Burza wokół karty wędkarskiej

Wędkarze uważają, że stare przepisy dotyczące opłat trzeba ujednolicić. Opłata powinna być jednakowa we wszystkich okręgach w kraju. Fot. Wit Hadło

– To tak, jakby kierowcy mogli jeździć samochodami bez prawa jazdy. Brak wiedzy na temat jazdy po drodze wiązałby się z wypadkami – mówi Wiesław Heliniak, prezes Okręgu PZW w Rzeszowie, oceniający pomysł spółki Wody Polskie, która chce zlikwidować kartę wędkarską.
– Wędkarze chcą zdawać egzaminy na taki dokument, bo to ich nobilituje. To nie prawda, jak twierdzą przedstawiciele Wód Polskich, że osoby łowiące nie muszą mieć wiedzy na temat okresów ochronnych ryb czy ich wielkości. To jest konieczne
w wędkarstwie.
W całym kraju w Polskim Związku Wędkarskim zrzeszonych jest 600 tys. osób, w tym około 30 tys. na Podkarpaciu. Natomiast szacuje się, że wędkarstwem w Polsce zajmuje się w sumie od 1,5 do 2 mln osób.
Obecnie karta wędkarska wydawana jest przez starostwo powiatowe na terenie zamieszkania. Dokument jest ważny dożywotnio, ale nie jest wydawany automatycznie. Aby stać się posiadaczem karty, należy najpierw zdać egzamin z przepisów dotyczących wędkowania. Trzeba też wykazać się znajomością praw i obowiązków wędkującego, znajomością gatunków ryb oraz reguł wędkowania i zachowania na łowisku. Za łowienie ryb w jeziorze czy rzece bez karty wędkarskiej, grozi grzywna od 200 do 500 zł.
Wody Polskie zarzucają nam, że jakość zdawanych egzaminów przez kandydatów na wędkarzy jest marna, a metody egzaminowania z czasów PRL – stwierdził prezes Heliniak. – Tylko, że to nie Polski Związek Wędkarski przygotował ustawę o zasadach i warunkach ochrony, chowu, hodowli i połowu ryb w powierzchniowych wodach śródlądowych, która weszła w życie jeszcze w 1985 r., a takie przepisy przedstawił ówczesny rząd i przyjął Sejm. Jeśli są to archaiczne przepisy, to wystarczy je znowelizować, za czym jest Polski Związek Wędkarski.
Wiesław Heliniak jest zootechnikiem i ichtiologiem oraz członkiem Zarządu Głównego PZW, a przede wszystkim wędkarzem i w miniony weekend startował w zawodach wędkarskich na Mazurach. Przekonuje, że zna problemy wędkarzy i sam wiele razy miał do czynienia z młodymi adeptami amatorskiego wędkowania. Chcą oni mieć dokument w formie karty wędkarskiej, bo to dla nich znaczy to samo, co np. świadectwo potwierdzające zdaną maturę. Chcą wiedzieć o gatunkach ryb jakie można łowić w polskich jeziorach i rzekach i okresach ochronnych ryb, od którego miesiąca można łowić np. sandacza. – Nie może być tak, że ktoś zapłaci za zezwolenie (jest potrzebne oprócz karty) i to ma wystarczyć, żeby łowić – dodaje prezes rzeszowskiego okręgu PZW. – Karta jest potrzebna i niezbędna.
Odmienne zdanie mają wędkarze, którzy twierdzą, że obowiązujące przepisy są przestarzałe i niesprawiedliwe. – Te stare komunistyczne przepisy trzeba zmienić i ujednolicić, bo teraz jest ogromny bałagan, który przynosi korzyści jedynie działaczom związkowym – mówi pan Andrzej z Rzeszowa, wędkarz z kilkudziesięcioletnim stażem. – Teraz płacę w swoim okręgu w Rzeszowie 360 zł i mogę jedynie łowić na akwenach znajdujących się na terenie okręgu. Jak jadę nad Solinę i chcę łowić w tamtych rzekach lub na Jeziorze Solińskim, to muszę dopłacić 170 zł. To jest zdzierstwo, którego nie rozumiem – dodaje pan Andrzej. – Powinno być tak, jak na Zachodzie, płacisz jedną stawkę i możesz przez cały rok łowić ryby gdzie chcesz, pod warunkiem, że jest to dozwolone.
Na razie spółka Wody Polskie zgłosiła propozycję likwidacji karty wędkarskiej. Nie wiadomo od kiedy miałaby być wycofana.

and