Zmiennicy też potrafią

Fot. PAP

PLUSLIGA. Już w I rundzie play-off dojdzie do powtórki z ub. finału Asseco Resovia – PGE Skra Bełchatów.

- Różnica w tym spotkaniu była naprawdę niewielka, a początek w naszym wykonaniu był bardzo nerwowy. Mecz wygrali nam zmiennicy, którzy nie grali w finale Pucharu Polski. Pozostali chyba mieli jeszcze w głowach tamte pojedynki – mówił po piątkowym meczu w Warszawie Andrzej Kowal, szkoleniowiec Asseco Resovii.

Mistrzowie Polski zainkasowali w stolicy komplet punktów, ale ich gra mocno falowała, szczególnie w dwóch pierwszych setach. Wówczas to resoviacy spisywali się grubo poniżej oczekiwań. Brakowało agresji w ich grze, wręcz snuli się po boisku i na trybunach coraz częściej kibice zaczęli spekulować, że ekipa z Rzeszowa jakoś niespecjalnie przykłada się do tego pojedynku. – Nie są to miłe komentarze, a ja nie wyobrażam sobie, żebyśmy mieli coś kombinować – mówi Maciej Dobrowolski, rozgrywający Asseco Resovii i dodaje. – Nie ma zresztą w tym żadnego celu, bo tak na naprawdę cały czas szukamy tej swojej gry, a zdobywanie punktów nadal idzie nam ciężko, dlatego każda wygrana powinna cieszyć. Nie wierzę w to, że któremuś z nas w głowie siedziałby jakiś pomysł “kombinacji”. Takie opinie ze strony kibiców bolą. Prawda jest taka, że w tym meczu do pewnego momentu graliśmy po prostu źle – mówi Dobrowolski, którego zespół był w dużych tarapatach i przez bardzo długi okres czasu nie potrafił złapać właściwego rytmu gry.

- Przez pierwsze dwa sety wszystko dobrze się układało, graliśmy dobrą, rzetelną siatkówkę – mówi Krzysztof Wierzbowski, kapitan AZS Politechniki. – Przede wszystkim szkoda drugiego seta, bo może ten mecz potoczyłby się inaczej, gdybyśmy w nim zwyciężyli. Byliśmy głodni gry po dwóch tygodniach odpoczynku od rywalizacji. Rzeszowianom należą się gratulacje. Oni czekali na nasze błędy i skorzystali z nich w najbardziej odpowiednim momencie – stwierdził przyjmujący ekipy z Warszawy, która w II secie prowadziła 24:23, ale mistrzowie Polski nie spuścili głów.

Duża w tym zasługa zmienników, którzy do tej pory mieli mało okazji do pokazania się na boisku, a jak już dostawali szanse, to przy bardzo niekorzystnym wyniku, kiedy nie byli już w stanie odwrócić losów meczów. W piątek w swoim rodzinnym mieście bardzo szybko “zagotował się” Zbigniew Bartman, który praktycznie nie kończył żadnych piłek sytuacyjnych, a do tego popełniał sporo błędów. W jego miejsce musiał pojawić się Niemiec Jochen Schöps (59 proc. skuteczności ataku), który na stałe w wyjściowym składzie zagrał od II seta. W tej samej części meczu słabo dysponowanego Oliega Achrema z powodzeniem zastąpił Serb Nikola Kovacević (71 proc. skuteczności ataku), a że w PlusLidze obowiązuje limit obcokrajowców (3 na boisku), na ławce usiadł także czeski rozgrywający Lukas Tichacek (jego miejsce zajął Maciej Dobrowolski). Roszady podziałały mobilizująco na rzeszowski zespół, który wyszarpał zwycięstwo w końcówce II seta, a później poszedł już za ciosem (choć np. na początku IV seta przegrywał 1:5).

- Ta zwycięska końcówka z II seta pomogła nam w dalszej grze – mówi Dobrowolski i dodaje. – My jesteśmy tylko ludźmi i też dochodziły nas głosy, że tego meczu nie chcemy wygrać itd. To gdzieś tam zostaje w głowach zawodników, może nie paraliżuje, bo to za duże słowo, ale wpływa na psychikę. Tego luzu trochę nam brakuje, ale zwycięstwo nad Warszawą pomoże nam, bo z taką presja będziemy musieli się za chwilę zmierzyć w play-off. Nie było łatwo wygrać, ale najważniejsze, że możemy dopisać na swoim koncie trzy punkty – mówi Dobrowolski.

Mimo porażki niezłe nastroje panowały w obozie Politechniki. – Nie mamy się czego wstydzić po tym spotkaniu – mówi Jakub Bednaruk, trener ekipy z Warszawy. – Jestem bardzo zadowolony z poziomu naszej gry. Przyjechał do nas mistrz Polski, a przez 80 procent meczu toczyliśmy wyrównaną rywalizację. Nie znaleźliśmy już jednak sposobu na Schöpsa i Kovacevicia. Chciałbym także zaprzeczyć wszystkim insynuacjom i przypuszczeniom, jakobyśmy cieszyli się z takiego układu spotkań pod koniec rundy. Oba zespoły zagrały tak, jak potrafią najlepiej i nie było mowy o dogadywaniu się – stwierdza szkoleniowiec AZS Politechniki, która od III seta miała olbrzymie problemy ze sforsowaniem bloku rywali.

Na kolejkę przed końcem mistrzowie Polski zajmują czwarte miejsce w tabeli i wszystko wskazuje na to (chociaż teoretyczne mają jeszcze szanse zarówno na trzecią, jak i spadek na piątą lokatę), że w I rundzie play-off zmierzą się z wicemistrzem z ub. sezonu PGE Skrą Bełchatów. – Przez to, że graliśmy “do kitu” w początkowej fazie sezonu, teraz będziemy mieli utrudnione zadanie. Na pewno nasz zespół stać na przejście Bełchatowa, później wygranie półfinału i powalczenie w finale o złoto, a jak będzie, to zobaczymy – kończy Maciej Dobrowolski.

AZS Politechnika Warszawska    1
Asseco Resovia    3
(25:23, 24:26, 18:25, 21:25)

Politechnika: Drzyzga 1, Siezieniewski 1, Dryja 7, Szymański 9, Pawliński 9, Nowak 12 oraz Potera (libero), Olenderek (libero), Smoliński 2, Wierzbowski 3, Szuleka 11, Stefanović 1.
Asseco Resovia: Tichacek, Lotman 9, Kosok 5, Bartman 6, Achrem 8, Nowakowski 10 oraz Ignaczak (libero), Schops 18, Dobrowolski 2, Kovacević 13, Grzyb 1, Buszek 1.
Sędziowali: M. Lagierski i W. Niemczura. Widzów 4,5 tys. MVP meczu: Jochen Schops.

Rafał Myśliwiec, Warszawa

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.