Gniew Rzeszowian

W środę przed ratuszem protestowało ponad stu mieszkańców, którzy nie godzą się na niskie ceny za ich prywatne działki, jakie może zaproponować miasto. Fot. Wit Hadło

Na prywatnych działkach władze miasta Rzeszowa planują tworzyć tereny zielone. Dotyczyć to ma kilku rzeszowskich osiedli, w tym m.in.: Przybyszówki, Budziwoja i Bzianki. Jeśli taki projekt przygotowany przez miejskich urzędników wejdzie w życie, to znacznie spadną ceny działek. Stanowczo sprzeciwiają się temu mieszkańcy i już zapowiedzieli, że zawalczą o prawo budowy domów na własnych gruntach. Prezydent Konrad Fijołek zapowiedział, że decyzja w tej sprawie nie zapadnie automatycznie, a najpierw przeprowadzona zostanie dyskusja publiczna z mieszkańcami.

Podczas środowego protestu mieszkańcy kilku osiedli zagrożonych utratą prywatnych działek, które mogą być sprzedane za bezcen, zarzucali władzom miasta, że Studium Uwarunkowań i Kierunków Zagospodarowania Przestrzennego Miasta Rzeszowa przygotowano ponad 20 lat temu. Dlatego w tych dokumentach nie uwzględniono terenów, które w ostatnich latach włączono w granice Rzeszowa. Dotyczy to osiedli: Słocina, Bzianka, Budziwój, Przybyszówka i Matysówka, i te rejony miasta wytypowano pod zieleń.
– Jedna wizyta dewelopera w Urzędzie Miasta wystarczy i miasto w wielu częściach jest bardzo zabetonowane – krzyczała podczas protestu jedna z mieszkanek Bzianki. – Nie odpuścimy władzom miasta, które chcą skupować prywatne działki za grosze. Złodzieje! Nie po to zgodziliśmy się na przyłączenie do Rzeszowa, by teraz tracić wartościowe działki. Wszystkiemu jest winny poprzedni prezydent Rzeszowa Tadeusz Ferenc, który nie przygotował przepisów zmian w Studium Uwarunkowań po poszerzeniu granic Rzeszowa.
Do 30 czerwca mieszkańcy mogą zgłaszać swoje uwagi do „zielonej konstytucji”, jak nazywane jest Studium Uwarunkowań. W jesieni taki dokument mogliby uchwalić miejscy radni. Jednak Robert Kultys, radny PiS i zarazem architekt, uważa, że ten termin jest nierealny. Nowe studium powstawało przez dwa lata i założono w nim, że 30 procent powierzchni Rzeszowa ma być zielona. Na tereny zielone (nie będzie tam można budować domów) wybrano kilka osiedli. Możliwe będzie tam na zbudowanie kortu tenisowego.

Wartość działki spadnie z 25 tys. na 500 zł

Robert Kultys, radny PiS, widział ulotki, które były rozprowadzane na osiedlu Budziwój. Jak nam powiedział, można było na nich przeczytać, że cena ara działki wynosiła 25 tys. zł, a po zmianach tego terenu na zielony byłoby już tylko 500 zł. – Nie jestem jednak pewny, czy cena 500 zł dotyczyła 1 metra kwadratowego czy jednego ara – stwierdził.
W tej sprawie skontaktowaliśmy się z jednym z mieszkańców Budziwoja, który poinformował nas, że wartość działki po zmianach (na tereny zielone) za ar wyniesie właśnie 500 zł.
– W 2010 roku, gdy Rzeszów powiększył się o Budziwój, władze miasta mówiły nam, że będziemy mieć lepiej, gdy będziemy w mieście. To będzie wasze eldorado – takie słowa usłyszeliśmy – powiedział mieszkaniec osiedla Budziwój (nazwisko do wiadomości redakcji). – Rzeczywiście zbudowano nam chodniki, oświetlenie. Byłem u ówczesnego prezydenta Tadeusza Ferenca, który poinformował mnie, że po poszerzeniu miasta wartość działek wzrośnie do 20 – 25 tys. zł. Rzeczywiście tak było. Ale ja swojego gruntu nie sprzedawałem, bo to moja ojcowizna i czekałem na stosowną chwilę. A teraz okazało się, że po zmianie przepisów (gdy teren będzie potraktowany jako pole rolne) wartość mojej działki spadnie do 500 zł za ar. Mam do sprzedaży ok. 90 arów i gdyby pozostała stara cena, to wartość łączna wyniosłaby 1,8 mln zł, a teraz to będzie tylko 45 tys. zł.
– Zanim uwagi mieszkańców zostaną przeanalizowane musi upłynąć więcej czasu – stwierdził Robert Kultys. – Akceptacja korekt w studium będzie możliwa dopiero na początku przyszłego roku. Obecny projekt studium jest nieakceptowany i przez mieszkańców, i przez radnych PiS. Mamy konkretne propozycje korekty tego dokumentu, aby postarać się pogodzić interes publiczny polityki przestrzennej z interesami mieszkańców.

Mieszkańcy: – Nie sprzedamy działek za bezcen.

Radny wyjaśnił, że oczywiście, żeby studium było zgodne z ustawą, musi być spełniony warunek nieprzekraczania ilością terenów mieszkaniowych prognozowanej liczby mieszkańców w ciągu najbliższych 20 lat. Chodzi o 242 tys. mieszkańców. Stąd – zdajemy sobie sprawę – dodał Kultys – że praktycznie niewykonalne jest hasło, aby w tak szerokim mieście jak Rzeszów, całość terenów przeznaczyć pod budownictwo. Nie przyporządkuje się tym terenom liczby mieszkańców i całość studium będzie uchylona.
Robert Kultys proponuje zmienić w studium zapisy dotyczące dopuszczalnej powierzchni zabudowy na działce budowlanej. Dotąd jest to maksymalnie 25 proc. powierzchni działki. Proponuje wprowadzić współczynnik na poziomie maksymalnie 15 proc. powierzchni zabudowy całej działki. Wtedy dla jednego domu o powierzchni zabudowy do 100 mkw. potrzebna będzie działka nieco większa, o powierzchni od 8 do 10 arów. Dzięki temu, przy tej samej zaplanowanej liczbie nowych domów ilość wszystkich terenów przeznaczonych pod budownictwo mieszkaniowe na terenach przyłączonych w studium będzie można zwiększyć prawie dwukrotnie. O to właśnie chodzi protestującym mieszkańcom kilku osiedli.
– To skandal – mówił zdenerwowany mieszkaniec Budziwoja. – Ani ja, ani moi znajomi nie pozwolimy na to, żeby miasto zabierało nam nasze działki za bezcen. Organizujemy protesty, zgłaszamy uwagi do studium uwarunkowań tego terenu. Miasto zabetonowało centrum miasta i brzegi przy Wisłoku, a teraz na siłę chce zabierać osobom prywatnym ich działki i tam tworzyć tereny zielone.
O stanowisko w sprawie terenów zielonych zapytaliśmy telefonicznie Andrzeja Deca (PO), przewodniczącego Rady Miasta, który poinformował nas, że temat jest szeroki i może udzielić wyjaśnień podczas spotkania z dziennikarzem. Do tematu wrócimy, po ponownym, osobistym kontakcie z radnym. Poprosiliśmy też o stanowisko władz miasta, ale w czwartek nie otrzymaliśmy odpowiedzi na wysłanego do Kancelarii Prezydenta Rzeszowa maila.

Mariusz Andres