60 lat od matury!

Tableau szkolne XI b z III LO. Kiedyś była to obowiązkowa pamiątka.
Czy dzisiaj w szkołach jest jeszcze taka tradycja?. Fot. Archiwum

Wciąż nazywają siebie dziewczynami. Mają zakaz mówienia o chorobach. Mogą za to opowiadać o wnukach i o podróżach… Ich klasa XI b już od dwudziestu lat spotyka się w rocznicę egzaminu dojrzałości. Nie przeszkodziła im w tym nawet pandemia. Tego roku, dokładnie 20 maja, maturzystki z 1962 r. chcą świętować, jak w piosence Czerwonych Gitar, z „wielkim hukiem”. A przy okazji postanowiły podzielić się radością z bycia razem i planami swej rocznicy. 

– 60 lat temu zdawałyśmy maturę, mówię „zdawałyśmy”, bo III LO było wówczas szkołą żeńską. Chłopcy pojawili się w tych murach znacznie później – wspomina Małgorzata Jarosińska, która całe zawodowe życie związała z Muzeum Okręgowym, autorka książek i opracowań, obecnie historyk na emeryturze. Rzeszowianka nie ma wątpliwości, że ponad pół wieku temu szkolna rzeczywistość była zupełnie inna od tej współczesnej.

Zakaz chodzenia do kawiarni

– Na co dzień przychodziłyśmy w granatowych fartuchach z białym kołnierzykiem, do tego – w chłodne dni – nosiłyśmy granatowy beret. Obowiązywały nas tarcze na rękawie. Żadna z nas się nie malowała ani nie farbowała włosów. Nie nosiłyśmy biżuterii. Uczennicom nie wolno było wychodzić do kawiarni ani spacerować po ulicach z chłopakami – opowiada.
Nauka w LO rozpoczynała się po VII klasie. Język rosyjski był obowiązkowy, a jako drugi licealistki wybierały: łacinę, francuski lub niemiecki. – Na początku nie lubiłam nowej szkoły właśnie dlatego, że uczyły się w niej same dziewczyny. Nie było więc na kogo zwalić, że np. krzesło się rozwaliło, albo coś innego wydarzyło – wyznaje szczerze. – Z czasem przekonałam się, że i „same baby” potrafią być wesołe, a profesorowie, bo tak się mówiło wtedy o kadrze nauczycielskiej, uczyli i mówili mądre rzeczy.
Wychowawczynią klasy XI B została prof. Maria Bezruczko, nauczycielka francuskiego. – Nie byłyśmy aniołkami, ale panienkami rozbrykanymi i rozhukanymi, więc profesorka uznała nas za klasę słabą i trudną. Ciągle mówiła o naszych brakach, niedociągnięciach i małych ambicjach. Być może dlatego, że w tamtych czasach ani dzieci, ani młodzieży się nie chwaliło. Uważano, że to psuje charakter
– wspomina. A jednak uczennice z XI b były naprawdę dobre. Aż 33 dopuszczono do egzaminu dojrzałości.

Dwa bale i pięć egzaminów

– Oczywiście na egzaminy przychodziło się wtedy w białych bluzkach i granatowych spódniczkach. Także na studniówce bawiłyśmy się w białych bluzkach i granatowych spódniczkach. Dopiero na komersie, balu pomaturalnym, kiedy byłyśmy już dorosłe, mogłyśmy założyć sukienki które miały inne kolory – relacjonuje.
– Matura to ważne i przełomowe wydarzenie dla młodego człowieka. Takie, które długo się pamięta – podkreśla. A jak wyglądała 60 lat temu? – Egzaminy z polskiego i matematyki zawało się pisemnie. Jeśli zaliczyło się egzaminy pisemne, wtedy podchodziło się do ustnych. Obowiązkowo trzeba było zdać: polski, matematykę, historię i jeszcze dwa przedmioty wybrane. W jednym dniu zdawało się ustnie wszystkich 5 egzaminów. Odpowiadałyśmy na pytania wyciągnięte na karteczkach przed komisją siedzącą przy długim stole. Komisja egzaminacyjna składała się z pięciu nauczycieli, którzy nas uczyli i dyrektorki szkoły. Na zakończenie zapraszano wszystkie zdające do sali. Pani dyrektor wygłaszała mowę i gratulowała dojrzałości każdej, która zdała. A w naszej XI b wszystkie dziewczyny dopuszczone do matury zdały ją.
Aż 18 absolwentek z XI b zdecydowało się na studia wyższe (a wtedy nie było to takie oczywiste). Wszystkie zdały egzaminy wstępne i dostały się na politechniki i uniwersytety – uczelnie znane i renomowane. Tylko jedna studiowała w Rzeszowie. Inne wyjechały do Krakowa, Warszawy, Lublina, Wrocławia, Gliwic czy Łodzi.

Normalnie wariatki!

– Po maturze, jak to w życiu bywa, z większością koleżanek straciłyśmy kontakt. Owszem, spotykałyśmy się od czasu do czasu, ale po kilka osób. No i przed laty, kiedy okazało się, że zbliża się 40 lat od naszej matury, postanowiłyśmy się zorganizować – mówi. – Udało się odnaleźć adresy, nawiązać kontakty i umówić.
Pierwsze spotkanie panie zorganizowały w 2002 r. po 40 latach od matury. – Odwiedziłyśmy szkolę. Były z nami 4 profesorki, które nas uczyły i 22… dziewczyny, bo my ciągle nie możemy przestać mówić o sobie „dziewczyny”, co moje wnuki doprowadza do śmiechu – opowiada pani historyk.
Dawne licealistki bawiły się tak dobrze, że umówiły się i na następny rok. – Znów było sympatycznie, więc postanowiłyśmy to powtórzyć. I tak spotykałyśmy się rok w rok przez 20 lat. Zazwyczaj przebiega to podobnie. Jest msza, wspólny posiłek i staramy się połączyć nasze spotkanie z elementem krajoznawczym czy artystycznym, jak: wyjście do filharmonii, na wystawę albo do podziemnej trasy turystycznej.
– Zaraz w drugim roku wyszło zarządzenie, że nie wolno mówić o chorobach, wolno za to o wnukach i podróżach własnych, ale tak, żeby nie dołować – opisuje dalej. – Zaczynamy od sprawdzenia listy obecności według dziennika lekcyjnego z XI klasy. Zawsze robimy klasówki ze stanu sklerozy
– no, normalnie wariatki – do tego służą nam przygotowane specjalnie różne quizy, zabawy. Potem śmiejemy się z siebie nawzajem. Ktoś powie, stare baby, po co im to wszystko, ale nam jest to potrzebne, podoba nam się i my razem czujemy się bardzo dobrze.

Przed „80”, więc bez kankana…

– Jestem jedną z organizatorek w naszym 3-osobowym komitecie centralnym i przyznam się, że próbowałam przystopować nieco z częstotliwością obchodów rocznicy, a koleżanki mnie zakrzyczały – absolutnie, nie ma mowy
– wspomina.
Rocznicowych spotkań klasowych nie przerwała nawet pandemia. – W 2020 roku było nas 7, w 2021 roku 10 osób – wylicza zerkając w papierową listę z dziennika. – W tym roku zapowiedziało się 17 koleżanek. Mamy nadzieję że wszystkie dojadą, bo jednak zbliżamy się do osiemdziesiątki. Postanowiłyśmy jednak, że 60-lecie matury, będziemy świętować hucznie. Pewnie, że nie będziemy tańczyć kankana, ale będzie wesoło – zapowiada. – W tym roku, 20 maja, jako że – matko święta – to już 60-lecie matury, spotkamy się w szkole. Naszych nauczycieli nie ma w murach III LO, ale szkoła jest, więc podarujemy jej obraz z Rzeszowem autorstwa Andrzeja Korca. Na dedykacji napisałyśmy: „W 60-lecie matury z podziękowaniem za lata nauki – absolwentki z klasy XI b – Matura 1962”.
Małgorzata Jarosińska nie kryje, że wiele osób zazdrości im corocznych spotkań. – Dopytują: – jak wy to robicie, jak to możliwe, tak rok w rok zgrać się z terminami? A ja tłumaczę, że nie ma co zazdrościć, tylko trzeba wziąć się do roboty. Jak się człowiek chce spotkać, to się spotka!

Beata Sander