Z trenerami się nie kłócę, ale…

Fot. Paweł Bialic

II LIGA. Nowy napastnik Resovii ŁUKASZ ZANIEWSKI o życiu na walizkach, niełatwym charakterze i kilkunastu operacjach.

Grający jesienią w I-ligowym Okocimskim Brzesko Łukasz Zaniewski ma wzmocnić siłę rażenia “pasiaków”. Urodzony w 1991 roku napastnik od lat jest zawodnikiem Jagiellonii wypożyczanym do różnych klubów. Bronił m.in. barw Olimpii Elbląg i Dolcana Ząbki.

- Już się pan odnalazł w nowym otoczeniu?
- Jestem pozytywnie zaskoczony. Resovia ma problemy finansowe, więc myślałem, że będzie ponuro. Ale chłopaki się nie poddają, widać, że zależy im na klubie. Robią to chyba wyłącznie dla kibiców, bo przy tak dużych poślizgach w wypłatach człowiek ma prawo myśleć o stawianiu ultimatum.

- Pana te kłopoty nie dotyczą. Pensje wypłacać będzie panu prywatna osoba.
- Nie dotyczą, co nie oznacza, iż nie zastanawiałem się nad przyjęciem propozycji z Resovii. Wprost przeciwnie, wahałem się, i to mocno. Miałem inne oferty z klubów drugiej ligi, z pierwszej ligi zaprosili mnie na testy. Wszędzie tam była stabilność, gdyż za stypendia płaciły miasta. Wybrałem Resovię ze względów sportowych. Zespół jest wysoko w tabeli, może podjąć walkę o awans. Idealna sytuacja dla zawodnika, któremu zależy na podnoszeniu swoich umiejętności.

- Jest pan wypożyczony z Jagiellonii, ale ze związków z białostockim klubem nie jest pan ponoć zadowolony.
- Kontrakt kończy mi się w czerwcu, kończył już wcześniej, lecz wciąż muszę go przedłużać. Dlaczego? Bo wychodzi za mnie duży ekwiwalent z tytułu wyszkolenia. To jedno z niedociągnięć polskiego futbolu i warto byłoby, gdyby wreszcie ktoś się tym zajął. Przecież żaden klub, jeszcze teraz, w czasach kryzysu, nie zapłaci za 20-latka dwadzieścia tysięcy zł. Co gorsza, Jagiellonia nie zamierza stawiać na swoich wychowanków.

- Rozumiem, że także z tego powodu nigdy się pan nie przebił do pierwszej drużyny “Jagi”?
- Niezrozumiała jest dla mnie polityka Jagiellonii. Klub ściąga za niemałe pieniądze młodych piłkarzy z Radomia czy z Częstochowy, a swoim nie daje szans. Moim zdaniem mógłbym się przydać w końcówkach meczów w ekstraklasie, walcząc przeciwko zmęczonym rywalom. Tymczasem żaden trener nie zabrał mnie nawet na obóz, nie zobaczył jak pracuję i jak gram. Przykre to. Może w innym klubie pokaże na co mnie stać i w końcu wyląduję w ekstraklasie?

- Póki co, prawdziwy z pana Jaś Wędrowniczek. Resovia to dla pana siódmy klub. Nieźle jak na kogoś, kto nie skończył jeszcze 22 lat.
- Taka sytuacja wynika z podejścia do tematu Jagiellonii, która wciąż mnie wypożycza. Z różnym skutkiem. W Olimpii Elbląg grałem często i żałowałem, gdy odchodziłem. W Dolcanie Ząbki tak dobrze już nie było. Ewidentnie z mojej winy. W meczu rezerw złapałem czerwoną kartkę, sędzia-żółtodziób opisał w protokole, że przeciwnika potraktowałem łokciem, celowo i w sposób brutalny i zostałem surowo ukarany. Uciekło mi aż sześć spotkań w pierwszej lidze, w klubie mieli do mnie pretensje.

- Słyszałem, że rogata z pana dusza.
- Hmm, łatwego charakteru nie mam. Z trenerami się nie kłócę, ale bywa, że nadajemy na innych falach. Jak przychodzę na wypożyczenie to chcę grać, rozwijać się, pomóc drużynie. Trenerzy mają czasem inną koncepcję i nieporozumienie gotowe. Tak było w Okocimskim. Zagrałem z Sandecją i Polonią Bytom, wypadłem obiecująco, strzeliłem bramki, ale w tygodniu Krzysztof Łętocha zawołał mnie do siebie i zakomunikował: Łukasz, dobrze ostatnio wyglądałeś, ale teraz musisz odpocząć, więc nie biorę cię do “18” na Miedź Legnica. Zagotowałem się.

- Człowiek w nerwach robi wiele głupstw…
- Po czymś takim adrenalina skacze, chce się udowodnić całemu światu, że zasługuje się na grę w pierwszym składzie. Na zajęciach nie odpuszczałem, kości trzeszczały. I wtedy trenerzy zarzucali, że nie szanuję kolegów.

- Życie na walizkach nie pomaga w ułożeniu sobie życia prywatnego.
- Ten argument podnoszę również w rozmowach z prezesem Jagiellonii. Mam dziewczynę, jesteśmy z sobą od pięciu lat, chętnie byśmy się pobrali, ale nie w sytuacji, gdy co pół roku zmieniam mieszkanie. Marzę o podpisaniu dłuższej umowy, stabilizacji. Może uda się w Rzeszowie? Miasto mi się podoba, o kibicach słyszałem wiele dobrego. Gdyby tylko pojawiły się pieniądze i chłopaki zostali…

- Zaczynał pan w rodzinnej Ostrołęce?
- Bardzo późno, w pierwszej klasie gimnazjum. Gdy okazało się, że coś ze mnie może być, wyjechałem do jednej z piłkarskich szkółek w Warszawie. Stamtąd trafiłem do Jagiellonii, zacząłem otrzymywać powołania do reprezentacji młodzieżowej. Choć to wcale nie było takie dobre. Dlaczego się pan dziwi? Zamiast trenować z Jagiellonią u Piotra Płatka czy Michała Probierza i uczyć od starszych, lepszych od siebie, to jeździłem na kadrę i nie było mnie trzy tygodnie. Pamiętajmy o tym, że jeszcze dwa, trzy lata temu młodzi nie otrzymywali tylu szans w ekstraklasie, co dziś.

- Mówi pan, że nie wyobraża sobie życia poza piłką.
- Mam maturę, na studia już nie poszedłem. Znajomi z Ostrołęki pokończyli różne uczelnie i dziś nie mają pracy albo tyrają za tysiąc złotych. Studia zawsze można zrobić. Będąc przy piłce poznałem wielu ludzi, którzy w razie czego pomogą mi. Musi pan wiedzieć, że gra w piłkę to spełnienie moich marzeń, bo przeszkód było co niemiara. Miałem ciężkie dzieciństwo.

- Co się stało?
- Trudno mi o tym mówić…Urodziłem się z wadą, od małego jeździłem po lekarzach, przeszedłem trzynaście operacji. Wiem, wiem, niełatwo w to uwierzyć (uśmiech).

- Widzę, że jest pan miłośnikiem tatuażu.
- Zdobię ciało, gdy tylko coś ważnego wydarzy się w moim życiu. Zaraz pokażę…O, tu na lewym przedramieniu mam rysunek anioła stróża, który chroni mnie od złego. Na prawej ręce mam oczko z kart, powstało oczywiście na 21. urodziny. Pod spodem jest napis “Nigdy nie przestanę walczyć”. Bardzo osobisty, zrobiłem go po otrzymaniu sygnału z Jagiellonii, że nie mają zamiaru na mnie stawiać. Zachowałem również miejsce na imiona moich dzieci. Kiedyś pewnie będę je miał.

- Na koniec pytanie o pana piłkarskie atuty, choć zapewne w sposób naturalny wynikają one z warunków fizycznych?
- Drewniany nie jestem, choć ciężko nazwać mnie wirtuozem. Odkąd usłyszałem, że wzrost będzie moim atutem, że mogę być silny jak koń, wielką uwagę poświęcam ćwiczeniom fizycznym. I to zdaje egzamin. Umiem grać tyłem do bramki, mocno stoję na nogach.

Rozmawiał TOMASZ SZELIGA

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.