Zgubiłem się w górach, przeżyłem dzięki śpiworowi

W poniedziałek (27 lutego) o godz. 7 rano ratownicy Grupy Bieszczadzkiej GOPR zakończyli trwającą kilka godzin akcję poszukiwania 24-letniego turysty z Krakowa, który zabłądził w masywie Połoniny Wetlińskiej w Bieszczadach. Fot. Andrzej Czech

Młody turysta był o krok od śmierci w Bieszczadach

Bieszczady zachwycają, lecz jak każde góry, są także niebezpieczne, zwłaszcza zimą. Ostatnio przekonał się o tym na własnej skórze 24-letni miłośnik gór – Jan Jabłoński z Krakowa. Młody turysta był o krok od śmierci. – Nie lekceważmy żadnych gór, czujmy przed nimi respekt – apeluje Grzegorz Chudzik, naczelnik Grupy Bieszczadzkiej Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. – Korzystajmy z porad doświadczonych turystów, w tym także ratowników GOPR, zwłaszcza wtedy, gdy po raz pierwszy planujemy wycieczkę górską – dodaje.

Co roku wielu mieszczuchów przyjeżdża w Bieszczady, aby odpocząć, nasycić wzrok zapierającymi dech w piersiach bajkowymi krajobrazami i połazić po górskich szlakach. O tym, że z górami nie ma żartów, dobrze teraz wie 24-letni Jasiek, uczeń policealnej szkoły w Krakowie. Gdy był małym chłopcem przez kilka lat mieszkał z rodzicami w Bieszczadach. Potem przenieśli się do stolicy Małopolski. A że pasja do gór pozostała, więc w miniony piątek późną nocą znów przyjechał w Bieszczady, tym razem w towarzystwie kilku znajomych. Przenocowali w schronisku młodzieżowym w Wetlinie. – W sobotę weszliśmy na Połoninę Caryńską i udaliśmy się do bacówki. Wróciliśmy autem – relacjonuje krakowianin.

Zgubił się, brodził w śniegu po pas

Następnego dnia rano turyści z Krakowa udali się na Przełęcz Wyżną, a koło południa byli już w Chatce Puchatka na Połoninie Wetlińskiej. Jasiek o godz. 13 pożegnał się ze znajomymi i pieszo ruszył do gospodarstwa agroturystycznego w Chmielu. Młodemu turyście dawały się we znaki warunki atmosferyczne. – Kiedy wychodziłem ze schroniska świeciło słońce, a gdy pokonałem już dość spory kawał drogi, orientację w terenie utrudniała mgła i sypiący śnieg – wspomina 24-latek. – W pewnym momencie dotarło do mnie, że nie wiem, gdzie jestem. Wiedziałem też, że zszedłem ze szlaku. Brnąłem w śniegu po pas, aż w końcu nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Nie mogłem zadzwonić po pomoc, gdyż moja komórka straciła zasięg. Zrobiłem sobie posłanie z gałązek iglastych i zasnąłem w śpiworze – mówi.

Wielka akcja ratowników GOPR

Jasiek po opuszczeniu schroniska zadzwonił do swojej mamy i poinformował ją o swej samotnej wyprawie do Chmiela. Do owego gospodarstwa agroturystycznego na nocleg miał dotrzeć ok. godz. 18.  – Przed  godziną 22 zadzwoniła do nas matka 24-latka i oznajmiła, że nie może nawiązać kontaktu ze swoim synem – opowiada Grzegorz Chudzik. – Numer turysty nie odpowiadał, co oznaczało, że albo nie miał zasięgu, albo że padła mu bateria. Sprawdziliśmy wszystkie miejsca zakwaterowania. W żadnym z nich krakowianin się nie zatrzymał. A tymczasem warunki atmosferyczne pogarszały się, momentami obficie sypał śnieg, temperatura wynosiła minus dziesięć stopni Celsjusza, wiał bardzo silny wiatr. Wszczęto akcję poszukiwawczą, w której uczestniczyło 25 ratowników z trzech sekcji operacyjnych: Cisna, Lutowiska i Sanok – opisuje naczelnik. – Z punktu widzenia logistycznego było to szukanie igły w stogu siana, dlatego że nie wiadomo było co stało się z turystą. A do przeczesania był ogromny teren. Nie wiedzieliśmy także, w jakim stopniu uczestnik wyprawy jest przygotowany kondycyjnie i jakim sprzętem dysponuje.

Śpiwór go uratował

- W pewnym momencie usłyszałem, że ktoś głośno wypowiada moje imię. Obudziłem się i odezwałem. Okazało się, że to był jeden z ratowników Grupy Bieszczadzkiej GOPR poruszający się skuterem  śnieżnym – opowiada ocalony turysta, który został znaleziony około piątej  rano. Mężczyzna spał w śpiworze nieopodal szlaku turystycznego biegnącego z Połoniny Wetlińskiej do Zatwarnicy. – Na pewno śpiwór go uratował – nie kryje Grzegorz Chudzik. – Wszedł do śpiwora w skarpetkach, jego buty bowiem zamarzły i gdy go znaleźliśmy nie mógł ich na powrót założyć. 24-latek był wycieńczony, zmarznięty, przemoczony i wygłodzony. Dostał gorącą herbatę, słodycze i szybko poczuł się lepiej. Na szczęście nie miał żadnych śladów odmrożeń – podkreśla.

- 24-letni mężczyzna nie musiał być hospitalizowany – zaznacza Jerzy Bujwid, kierownik trwającej kilka godzin akcji poszukiwawczej.  Krakowianin został odwieziony autem do Chmiela, gdzie dotarł w poniedziałek o godz. 6.30.

Bieszczady zimą są niezwykle groźne

 Opisana  historia ma szczęśliwe zakończenie, jednak niektórzy nazywają Bieszczady „kapuścianymi górami”, nie posiadają odpowiedniej wiedzy i przygotowania a mimo to ruszają na szlaki turystyczne. Lekceważenie gór wielu ludzi przypłaciło już życiem.

- Bieszczady latem, a Bieszczady zimą to są dwie różne historie – przyznaje Grzegorz Chudzik. – Turyści przede wszystkim zimą powinni zachować zdrowy rozsądek, brać pod uwagę warunki pogodowe, własne samopoczucie, kondycję, odpowiedni ekwipunek – mówi nasz rozmówca.  Jak zauważa, bywa, że doświadczeni turyści po prostu nie radzą sobie w górach. – Niedawno prowadziliśmy akcję poszukiwawczą dwóch turystek w rejonie Wielkiej Rawki.  Były świetnie przygotowane do wyprawy, lecz zgubiły się i nie miały sił dalej iść. Musieli zatem interweniować ratownicy – wyjaśnia.

Lekceważą góry, igrają ze śmiercią

- Warunki zimowe w Bieszczadach czasami są warunkami ekstremalnymi – zwraca uwagę naczelnik Grupy Bieszczadzkiej GOPR. – Nawet na najczęściej uczęszczanym szlaku – Końskiej Drodze prowadzącej do Chatki Puchatka można się zgubić, zdarzało się to także ratownikom – nie ukrywa Grzegorz Chudzik. – W ubiegłym roku dwóch młodych turystów z Warszawy przyjechało w Bieszczady.  Mieli zarezerwowany nocleg w placówce pod Małą Rawką, gdzie dojście z Przełęczy Wyżniańskiej nie powinno być żadnym problemem, tymczasem oni wybrali trasę „na skróty” i omal nie doszło do tragedii – dopowiada.

Najbardziej tragiczna historia

 W kronikach Bieszczadzkiej Grupy GOPR są także tragiczne zdarzenia. – Zdecydowanie najbardziej wstrząsająca jest historia trzech dziewczynek z Czeczenii, które zmarły w trakcie próby nielegalnego przejścia przez granicę – mówi naczelnik Chudzik. Zachęca do przeczytania książki pt. „Wołanie z Połonin”, w której zostały opisane historie ratowników śmieszne, tragiczne i zaskakujące. – Lektura tej książki da wiele do myślenia wszystkim tym, którzy wybierają się w Bieszczady.

Wioletta Zuzak

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.