Fałszywym tyfusem uratowali tysiące ludzi

Dr S. Matulewicz i dr E. Łazowski podczas spotkania w Rozwadowie w 2000 r. Fot. Fundacja Kedyw

Oscar Schindler, bohater oscarowego filmu Stevena Spielberga uratował od zagłady żydowskich pracowników swojej firmy i stał się symbolem człowieczeństwa w nieludzkich czasach wojny. Dwóch lekarzy z Rozwadowa także uratowało przed koszmarem wojny nawet kilkanaście tysięcy mieszkańców Podkarpacia.

Historia Eugeniusza Łazowskiego pseudonim „Leszcz” i Stanisława Matulewicza to gotowy scenariusz wojennego filmu sensacyjnego. Obaj panowie byli młodymi lekarzami, kiedy wybuchła wojna. Zmobilizowanego Łazowskiego wysłano do Brześcia nad Bugiem. Tu został aresztowany przez Sowietów, uciekł z transportu na Syberię, wrócił do kraju, by wpaść w ręce Niemców. Z obozu jenieckiego także uciekł i wrócił do okupowanej Warszawy. W listopadzie 1939 r. wziął ślub i wyjechał do Stalowej Woli, rodzinnej miejscowości żony, gdzie zaczął pracę w PCK w Rozwadowie. Niedługo po tym, jak Łozowski osiadł w Rozwadowie, napisał do niego kolega Stanisław Matulewicz i zapytał, czy nie byłoby i dla niego pracy w tej części kraju. Tak się złożyło, że w pobliskim Zbydniowie także potrzebowali lekarza. Matulewicz objął tę posadę, a na zapleczu domu stworzył małe laboratorium.

Niech doktor obetnie mi rękę

Codzienną pracę doktora Łazowskiego w 1942 r. przerwał pierwszy przypadek tyfusu plamistego. Chory miał 40 stopni gorączki i nikłe szanse na wyleczenie. Zdolny doktor uratował jednak mężczyźnie życie. Przypadek skonsultował z Matulewiczem, a ten odkrył, że krew osób zakażonych bakterią Proteus OX19, która była zupełnie niegroźna, w testach wygląda identycznie jak u osób zakażonych śmiertelnym tyfusem plamistym. Pierwszego kontrolowanego Proteusa Matulewicz wstrzyknął Polakowi, który przyjechał na urlop z robót przymusowych i błagał o to, by obciąć mu nogę lub rękę, aby nie musiał na nie wracać. Doktor użył fortelu i nakazał pacjentowi ściśle przestrzegać instrukcji zachowań chorego na tyfus. Choć pacjent nie odczuwał żadnych skutków ubocznych szczepionki. Na pomysł, by odkrycie przyjaciela wykorzystać na większą skalę wpadł Łazowski. W tajemnicy przed własnymi żonami i pacjentami, którzy przychodzą do nich po porady, wstrzykiwali szczepionki z niegroźnym Proteusem, pobierali krew, a próbki potwierdzające, że w okolicy szerzy się epidemia tyfusa, wysyłali Niemcom.

Zaraza kontrolowana

Dr Łazowski i dr Matulewicz ustalili między sobą, że ich epidemia powinna tak jak to jest w przypadku prawdziwej zarazy, rozprzestrzeniać głównie wzdłuż szlaków komunikacyjnych, tam gdzie przemieszcza się najwięcej chorych. Aby Niemcy nie nabrali podejrzeń, że tylko oni dwaj wykrywają tyfus, przypadki prawdziwie chorych, podsyłali innym lekarzom.
– Niemcy zdawali sobie sprawę, że wraz z tysiącami ludzi wywożonych na roboty mogą przenieść do swojego kraju wszy zakażone tyfusem. Obawy były uzasadnione, gdyż Niemcy są mniej odporni na tyfus plamisty, niż Polacy i Rosjanie – napisał po wielu latach Łazowski w swojej książce „Prywatna wojna . Wspomnienia lekarza – żołnierza 1933 -1944”.
Operacja „tyfus” kontrolowana przez dwójkę lekarzy trwała ponad 2 lata. Okolice Rozwadowa objęto kwarantanną, a na granicznych słupach i drzewach zawisły ostrzeżenia.
– Każdy plakat „Achtung! Fleckfieber!” i „Achtung! Seuchengebiet!” był dla nas jak dyplom uznania za osiągnięcia naszego celu – pisał po latach Łazowski.
Aresztowań nie było, wywózek na przymusowe roboty tym bardziej, nawet po obowiązkowe kontyngenty Niemcy przyjeżdżali rzadziej i na krócej.

Pacjenci poznali prawdę po latach

Latem 1944 r. znajomy niemiecki żandarm ostrzegł Łazowskiego, że idzie po niego gestapo. Nie chodziło jednak o tyfusową pseudo epidemię, a to, że doktor pomagał przez lata AK-owskim partyzantom. Sam jako „Leszcz” był zresztą członkiem AK. Doktor zabrał żonę i córkę i uciekł. Wcześniej ze Zbydniowa uciekł już też Matulewicz.
Łazowski po wojnie zaczął pracę w Instytucie Matki i Dziecka, kilkanaście lat później wyjechał z rodziną do USA, gdzie zdobył tytuł profesorski. Matulewicz wyjechał do Zairu i był wybitnym radiologiem. Historią fałszywej epidemii Łazowski podzielił się dopiero w 1977 r., gdy wydał wspomnienia – „Prywatna wojna. Wspomnienia lekarza-żołnierza 1933 -1944“. To z niej byli pacjenci dowiedzieli się, że zostali fortelem uratowani i nigdy nie byli ofiarami zakaźnej choroby.
W 2001 r. Łazowski przyjechał do Rozwadowa z amerykańskim reżyserem Ryanem Bankiem, który nagrał jego opowieść. Eugeniusz Łazowski zmarł w USA w stanie Oregon w 2006 roku. Szacuje się, że uratował od wywózki od 8 do nawet 10 tysięcy osób.

Nie ratowali Żydów, bo ich już nie było

Temat wyjątkowych lekarzy powrócił w Stalowej Woli w ostatnim czasie za sprawą historyka Dionizego Garbacza, który wydał książkę „Żydzi w Rozwadowie i Stalowej Woli. Czas wojny i okupacji”. Autor poświęcił na jej przygotowanie około 2 lat, zebrał nazwiska około 900 Żydów mieszkających przed i w czasie wojny w tym, tych którzy wojnę przeżyli i ofiar Holocaustu. Podczas spotkania autorskiego zdementował natomiast informacje, jakoby wśród uratowanych przez lekarzy pacjentów byli Żydzi. Osób tej narodowości w czasie operacji „tyfus” już w Stalowej Woli i Rozwadowie bowiem nie było. Przed II wojną światową mieszkało w Rozwadowie 1790 Żydów i stanowili oni blisko 70 procent wszystkich mieszkańców. Po wkroczeniu Niemców w 1939 r. ludność żydowska została stąd wypędzona na wschodni brzeg Sanu, do radzieckiej strefy okupacyjnej. Nieliczni, którzy zostali, do 1942 roku zostali zabici lub wywiezieni do obozów.

Małgorzata Rokoszewska