II liga nas nie zadowala, chcemy więcej

Resovia w latach 70. była wiodącym zespołem w ekstraklasie. Ma na koncie mistrzostwo Polski (1975), trzy wicemistrzostwa (1973, 1974, 1979) i dwa brązowe medale (1976, 1977). W 1974 roku natomiast sięgnęła po Puchar Polski. Fot. Vitaszek

– Pierwszy sezon po reaktywacji koszykówki pod szyldem Resovii miał być takim rozeznaniem. Dawaliście sobie dwa lata na awans, ale zespół spisał się doskonale i już osiągnął cel. Zaskoczony jest pan takim wynikiem, bo sezon zakończyliście ze świetnym bilansem 23-2…
– Robiliśmy to wszystko dla kibiców, których przychodziło bardzo dużo na mecze III-ligowe i to nas zmusiło do jeszcze większego działania. Wyniki też na początku były bardzo obiecujące. Zaczęliśmy zespół wzmacniać myśląc o awansie do II ligi. Pozyskaliśmy wówczas dwóch doświadczonych graczy
– Czarka Gumińskiego i Adriana Warszawskiego. Szkoda, że Czarek doznał kontuzji, bo na pewno by nam bardzo pomógł. Z każdym wygranym meczem te wymagania wobec zespołu stawały się troszkę inne niż wtedy, gdy zaczynaliśmy sezon. Wynik, jaki osiągnęliśmy potwierdził, że idziemy dobrą drogą.

– Strzałem w dziesiątkę okazała się organizacja finałowego turnieju w Rzeszowie, bo pewnie na wyjeździe o awans byłoby zdecydowanie trudniej?
– Na 100 procent. Powiedzieliśmy sobie, że musimy zrobić wszystko, żeby turniej był u nas. Najpierw zorganizowaliśmy półfinał, który cieszył się ogromnym zainteresowaniem kibiców. To miało duże znaczenie w staraniach się o finały. Koszty były spore, bo organizacja takiego turnieju to około 30 tys. złotych, ale było warto, bo cel w postaci awansu został osiągnięty.

– Dużym atutem była hala, kibice i jak słychać było od rywali, specyficzne kosze wystające ze ścian, gdzie w Polsce jest mało już takich obiektów …
– Hala była dużym handicapem. Dlatego mówiłem przed turniejem, że upatruję największej szansy właśnie w ROSiRze, a przede wszystkim we wsparciu naszych kibiców. My te kosze specyficzne mamy orzucane, a inne zespoły miały nieco problemów, żeby się w nie wstrzelić. Raz jeszcze powtórzę, że największym atutem byli kibce, którzy ponieśli nas w tych trudnych momentach dopingiem. Wszyscy na stojąco nas wspierali i było biało-czerwono od szalików i koszulka w hali.
– Miał pan jakieś chwile zwątpienia, np. w meczu z TKM Włocławek, gdzie rywale wysoko prowadzili? Nie przechodziły gdzieś przez głowę czarne myśli, że może się nie udać?
– Były momenty zwątpienia szczególnie w I kwarcie, gdzie rywale wysoko prowadzili. Nam całkowicie nie szło, nasz plan nie wypalił. Szukaliśmy różnych rozwiązań, zmieniliśmy sposób obrony i to był strzał w dziesiątkę. Dobra defensywa pociągnęła nasz atak. Determinacja i zaangażowanie w obronie, taki resoviacki charakter pokazuje, że nie ma dla nas straconych sytuacji i potrafimy odwrócić losy meczu.
– Ma pan w zespole kilku doświadczonych zawodników, ale pierwszoplanową postacią w turnieju finałowym był Karol Kindlik. 22-letni rozgrywający nie bał się wziąć odpowiedzialności w trudnym momencie w swoje ręce…
– Karol miał w tym turnieju i gorsze momenty, ale w tych kluczowych sytuacjach brał na siebie ciężar gry i dał radę. Ma duży potencjał i jest fajnym młodym graczem. Będziemy w niego inwestować i liczymy, że będzie dalej się rozwijał. W niektórych momentach brakowało chłodnej głowy, bo jak na rozgrywającego miał za dużo strat. Na pewno był widoczny brak Czarka Gumińskiego, bo by pomógł na rozegraniu i byłoby dużo łatwiej. Ze względu na kontuzję zespół musiał radzić sobie bez lidera i Karol go godnie zastąpił. Na pewno jednak każdy z zawodników musiał się na wyższy poziom wznieść i się udało.

– Na tej euforii po awansie nie padła deklaracja od sponsorów, więc w kolejnym sezonie awansujemy do I ligi?
– Tak w zasadzie już po półfinale pierwsze deklaracje padły. Po finale nie było inaczej i wiemy, że będziemy mieli dosyć wysoki budżet i postaramy się zespół odpowiednio wzmocnić, żeby walczyć o najwyższe cele.

– Mówi się, że trudniej jest awansować do II ligi, niż utrzymać się w niej, ale Resovia ma wyższe ambicje…
– Zdecydowanie. Myślę, że te trzy zespoły z finałów, czyli Pabianice, Włocławek i my, to jest poziom 8 – 9 miejsca w II lidze. Spokojnie poradziłby sobie z utrzymaniem. Nasze aspiracje są wyższe. Chcemy się rozwijać i iść do góry i realnie powalczyć o I ligę.

– Czy mecze na poziomie II ligi (Stolaro.pl Resovia zagra w grupie śląsko-małopolskiej) nadal rozgrywane będą w hali ROSiR?
– Robimy wszystko, żebyśmy mogli grać w tym obiekcie. Dlatego też była wizyta prezesa Marka Lembrycha na finałowym turnieju, z którym już rozmawialiśmy w tym temacie. Warunkowo ma być dopuszczona, po drobnych poprawkach. Nie wyobrażam sobie innego miejsca, żeby rozgrywać mecze. ROSiR to historia resoviackiej koszykówki, ma swój klimat i urok. Na niedzielnym meczu z Włocławkiem atmosfera była jak przed kilkudziesięciu laty na dawnej Resovii.

– Z czym zatem jest problem w hali ROSiR?
– Problem największy jest z tym, że linie są blisko ściany. Boisku też „ciutkę” brakuje wymiaru i na długości i na szerokości. Drobne rzeczy, ale myślę, że hala powinna być dopuszczona.
Rozmawiał Rafał Myśliwiec