko przejść, ale idę. Jeszcze połowa drogi przede mną, słyszę szmer. Aż mnie przeszyło. Co było robić. Postawiłem te walizki i ryknąłem parę razy: „Wychodzić. Już!” i łapię się za kieszeń, że niby mam broń. A figę miałem – śmieje się pan Kaczyński. – Jeden z drugim wyskoczyli i uciekali aż trzaskało. Jeszcze krzyknąłem za nimi dla postraszenia. Ale sam jak złapałem za walizki to 10 minut nie minęło jak wyleciałem już na czyste pole. I to cały mokry ze strachu. Powietrza nie mogłem złapać – opowiada. Później było już łatwiej, choć jak znalazł on właściwy dom, napadły go wątpliwości. Tym bardziej, że był to przecież środek nocy, nie wiedział czy dobrze trafił, czy psem poszczują. – Usiadłem na walizkach, ucho podstawiłem pod okienko i słuchałem czy jakieś głosy usłyszę. Siedzę i siedzę i siedzę, w końcu na odwagę zapukałem cichuteńko – wspomina. – Teściowa czujnie spała, zaraz „kto tam” krzyknęła. Ja na to: „proszę panią, bardzo przepraszam, nie wiem czy dobrze trafiłem…” Żona jak tylko usłyszała mój głos, jak zeskoczyła z łóżka, nie mogła się z płaczu opanować. I tak zostałem. Był to 3 albo 4 lutego 1940 r…

Aneta Jamroży

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.