Zawsze z polską flagą

Tomasz Krypel, 40 lat, sędziszowianin. Pracuje jako alpinista przemysłowy, jest również żołnierzem Terytorialnej Służby Wojskowej. Do tej pory zdobył Gerlach - 2655 m n.p.m., Mount Blanc - 4810 m n.p.m., Aconcaguę - 6962 m n.p.m., a 16 maja 2018 r. najwyższy szczyt świata - Mount Everest. Uprawia nie tylko wspinaczkę wysokogórską, ale też biega w ultramaratonach górskich. Interesuje się militariami oraz sportami walki. Jeśli ktoś chciałby wesprzeć go w kolejnych wyprawach, może kontaktować się tel. 664-965-561, lub e-mailowo: tomaszkrypel@o2.pl
Tomasz Krypel, 40 lat, sędziszowianin. Pracuje jako alpinista przemysłowy, jest również żołnierzem Terytorialnej Służby Wojskowej. Do tej pory zdobył Gerlach – 2655 m n.p.m., Mount Blanc – 4810 m n.p.m., Aconcaguę – 6962 m n.p.m., a 16 maja 2018 r. najwyższy szczyt świata – Mount Everest. Uprawia nie tylko wspinaczkę wysokogórską, ale też biega w ultramaratonach górskich. Interesuje się militariami oraz sportami walki. Jeśli ktoś chciałby wesprzeć go w kolejnych wyprawach, może kontaktować się tel. 664-965-561, lub e-mailowo: tomaszkrypel@o2.pl

SuperWywiad z Tomaszem Krypelem, pochodzącym z Sędziszowa Małopolskiego zdobywcą Mount Everestu.

Dokładnie na trzy miesiące przed 40. urodzinami sędziszowianin Tomasz Krypel stanął na Mount Everest. Wspinał się od chińskiej strony przez Tybet, Północno-Wschodnią Grań i lodowiec Rongbuk. Choć to najdłuższa i najtrudniejsza trasa, najwyższy szczyt świata udało mu się zdobyć w rekordowym czasie. Wyprawa została podjęta, by uczcić rocznicę 100-lecia odzyskania niepodległości i 40-lecie zdobycia Mount Everestu przez Wandę Rutkiewicz.

– Jakie to uczucie stanąć na dachu Ziemi?
– Jest radość i euforia ze zdobycia szczytu, ale i… duże zmęczenie organizmu. Z tyłu głowy cały czas tłucze się, że trzeba być skupionym, że nie wolno się rozpraszać, bo jeszcze długa droga z powrotem. A jak mówią statystyki, do ponad 90 proc. wypadków dochodzi właśnie przy zejściu. Zresztą sami zaraz naocznie się o tym przekonaliśmy. Przy ścianie, blisko drogi, którą schodziliśmy, dosłownie 20 – 30 cm leżą zwłoki. Przechodzi się tuż obok. Ułożenie ciała pokazuje, że była to osoba, która schodziła już z góry. Nie wiem, czy zdobyła szczyt czy też nie.

– Podobno cała droga na Mount Everest jest usłana zwłokami tych, którym się nie udało…
– Nie do końca. Na trasie, którą my wybraliśmy, widać ciała dwóch osób. Jedno to właśnie, które leży zaraz przy ścieżce, a drugie znajduje się kilkanaście metrów niżej w kilkunastometrowej przepaści. Ten człowiek spadł, wkleszczył się w ścianę i tak już został. Może się odpiął? Nie wiem. Natomiast od strony nepalskiej zwłok jest więcej. Tam odcinki są krótsze, a droga po trzęsieniu ziemi w Katmandu, kiedy to zniknął Stopień Hillary’ego [12-metrowy skalny próg o nachyleniu ok. 50 st., na wysokości ok. 8790 m], stała się łatwiejsza. Od Nepalu wchodzi więcej ludzi, część z nich jest nieprzygotowana.

– Faktycznie wspinają się tłumy? Kogo spotyka się w drodze?
– Te doniesienia o tłumach i kolejkach są przesadzone. Fakt, ten rok będzie rekordowy – do tej pory już ok. 650 osób stanęło na szczycie, ale większość z nich idzie łatwiejszą trasą – właśnie tą od strony nepalskiej. Trasą, którą my wybraliśmy, poprzez Tybet wspina się o wiele mniej, bo jest najdłuższa i najtrudniejsza. Pozwoleń na wejście wydano tu tylko ok. 120. Tu nie widać turystów. Ludzie wiedzą, po co przyjeżdżają i są przygotowani do wyzwania na 100 procent. Odcinki między obozami są bardzo długie, podejścia prawie pionowe i ich pokonanie faktycznie kosztuje sporo siły, tym bardziej że wszystkie odcinki znajdują się na wysokości powyżej 7 tys. m n.p.m. A wiadomo, że im wyżej tym mniej tlenu, i nawet stosując maskę tlenową jest naprawdę ciężko się wspinać. Na samym szczycie trudno było ustać i trudno cokolwiek powiedzieć, co słychać nawet na filmiku, który tam nagrałem.

Na Mount Everest pogoda była tak piękna, że Tomasz Krypel spędził tu aż 40 minut.
Na Mount Everest pogoda była tak piękna, że Tomasz Krypel spędził tu aż 40 minut.

– Co miał Pan w plecaku?
– Od obozu III na wysokości 8300 m n.p.m. na sam atak szczytowy w plecaku są tylko dwie butle tlenowe, one razem ważą 10 kg, termos litrowy z ciepłą herbatą, batony i żele energetyczne.

– A jak znalazł się Pan w składzie ekipy?
– Najpierw trafiłem do projektu Polskie Himalaje 2018. Tam poprzez swoje wcześniejsze dokonania górskie zostałem zaangażowany jako kierownik grupy, która w październiku prowadziłem od strony nepalskiej do bazy pod Everestem. Tam zrodził się pomysł, by zebrać doświadczonych już ludzi i uczcić rocznicę 100-lecie odzyskania niepodległości Polski wyjściem na Everest. Planowaliśmy wyruszyć już jesienią. Niestety, w tym okresie wyprawa okazała się tak kosztowna, że nie udało się zebrać na nią aż tak dużych funduszy. Ze znajomymi stwierdziliśmy jednak, że wybierzemy się mniejszą grupą, też jako wyprawa niekomercyjna.

– Kiedy rozpoczęły się przygotowania?
– Wszystko zaczęło się 3 lata temu, a poważniejsze planowanie, szukanie agencji w Katmandu ruszyły półtora roku temu. W końcu znaleźliśmy odpowiednią i dogadaliśmy się, co do kosztów. Równolegle cały czas pozyskiwaliśmy środki finansowe. No i oczywiście cały czas pilnowaliśmy treningów fizycznych.

– Wyprawę planowaliście na ok. 60 dni, a skróciliście ją niemal o połowę. Dlaczego?
– Kolega, Łukasz Łagożny z Sanoka chciał zdążyć wrócić do Polski już na 27 maja na komunię córki. Dlatego zaraz po aklimatyzacji i rozmowie z naszymi Szerpami [miejscowi przewodnicy] przyspieszyliśmy akcję górską. Początkowo zakładaliśmy, że on wejdzie jako pierwszy, a my w drugiej kolejności, ale wyszło tak, że trzy osoby z naszej ekipy: ja, Łukasz i kolega ze Szwecji poszliśmy od razu z obozu I do obozu III. Tu było tylko kilka godzin odpoczynku, zjedzenie posiłku uzupełnienie płynów i od razu strzała – atak szczytowy i wejście do 7000 m n.p.m. Tak, że wyszło nam 33 – 34 godziny ciągłego wspinania się w tym mała przerwa w obozie na wysokości 8300 m n.p.m. na posiłek i uzupełnienie płynów.

– To mordercze tempo…
– Tempo było mordercze, również ze względu na pierwsze okno pogodowe, które się otworzyło i było dość krótkie. Musieliśmy się wstrzelić dokładnie w trzy dni, a tak naprawdę to czasu było jeszcze mniej, bo zawsze pierwszą ekipą, która wejdzie na szczyt w danym okresie musi być ekipa chińska. No i jeszcze trzeba było czekać na oporęczowanie drogi na szczyt, bo wcześniej nie było takiej możliwości ze względu na silny wiatr i ciągłe opady śniegu. I tak 14 maja Szerpowie zaporęczowali drogę na szczyt, 15 maja weszła tam ekipa chińska, a my – 16 maja. Mieliśmy piękne słońce, można było rozpiąć kurtkę, ściągnąć rękawice. Byłem na szczycie 40 minut, a mój kolega, Łukasz, ponad godzinę, a to jest rzadkością na Mount Evereście. Zazwyczaj jest tak zła pogoda i tak zimno, że ekipa wspina się, robi zdjęcia, popatrzy wokół i szybko schodzi na dół, a u nas była „plaża”. Nie wiem czemu zawdzięczamy, że tak nam się wszystko udało. Także i w nocy nie mieliśmy złych warunków. Atak szczytowy rozpoczęliśmy o północy z minutami. Pogoda była łaskawa – na zegarkach pokazywało się minus 25 stopni Celsjusza, czyli odczuwalna temperatura wynosiła minus 30 stopni, minus 35 stopni Celsjusza. W Polsce może wydawać się to trudne do wytrzymania, ale podczas wspinaczki ma się inne ciuchy, inne buty, no i człowiek jest cały czas w ruchu, więc było nam naprawdę ciepło. A jeszcze towarzyszyło nam piękne gwiaździste niebo – warunki pogodowe przeidealne. Zresztą do tej pory jakoś tak się zawsze układa, że ja na każdym szczycie trafiam na pogodę – słoneczko, podstawy chmur niżej, widoki piękne, wszystkie szczyty dookoła widać.

– Zdarzyło się zwątpić w sens wyprawy, osiągnięcie celu? Miał Pan moment załamania?
– Zwątpienia nie było. Chociaż, jeszcze na początku wyprawy, w obozie na wysokości 5200 m n.p.m. pojawił się u mnie taki dziwny strach. Nie wiem, czym było to spowodowane… Bałem się nie tyle samej wysokości, co tego, czy organizm poradzi sobie z tak dużym obciążeniem, czy te treningi, które wykonywałem w Polsce, przełożą się na siłę i wytrzymałość potrzebną w tak wysokich górach. No, ale organizm wytrzymał. Chociaż przy zejściu na wysokości 7600 – 7700 m n.p.m. złapał mnie silny kaszel, dostałem gorączki i przy tak niesprzyjającym samopoczuciu zszedłem na 7000 m n.p.m. Była już godz. 21, więc nie schodziłem niżej. Dołączyłem do kolegi, który też zdecydował się zostać. Zjedliśmy, przespaliśmy się. Niżej ruszyliśmy dopiero rano. W obozie na 5200 m dopiero zaczęliśmy sobie szczerze i serdecznie gratulować. Tu już wiedzieliśmy, że jesteśmy bezpieczni i można było świętować.

– Czy to, że wspinaliście się, by uczcić 100-lecie odzyskania niepodległości i 40-lecie zdobycia szczytu przez Wandę Rutkiewicz, dodatkowo mobilizowało?
– Zawsze wożę ze sobą polską flagę. Ta sama flaga towarzyszy mi już kilkanaście lat. Na każdym zdobytym szczycie robię sobie z nią zdjęcia. W przypadku tej wyprawy wydawało się, że w związku z rocznicami łatwiej będzie pozyskać fundusze. Mocno zaangażowałem się w ten projekt i byłem rozczarowany, że zainteresowanie ze strony niektórych urzędów było znikome. W naszym kraju dużo się mówi o patriotyzmie, ale jak przyjdzie do konkretów, to już tak pięknie nie jest. Jeden z moich kolegów, który też działa w organizacjach patriotycznych, ale na Śląsku, nie dał rady w ogóle dopiąć funduszy. Mnie się udało, również dzięki publikacji, która ukazała się w Super Nowościach.

– Ile kosztowała wyprawa?
– Po podliczeniu wszystkich kosztów i wydatków zamknąłem się w kwocie ok. 120 tys. zł. To całkowity koszt łącznie z przelotami, ubezpieczeniem, opłatami i agencją.

– Czy Polacy jako ci, którzy zimą jako pierwsi zdobyli najwyższy szczyt świata, są lepiej postrzegani przez miejscowych niż inni wspinacze?
– Nie wszyscy o tym wiedzą. Ludzie tam żyją z wypraw, ale zajmują się bardziej ich biznesową stroną. Nie interesują się aż tak dokonaniami. Niby kojarzą, że większość szczytów jest zdobyta przez Polaków, ale nie znają szczegółów. Kiedy rozmawialiśmy o tym z naszymi Szerpami, to okazało się, że tylko jeden znał Krzysztofa Wielickiego, ale już o Leszku Cichym nie słyszał.

– Jakie są Pana dalsze plany, wysokogórskie marzenia?
– Na razie staram się kompletować szczyty należące do Korony Ziemi. Są już plany, by wybrać się na masyw Vinsona, najwyższy szczyt na Antarktydzie. Nawet marzyło nam się zrobić to jeszcze w tym roku na przełomie grudnia i stycznia, kiedy tam jest lato – choć temperatury sięgają wtedy minus 60 stopni C – ale pewnie nam się nie uda. Realniejszy wydaje się przyszły rok. To niewielka góra, bo ma tylko 4892 m n.p.m., ale trudniejszy do przeskoczenia jest aspekt finansowy. By się tam wybrać, trzeba mieć prawie 200 tys. zł. A skoro finanse na Everest tak ciężko było dopiąć, to na Vinsona już sobie nie wyobrażam… Może dzięki publikacji w Super Nowościach uda się pozyskać sponsorów?

– Najbliżsi pogodzili się z niebezpieczeństwem towarzyszącym Pana pasji?
– No… nie do końca. Tym bardziej że w tym roku na Nanga Parbat zginął Tomasz Mackiewicz, również polska wyprawa na K2 trafiła na dość ciężkie, niesprzyjające warunki. Wiadomo, że przy każdym wyjściu robimy wszystko, aby bezpiecznie wyjść i wrócić do domu. Z najbliższymi żegnamy się jednak zawsze tak, jakbyśmy mieli się nie zobaczyć. Wysoko w górach jest bowiem dużo czynników wpływających na to, że człowiek może tam zostać na zawsze. Chociaż, jeżeli jest się dobrze przygotowanym, w dobrej kondycji fizycznej i psychicznej, bo ważne jest nie tylko ciało, ale i w głowie musi być wszystko poukładane, to musi się udać!

Rozmawiała Beata Sander

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
zz Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
zz
Gość
zz

brawo Tomek!!!