Strzelił mi w głowę, nie trafił. Cudem przeżyłem

- Wycelował do mnie z karabinu dwa razy – wspomina w rozmowie telefonicznej 21-letni Adrian Pracoń.NORWEGIA, PODKARPACIE. Dziennikarze Super Nowości skontaktowali się z Adrianem Praconiem, obywatelem Norwegii pochodzącym z Podkarpacia, który cudem ocalał z masakry na wyspie Utoya.

- Leżałem na plaży bez ruchu pośród ciał zabitych, udawałem, że nie żyję – wspomina w rozmowie telefonicznej 21-letni Adrian Pracoń – Breivik podchodził i celował z karabinu w głowy, chcąc się upewnić, że ci ludzie na pewno nie żyją. W końcu stanął nade mną. Czułem na sobie jego oddech. Strzelił. Kula zamiast w głowę trafiła w kark i wyleciała przez ramię.

Mężczyzna trafił na wyspę Utoya na zlot młodzieżówki norweskiej Partii Pracy. Adrian pracuje dla tej organizacji politycznej, która raz w roku organizuje na wyspie wielki obóz. Oprócz młodzieży z całej Norwegii zjeżdżają się na niego politycy i ministrowie. W tym czasie odbywają się tam koncerty i debaty. Tragiczny piątek (22 lipca), kiedy podczas strzelaniny zginęło co najmniej 68 osób Adrian wspomina tak:
- W radio usłyszeliśmy informacje zamachu bombowym w Oslo. Postanowiliśmy zrobić spotkanie, w czasie którego mieliśmy przedyskutować tę sytuację. Poszedłem jeszcze do kiosku po napoje i chipsy, gdy zobaczyłem, że na dole (kiosk znajdował się na wzniesieniu – przyp. red) jakiś człowiek w mundurze policjanta zbiera wokół siebie ludzi i mówi im, że “są bezpieczni”. Nie zdziwiło mnie to, bo dostaliśmy informację, że ma do nas przyjechać policja. Gdy wokół tego człowieka było może z osiem osób, usłyszałem pierwszy strzał, po którym posypały się kolejne. Wtedy zaczęliśmy biec na oślep w kierunku jeziora, żeby uciec jak najdalej przed szaleńcem. Był to naprawdę kawał drogi. Najpierw trafiliśmy na pole namiotowe. Breivik dobiegł tam i zaczął masakrować ludzi. Otwierał namioty i strzelał do osób, które siedziały w środku. Biegliśmy więc dalej, aż trafiliśmy do lasu, ale zobaczyliśmy, że on ciągle biegnie za nami. Rzuciliśmy się więc znowu do ucieczki.

Błagałem o litość, zastanawiał się, czy mam umrzeć…

Adrian wraz z pozostałymi przerażonymi ludźmi trafił na plażę nad okalającym wyspę jeziorem Tyrifjorden. – Ludzie zaczęli się rzucać do wody i płynąć, a ja za nimi. Byłem ostatni. W oddali słyszałem strzały. Breivik strzelał na oślep do płynących – wspomina. – Nie zdążyłem się rozebrać, zanim wskoczyłem do wody. Padał deszcz, byłem ciepło ubrany, do tego na nogach miałem gumiaki. Kiedy byłem jakieś sto metrach od brzegu, zrozumiałem że muszę wrócić, bo się utopię. Ubranie zbytnio mi ciążyło. Zawróciłem. Breivik stał na plaży w odległości ok. 100 metrów ode mnie. Zauważył mnie. Celował w moją stronę. Błagałem go o litość, żeby do mnie nie strzelał. Stał tak z wymierzonym we mnie karabinem dłuższą chwilę, a mnie wydawało się, że on właśnie decyduje, czy mam umrzeć. W końcu odwrócił się i odszedł. Było mi strasznie zimno. Znalazłem na brzegu suchy sweter, ubrałem się i położyłem bez ruchu na ziemi. Było nas wtedy żywych około 25 osób.

Celował w głowy. Chciał dobić jeszcze żywych

Po niedługim czasie Breivik wrócił i chciał dokończyć dzieła – Zaczął strzelać do ludzi i w głowy leżących na brzegu ofiar, chcąc się upewnić, czy aby na pewno nie żyją. Leżałem nieruchomo pośród ciał. Stanął nade mną. Czułem jego oddech na sobie. Strzelił. Kula zamiast w głowę trafiła mnie w kark i wyleciała przez ramię. Nawet nie drgnąłem. Przeżyłem. Z 25 osób ocalały tylko trzy…

Nasz krajan, obywatel świata

Adrian Pracoń urodził się w Norwegii, gdzie mieszka wraz z dwójką rodzeństwa: siostrą Katarzyną i bratem Radkiem. Mają jednak podkarpackie korzenie. Mama Adriana pochodzi spod Sandomierza, ojciec jest ze Stalowej Woli. Jednakże od dnia tragedii, w której uczestniczył, stał się już obywatelem świata. Na jego koncie na Facebooku dzień w dzień odzywają się tysiące osób nie tylko z Polski ale i z całego świata, które wspierają go w powrocie do zdrowia i gratulują odwagi. W dniu, w którym dołączyliśmy do grona jego znajomych, lista osób powiększyła się o tysiąc nazwisk,  m.in. z Argentyny, Litwy, USA czy Hiszpanii.  – Dziękuję za przyjęcie do grona znajomych. Bardzo Pana podziwiam za odwagę i za zachowanie zimnej krwi w tej okrutnej sytuacji, która przerasta moje wyobrażenie. Jestem z Panem całym sercem. Życzę szybkiego powrotu do zdrowia i pozdrawiam ciepło z Polski :-) – napisała Ewa.– Dzięki Bogu, że żyjesz – czytamy dalej we wpisie pozostawionym przez Zainaba Ali z Bagdadu w Iraku. A to tylko kilka z kilkudziesięciu wiadomości, które wysyłają ludzie z najodleglejszych zakątków świata.

Dwa dni temu Adrian również pokusił się o wpis: “Pierwsze tchnienie dnia, słońce, deszcz, powietrze, ludzie… Jestem wdzięczny za to, że otrzymałem kolejną szansę by żyć”…
Adrian powoli wraca do zdrowia. W piątek (29 lipca) przeszedł czwartą operację. – O moje zdrowie martwią się lekarze – kończy. – Ja chcę jak najszybciej uporać się z wspomnieniami, które tkwią w mojej głowie. Na moich oczach ginęli znajomi. Muszę postarać się jakoś z tego otrząsnąć…

Katarzyna Szczyrek

do “Strzelił mi w głowę, nie trafił. Cudem przeżyłem”

  1. Można Można

    Jeśli mam być szczery to wszyscy na tej wyspie to tchórze, jeden gość z karabinem i nikt nawet nie próbował go powstrzymać wszyscy skomleli

  2. Lucjan

    700 m od brzegu,policja go widzi i nic nie robi.Odległość 700m to niezbyt duża odległość dla celnego strzału karabinowego i w ten sposób ocalili by wiele istnień ludzkich. On chodził sam charakterystycznie ubrany i mógłby go zastrzelić każdy chcący to robić strzelec. Gdyby nawet nie trafili pierwszym strzałem to ograniczyli by mu ruchy.

  3. Antek

    Jak on zamachowiec slyszal ze go blagal o litsoc skoro mial sluchawki na uszach i glosna muzyke z gwieznych wojen? kazdy chce zaistniec nawet w takiej sytuacji

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.