Zawsze gramy na setkę

Fot. Paweł Bialic

Rozmowa z Andrzejem Krzywym, wokalistą i liderem grupy De Mono. Zespół wystąpił 7 listopada w Rzeszowie w Filharmonii Podkarpackiej.

- Czy pracujecie już nad nowym materiał autorskim, bo ostatnia płyta “Spiekota”, nie pomniejszając jej oczywiście, zawiera nowe wersje starych polskich utworów, które wiele lat temu Was inspirowały ?
- W Polskim Radio nagrywamy płytę symfoniczną. Może zostanie wydana na CD lub Blue-ray. Materiał zupełnie autorski ukaże się albo w połowie przyszłego roku albo jesienią. Oprócz tego planujemy rzecz w wymiarze międzynarodowym. Ale na razie nie mogę zdradzić więcej szczegółów.

ZOBACZ ZDJĘCIA Z KONCERTU

- Tą trasą koncertową świętujecie 25-lecie działalności grupy. Czy wejście w główny nurt muzyki poprockowej był świadomą decyzją?  
- Gdy zaczynaliśmy, byliśmy bardziej rockowym zespołem. I zawsze staraliśmy się, by gitary były podstawą naszego brzmienia. Po drodze trafiła się łagodniejsza i bardziej popowa niż rockowa piosenka “Statki na niebie” i od niej  złagodziliśmy swoje brzmienie. To był oczywiście świadomy nasz wybór , choć gitary cały czas są głównym elementem naszego instrumentarium.

- W ciągu tych 25 lat na pewno wiele się wydarzyło. Do jakiego wydarzenia przywiązuje pan największą wagę?
- Do nagrania piosenki i płyty “Kochać inaczej”[w 1989 – red.], od której wszystko się zaczęło, dzięki której mogę z panem teraz rozmawiać. Gdyby nie ona, pewnie do dziś siedzielibyśmy w garażu. Drugim wyjątkowym wydarzeniem w historii grupy na pewno była nagroda MTV w 1994 roku przyznana nam w Londynie przez angielskich dziennikarzy dla najlepszego polskiego zespołu wybranego spośród chyba 20 polskich grup. To było dla nas ogromne wyróżnienie, bo taką nagrodę dostał m.in. Michael Jackson.

- Gracie od 1987 roku. Czy Wasza publiczność zmieniła się w ciągu tych lat?
- Mam wrażenie, że na nasze koncerty przychodzi już trzecie pokolenie. Dalej przychodzi młodzież, która zna nasze piosenki, śpiewa refreny, co wynika z tego, że w ich domach tego właśnie się słucha. Ale oczywiście na nasze koncerty przychodzą także mamy i babcie tych dzieciaków. “Spiekota” jest takim albumem, który łączy te trzy pokolenia. Młodzi poznają piosenki, przy których bawili się ich rodzice i dziadkowie, a starsi widzą czego teraz słucha młodzież – oczywiście mam na myśli reggae.

- De Mono występuje i na dożynkach, i w prestiżowych salach koncertowych. Jak byście określili swoją publiczność?
- Gramy dla ludzi. Wszędzie są oni tacy sami. Czy to jest Tłuszcz czy Warszawa, zawsze dajemy z siebie wszystko, zawsze gramy na setkę i nie dzielimy ludzi na tych z wiosek, małych czy też dużych miast.

- Czy zgodziłby się pan, że to muzyka reggae jest waszym źródłem, bo przez te wszystkie lata dzieliliście się z ludźmi pozytywną energią  w wydaniu popowym?
- Tak na prawdę to tylko ja byłem związany z grającym reggae zespołem Daab. Więc elementy reggae są we mnie od zawsze. A jeśli chodzi o najnowszą płytę “Spiekota”, to ma ona  dwóch ojców. Z jednej strony Piotra Kubiaczyka, który od wielu lat namawiał nas, by nagrać płytę ze starymi kawałkami, by pokazać młodzieży, że grana dziś muzyka ma silne podstawy w latach 60. i 70. A to żeby nagrać płytę reggae wpadł nasz gitarzysta Tomek Banaś, kompozytor piosenki “Póki na to czas” w wersji “regałowej” z płyty “No Stress”.  Opracowanie tych kawałków w reggae nie było rzeczą łatwą ale przyjąłem  to wyzwanie i opłaciło się.

- Czy nie żałuje pan, że doszło do rozejścia się pana drogi i Marka Kościkiewicza, jednego z założycieli De Mono?
- Marek nie gra z nami od 1995 roku. Prawie 18 lat. Odszedł na własne życzenie. Długo go namawialiśmy, by się zastanowił. Miał inne plany, chciał pójść inną drogą. Byliśmy mocno związani z sobą. Ale wyszedłem z założenia, że każdy jest  wolnym człowiekiem i ma wolny wybór.

Rozmawiał  Piotr Samolewicz

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.