– Za Ojrzyńskim skoczę w ogień

- Mam nadzieję, że dożyję czasów, gdy uda się stworzyć w Rzeszowie klub piłkarski walczący o te same cele, co siatkarze Asseco Resovii. Fot. Paweł Bialic
– Mam nadzieję, że dożyję czasów, gdy uda się stworzyć w Rzeszowie klub piłkarski walczący o te same cele, co siatkarze Asseco Resovii. Fot. Paweł Bialic

PIŁKA NOŻNA. Grzegorz Opaliński, drugi trener Podbeskidzia o tym, dlaczego w Bielsku-Białej jest ekstraklasa, a w Rzeszowie jej nie ma i o tym, co zobaczył w Bundeslidze.

Grzegorz Opaliński czwarty rok pracuje w ekstraklasie. Był asystentem Leszka Ojrzyńskiego w Koronie Kielce, niedawno obaj zawitali do Podbeskidzia Bielsko-Biała. Były bramkarz Resovii i szkoleniowiec Orłów Rzeszów, Stali Rzeszów i Izolatora Boguchwała jest jedynym trenerem z Podkarpacia pracującym dziś w najwyższej klasie rozgrywkowej.

– Jak się panu mieszka pod Klimczokiem?
– Haruję od rana do wieczora, więc nie było jeszcze okazji zwiedzić miasta. Oczywiście nie skarżę się. Nie przyjechałem do Bielska, by wypoczywać, tylko żeby dołożyć swoją cegiełkę w utrzymanie Podbeskidzia w ekstraklasie.

– Bielsko-Biała to miasto ładniejsze od Kielc. I atmosfera tu jakby zdrowsza…
– Tam były Góry Świętokrzyskie, tutaj są Beskidy. Jest wyżej, a bliskość Wisły i Szczyrku tworzy to miejsce bardzo atrakcyjnym. Może w zimie uda się wygospodarować wolny weekend i wtedy zobaczę okolicę.

– Po tym, co wydarzyło się w Koronie, stał się pan mocniejszy? A może ta historia ze zwolnieniem trenera Leszka Ojrzyńskiego czegoś pana nauczyła?
– W tym zawodzie człowiek musi być przygotowany na wszystko. Rano jechałem z Rzeszowa do Kielc, nie spodziewając się żadnych przykrych niespodzianek. To, co nas spotkało, nie było miłe, lecz nie mogę powiedzieć, że zostawiło ślad w mej psychice. Każdy dzień w ekstraklasie to dla mnie nauka. Dziś mogę porównać organizację i metody pracy w dwóch klubach.

– Leszek Ojrzyński stworzył w Kielcach „bandę”, która poszłaby za nim w ogień. Pan też ufa mu bezgranicznie, jest w stosunku do niego szalenie lojalny. Co takiego ma w sobie ten człowiek?
– Jest szczery do bólu, prawdziwy. Niczego nie robi na pokaz. W dzisiejszym świecie, gdzie liczy się komercja i jest „parcie na szkło”, mało jest szlachetnych ludzi. Leszek to facet z zasadami, a jednocześnie świetny kolega. Ja też wskoczyłbym za nim w ogień.

– Po burzliwym rozstaniu z Koroną nie korciło pana, żeby wrócić na Podkarpacie? Albo po prostu zacząć pracę na własny rachunek?
– Jeszcze będąc w Kielcach ustaliliśmy z Leszkiem pewien plan działania. Powiedziałem, że przyszłość wiążę z jego osobą. To satysfakcjonująca, choć bardzo trudna praca. Zajęcie, które sprawia, iż mam niewiele czasu dla rodziny. Chciałbym w większym stopniu uczestniczyć w wychowaniu córeczki, ale wiem, że zawsze jest coś za coś.

– Pana szefem w Podbeskidziu jest Wojciech Borecki, nie tak dawno trener Resovii. Czy on wie, że w przeszłości strzegł pan bramki „pasiaków”?
– Wątpię. Nie rozmawialiśmy na ten temat.

– Bielsko-Biała to miasto porównywalne wielkością do Rzeszowa. Jego władze przeznaczają na piłkę nożną dużo większe pieniądze. W 2014 roku ma zostać ukończony typowo piłkarski stadion na 15 tysięcy miejsc. Dlaczego oni mają ekstraklasę, a my nie?
– Kiedyś zaczepił mnie Marcin Żewłakow. – Grzesiek, przejeżdżałem przez Rzeszów. Jak takie piękne, nowoczesne miasto, może nie mieć mocnej drużyny? – zachodził w głowę. Kibice są spragnieni dobrego futbolu. Niedawno Podbeskidzie grało z Legią, piętnastu osobom załatwiłem wejściówki, tak bardzo chcieli zobaczyć fajne widowisko. A przecież do Bielska jest ponad 250 kilometrów. Niczego nie zbudujemy, dopóki nie doczekamy się działaczy, którzy będą mieć jasno wyznaczony cel. Ludzi. potrafiących przyciągnąć do piłki sponsorów, przekonać, że warto w to zainwestować. W Koronie i Podbeskidziu, choć nie są to kluby z górnej półki, profesjonalistów nie brakuje. Trenerzy są od trenowania, zawodnicy od grania, a działacze mają zapewnić możliwie jak najlepsze warunki. Mam nadzieję, że dożyję czasów, gdy uda się stworzyć w Rzeszowie klub piłkarski walczący o te same cele, co siatkarze Asseco Resovii.

– Jest pan dziś jedynym szkoleniowcem z Podkarpacia pracującym w ekstraklasie. Piłkarzy też mamy tam niewielu i poza Łukaszem Trałką z Lecha i Sławomirem Szeligą z Cracovii, nie odgrywają w swoich klubach znaczących ról. Nasza młodzież do ekstraklasy też nie przybywa. Słowem: bieda.
– Ale Stali Mielec i Stali Rzeszów w Centralnej Lidze Juniorów idzie nieźle, więc chyba nie jesteśmy aż tak daleko od najlepszych. Stawiajmy na młodzież. Za jakiś czas to powinno zaprocentować.

– Nasza liga jest pięknie opakowana, w stacji nc+ wygląda jak produkt z najwyższej półki. A potem mistrz Polski Legia gra w Europie i kompromituje się na całego. Jaka jest zatem prawda o naszych piłkarzach?
– Postawa Legii to rzeczywiście spore rozczarowanie. Ten zespół jest budowany z głową, zawodnikom niczego nie brakuje. Coś jednak nie wypaliło. Zdarza się. Piłka nożna to nie fabryka, to praca na żywym organizmie. Ekstraklasa naprawdę się rozwija, ale do takiej Bundesligi sporo nam jeszcze brakuje. W październiku byłem na stażu w Monchengladbach, wróciłem zachwycony dbałością o szczegóły. Choćby usytuowanie szatni dla młodzieży. Najmłodsi zajmują miejsce jak najdalej od szatni seniorów i wejścia na murawę. Z roku na rok zbliżają się jednak do tej wielkiej nagrody, jaką jest występ w pierwszej drużynie Borussii. To ich napędza, motywuje do pracy. Tymczasem w Polsce budujemy piękne stadiony, ale zespoły nadal nie mają gdzie trenować. Tak jest choćby w Bielsku, gdzie baza jest w powijakach.

Rozmawiał Tomasz Szeliga

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments