Zawsze graliśmy do przodu

Fot. Archiwum

II LIGA. Trener Resovii MARCIN JAŁOCHA o drużynie, która zrobiła postęp i niepewnej przyszłości

- Nie było przypadku w tym, że Okocimski i Stomil awansowały do I ligi. Te zespoły budowano przez trzy lata – mówi trener Resovii Marcin Jałocha. “Pasiaki” ukończyły sezon na 6 miejscu ze stratą 7 punktów do lokaty dającej awans.

- Szóste miejsce to porażka Resovii?
- Miejsce nie jest najgorsze, choć mogło być lepsze. Ważniejsze jednak, że zespół poczynił postępy i wiosną grał lepiej, niż jesienią. Innego zdania jest choćby prezes Bentkowski, ale cóż – takie jego prawo.

- Był w rundzie rewanżowej moment, że zbliżyliście się do Stomilu na kilka punktów, lecz nadzieja na doścignięcie olsztynian zgasła równie szybko, jak się pojawiła.
- Szansa przepadła po porażce z Wigrami. Warto pamiętać jednak o okolicznościach. Za pierwszym razem do spotkania nie doszło z uwagi na zasypane śniegiem boisko. Potem pojechaliśmy do Suwałk w dniu meczu, ale wtedy atmosfera już nieco “siadła”, bo pojawiły się problemy pozasportowe.

- Okocimski Brzesko i Stomil były poza konkurencją?
- Okocimski chyba tak, ale już Stomil był do ogrania. Stoczyliśmy z nim dwa wyrównane mecze. Jednak zwróćmy uwagę, że na zaplecze ekstraklasy awansowały zespoły budowane od trzech lat przez tych samych trenerów. Ciągłość myśli szkoleniowej, zgranie poszczególnych formacji – to wszystko ma ogromne znaczenie.

- Zbyt często oglądaliśmy dwie Resovie. Ta z meczów na własnym boisku grała odważnie, strzelała mnóstwo goli. Ta poza domem popełniała błędy, miała kłopot, by wykończyć akcje. Z czego to wynikało?
- Nie zgadzam się z tą tezą. Bez względu na to, gdzie graliśmy, zawsze parliśmy do przodu. Interesowało nas strzelanie goli, a nie murowanie bramki. Wyniki były różne, choć w pewnym okresie punktowaliśmy głównie poza domem.

- Nie należy pan do trenerów, którzy wychwalają swoich zawodników pod niebiosa. Ale podejrzewam, że dla któregoś z podopiecznych znajdzie pan ciepłe słowo?
- Swoich graczy chwalę równie często jak ganię, ale robię to w szatni, a nie do prasy. Takie sprawy powinno się bowiem załatwiać we własnym gronie. Na plus mogę ocenić zwłaszcza Andrija Nikanowycza, Konrada Domonia, który więcej niż dobrze wywiązywał się z roli środkowego obrońcy i Michała Ogrodnika. Ten ostatni piłkarz ma chyba największy potencjał, lecz musi ustabilizować formę. Teraz w jednym meczu gra tak, że człowiek przeciera oczy ze zdumienia, a w następnym trudno go dostrzec. Żal mi natomiast Bartka Jarocha. Miał grać pierwsze skrzypce na prawej obronie, ale najpierw pojechał na kadrę, a później doznał kontuzji i rundę miał z głowy. Na szczęście uraz okazał się mniej groźny, niż sądziliśmy i mam nadzieję, że Bartek bez przeszkód będzie się przygotowywał do nowego sezonu.

- Czego lub kogo jeszcze brakowało tej drużynie?
- Nie mieliśmy pomocnika bądź napastnika, który w krytycznym momencie wziąłby ciężar na swoje barki, jedną akcją przesądził o losach meczu. Takich indywidualistów nie ma wielu nawet w I lidze, ale na przykład w Motorze Lublin jest. Ukrainiec Ihor Mihalewskij w ostatnim meczu z nami naprawdę robił różnicę.

- Piłkarze nie żalili się panu na poślizgi w wypłatach?
- Kłopoty zaczęły się już w grudniu, ale wtedy postanowiliśmy, iż ciągniemy wózek – bez względu na okoliczności – do samego końca. Sam się dziwię, że sprawa tak późno wyszła na światło dzienne, że zawodnicy “nie pękli”, tylko walczyli na całego. Sytuacja nie uległa zmianie nawet, gdy już wszyscy wiedzieli, iż chłopaki od czterech miesięcy czekają na pieniądze, ale atmosfera nie była już taka, jak wcześniej. Piłkarze postąpili jednak honorowo i bardzo mnie to cieszy.

- Jest pan rozczarowany tą całą sytuacją?
- To dla mnie nowość. Będąc zawodnikiem, miałem szczęście grać w klubach dobrze zorganizowanych. W Niecieczy, gdzie zacząłem na poważnie przygodę z trenerką, problemów finansowych nie było. Ale piłkarzom Resovii powtarzam jedno: pracujecie na swoje nazwisko i tylko to się liczy. Jeśli mimo przeciwności będziecie grać dobrze, zyskacie dodatkowy szacunek. Także u własnych kibiców. Zawodnicy zrozumieli i wykonali kawał solidnej roboty.

- Zostaje pan w Resovii na następny sezon?
- Nie wiem, mam ważny kontrakt do 30 czerwca. Zależy mi jednak, by ta sprawa wyjaśniła się w miarę szybko, bo nie chciałbym zostać na lodzie. Dzielę klub na trzy części. 33 procent to rola działaczy, 33 – piłkarzy, 33 – trenerów, a jeden procent to szczęście. Jeśli w lipcu okaże się, że Resovia funkcjonuje w 100 procentach, to pewnie zostanę. Chciałbym, bo dobrze się czuję w Rzeszowie.

- A nie irytuje pana, że tak późno zaczęto dyskutować o kształcie drużyny, przyszłości trenerów i zawodników?
- Jestem pracownikiem klubu, mam nad sobą zwierzchników. To nie do mnie należy pierwszy krok, a do działaczy.

Rozmawiał Tomasz Szeliga

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.