Irena jest ze mną…

Zdjęcie „grzeczne dzieci”. Fot. Archiwum Michała Sobolewskiego

– Była optymistką i romantyczką, ale stąpała też twardo po ziemi. Kochała życie właściwie za wszystko. Brała je takie, jakie jest – raz z górki, raz pod górkę – mówi MichaŁ Sobolewski, mąż Ireny Jarockiej i prezes fundacji jej imienia. W poruszającej rozmowie opowiada o wspólnym życiu z niezwykłą artystką…

– Czas rzeczywiście leczy rany?
– Uratowała mnie praca i grono serdecznych przyjaciół, którzy kochali Irenę. Uzmysłowiono mi, że jej nie da się zapomnieć, że utopienie się w pracy, która jest moją pasją, to jedyny ratunek, by przetrwać. Wytłumaczono mi, że będę odczuwał obecność Ireny, a w czasie pozostawania w domu będzie to jeszcze bardziej intensywne. Zaproponowano, bym mieszkał w hotelu i wracał do domu na weekendy. Utopiłem się w realizacji nowych projektów naukowo-badawczych na tyle, by stopniowo zmniejszać odczuwany żal, smutek i niepokój. Po siedmiu latach od jej śmierci zacząłem odczuwać przyjemność z pobytu w naszym domu. Obecnie wszystko to, co kojarzy się z Ireną, przywołuje szczęśliwe chwile ze wspólnie spędzonych lat. Gdy wspominam nasze ciepłe relacje, radosne dni, emocje z uroczystości rodzinnych, wizyty przyjaciół, otrzymywane prezenty, pamiątki z wakacji, podróże po świecie, trasy koncertowe – Irena jest ze mną. W tej atmosferze wspomnień, czując ją pogodną i szczęśliwą, też czuję się pogodny i szczęśliwy.

– Słucha Pan piosenek żony?
– Głównie tych z ekspresyjną interpretacją prawd życiowych. Gdy podróżuję, najczęściej słucham nagrań z albumu „Małe rzeczy”. Jest to zestaw poetyckich tekstów z muzyką pozwalającą na wyciszenie się, skupienie i zrozumienie, co w życiu jest najistotniejsze, co daje szczęście. Pokonując długie przeloty przez Atlantyk zawsze odsłuchuję ten album wielokrotnie, nigdy mi się nie nudzi. Czas mija zbyt szybko, gdy jestem z Ireną.

– Ma Pan ulubiony utwór?
– Dla mnie najbardziej wzruszającym nagraniem jest kompozycja Piotrka Figla „Byłeś słońcem moich dni” z albumu „Być narzeczoną twą” (1978). Na okładce tej płyty jesteśmy razem. Również tytułowa piosenka w rytmach bossa novy z tekstem Wojtka Młynarskiego jest wyśmienita. Byłem obecny podczas nagrania „Byłeś słońcem moich dni”, Irena śpiewała do mnie. Wzruszenie było wstrząsające. „Nie mogę śpiewać tego, że byłeś, skoro jesteś” – stwierdziła. Mimo próśb, nigdy więcej nie zaśpiewała tej piosenki…

– Jaka była prywatnie?
– Była optymistką i romantyczką, ale stąpała też twardo po ziemi. Kochała życie właściwie za wszystko. Brała je takie, jakie jest – raz z górki, raz pod górkę. Przytulanko, wspólne planowanie, rozwiązywanie problemów i sprzątanie wypełniało codzienne życie. Każdemu wyjściu i powrotowi do domu musiał towarzyszyć pocałunek. Panowała zasada: kto ma aktualnie więcej czasu, odwala robotę. Zawsze uwielbialiśmy nasze przytulne mieszkanka czy domy z ogrodem, zawsze z pobliskim laskiem na spacery. Irena często publicznie podkreślała: „dla mnie zawsze na pierwszym miejscu jest rodzina, mój mąż i dziecko. Na drugim – moje śpiewanie”. Najlepiej czuliśmy się w domu, tutaj jedzenie najlepiej nam smakowało.

– Lubiła gotować?
– Była mistrzem kucharskim. Kochała gotować i traktowała to jednocześnie jak relaks oraz rozrywkę. Degustacja przyrządzanych potraw była zawsze kreatywną wymian zdań i pomysłów na nowe dania. Uważała, że istotą życia są pozytywne relacje międzyludzkie, na pierwszym planie te rodzinne. Życie to nie ja, to my. Życie jest o nas, nie o mnie – tak rozumiała codzienność.

– Śpiewała w domu?
– Zwykle w swoim muzycznym studiu. Zamykała drzwi i prosiła, by nie przeszkadzać. Gdy znalazła zadowalającą interpretację, zapraszała nas byśmy dołączyli. Najczęściej śpiewaliśmy rodzinnie, jadąc samochodem – zwłaszcza na długie trasy – głównie popularne piosenki, które śpiewa się przy ognisku.

– Jak najchętniej spędzali Państwo wolny czas?
– Na łonie przyrody. Irena spędziła swoje dzieciństwo i młodość, mieszkając obok lasu. Zawsze chciała mieć go blisko. Był dla niej oazą spokoju, bo jak ja lubiła samotność. W lesie odpoczywała, relaksowała się. Lubiła jego zapach, obejmowała duże pnie drzew, by doładować się dobrą energią. Kochała przyrodę, nie obawiała się niewygód – nocowaliśmy często pod namiotem i w śpiworach. Odwiedzaliśmy rezerwaty przyrody, dżungle, góry, kaniony, gejzery, wodospady. Niestraszne nam były spływy spienionymi rzekami. Choć Irena była z natury wrażliwą osobą, potrafiła się zmobilizować, wtedy góry mogła przenosić. Pamiętam, gdy schodziliśmy do kanionu Colca w Peru – prawie dwa razy głębszego od Grand Canyon, gdzie też byliśmy – i brakowało mi sił, by dojść do obozowisk nad rzeką. Przez ostanich kilkaset metrów musiałem iść, opierając się na jej ramieniu.

– Słyszałam, że miała duże poczucie humoru…
– Wysublimowane. Wynikało z optymistycznej postawy życiowej i jej kreatywnej wyobraźni. Intuicyjnie zauważała zabawne skojarzenia, niuanse, zbitki słów. Umiejętność śmiania się z siebie i z różnych sytuacji powodowała, że w domu czy podczas podróży, zawsze było wesoło. Bujną wyobraźnię Ireny można zauważyć w pozach na fotografiach sesyjnych. Słynna fotosistka, Renata Pajchel, mówiła, że nie musiała ustawiać jej do zdjęć. Pewnego dnia, usiedliśmy z Ireną na kanapie oczekując na herbatę, którą Renatka miała przygotować. Widzimy, że kieruje na nas obiektyw i woła: „Irenko!”. Irena wtedy do mnie: „grzeczne dzieci” i nasze ręce wyskakują na blat stołu – pstryk – zdjęcie gotowe i śmiech Renatki: „dobre mi grzeczne dzieci!”.

– Niesamowite, że tak blisko była z fanami! Urszula Grzyś do dziś pamięta, jak Irena Jarocka nocowała w jej rzeszowskim mieszkaniu.
– Instynktownie postrzegała ludzi, była na nich otwarta, zwłaszcza na tych, do których miała zaufanie. Potrafiła dostosować się praktycznie do wszelkich warunków życia i tras koncertowych. Często podkreślała: „wszystko, co ludzkie, nie jest mi obce”. Zdawała sobie sprawę, że zaistniała dzięki ludziom, którzy słuchają jej piosenek. Stąd jej dewiza: „śpiewając – miłuję, miłując – istnieję.”

– Poza sceną stroniła od makijażu i szałowych strojów?
– Irena potrafiła zrobić taki makijaż sceniczny, że trudno było ją rozpoznać. Na co dzień miała delikatny, prostą fryzurę, podkoszulek i spodnie jeansowe. Wyglądała jak dziewczyna z sąsiedztwa. To mogło zmylić ludzi, którzy znali ją tylko ze sceny czy telewizji. Niezależnie jednak od tego ludzie zawsze uśmiechali się do niej tam, gdzie była – na ulicy, w restauracji, w podróży czy na koncertach. Będąc w domu, praktycznie nie robiła makijażu, taką ją najbardziej lubiłem – sauté. Nie miała żadnej operacji plastycznej. Gdy pytano ją, co pani robi, że tak dobrze wygląda, była jedna odpowiedź: „jestem szczęśliwa”.

– Pozostając w temacie wyglądu… To jej nieprzeciętna uroda zwróciła Pana uwagę podczas pierwszego spotkania?
– Miałem wtedy 20 lat, niewiele myślałem o urodzie. Raczej zadecydowały wrażenia i emocje po pierwszym spotkaniu. W jej oczach widziałem głębię ufności i dobra. Potem powiedziałem jej nawet: „W twoich oczach można się utopić”. Odpowiedziała: „Chyba się tym nie przejmujesz. Widzę, że nie unikasz mojego wzroku, a ja twojego. W razie czego będę twoim kołem ratunkowym”. I zawsze nim była. Ten nasz wzajemny dar ufności z początkowej fascynacji przerodził się w wielką miłość i radość życia trwającą ponad 35 lat.

– Państwa historia mogłaby śmiało posłużyć za scenariusz do romantycznego filmu.
– Poznaliśmy się w 1967 r. w Leningradzie, gdzie byłem stypendystą Politechniki Gdańskiej, a Irena w tym czasie miała tam koncerty z zespołem Polanie. Poproszono mnie, by pokazać im Ermitaż. Spotkaliśmy się w Złotym Skarbcu, gdzie artyści, z którymi występowała Irena, chcieli zobaczyć unikatową kolekcję złota Scytów. Irenę interesowały wszystkie muzea w Leningradzie, więc przez kilka dni biegaliśmy wzdłuż Newy i kanałów, podziwiając liczne kolekcje i zabytki carskiej Rosji. Była zachwycona bogatymi zbiorami impresjonizmu i obrazami Rembrandta. Do tej pory pamiętam Ją kolorową, pogodną i uśmiechniętą na tle pastelowej kolorystyki portretów dzieci i kobiet Renoira. Za każdym razem, gdy wracaliśmy do tej kolekcji, miałem wrażenie, że jest jedną z tych pogodnych postaci, ale spacerującą ze mną. Irena była wysoce wrażliwa, wchłaniała nastroje ludzi dookoła, silniej przeżywała stres, miała bogatszą wyobraźnię i błyskotliwe poczucie humoru. Przed obrazem Rembrandta „Powrót syna marnotrawnego”, przez chwilę stała jak skamieniała. Widząc jej skupienie i łzy w oczach, nie odzywałem się. Po dłuższej chwili zapytałem: „Dobrze się czujesz?”. Ona na to: „Zobacz jak ojciec przytula syna, nie tylko mu wybacza, on go bardzo, bardzo kocha – miłością ojcowską i matczyną. Spójrz na dłonie – przytulające syna – jedna jest męska, druga kobieca”. Rozumieliśmy się, byliśmy zauroczeni sobą i pięknem tego miasta. Gdy spotkaliśmy się całkowicie przypadkowo po latach w Warszawie, zauroczenie nadal trwało i nieustannie trwa.

– Diagnoza, która wtargnęła w Państwa życie, musiała być szokiem…
– W lipcu/sierpniu 2011 roku Irena była na trasie koncertowej w kraju, ja miałem wykłady w Stanach. Rozmawialiśmy przez Skype’a codziennie. Zawsze łączyliśmy się o godz. 14 czasu polskiego, gdy ja jadłem śniadanie. Kiedy miała tygodniową przerwę, zdecydowała się na krótkie wakacje, by odpocząć z gardłem w Ciechocinku. Pewnego dnia dzwoni do mnie i mówi: „Michaśki moje, przepraszam, spóźnię się na skajpowanie, już jest kilka minut po czternastej”. „Nie ma sprawy, gdzie jesteś?” – zapytałem. „Wyszłam na spacer do parku i siedzę sobie na ławeczce, nie wiem jak trafić do mojego domu uzdrowiskowego”. „To zapytaj kogoś” – poradziłem. „Nie pamiętam jak ten dom się nazywa. Nie przejmuj się, odpocznę chwilę i sobie poradzę”. Po 20 minutach jest na Skypie, jakby nic się nie wydarzyło, a ja cały roztrzęsiony.

– Dlaczego?
– W terenie zawsze świetnie się orientowała. Gdy podróżowaliśmy samochodem była moim znakomitym pilotem. Kupiłem więc bilet i dwa dni później byłem w Ciechocinku. 14 sierpnia miała koncert w Szczepankach pod Łasinem, po którym wróciliśmy do Warszawy. Następnego dnia zawiozłem ją na badania neurologiczne do szpitala. Po otrzymaniu wyników – 17 sierpnia poproszono nas o spotkanie. Poinformowano, że wyniki wskazują na rozległy nowotwór mózgu, że Irena może nie przeżyć do rana, że jedynym wyjściem jest natychmiastowa operacja. W stoickim spokoju, w pełni aktywna fizycznie Irena odpowiedziała: „Ja nie chcę żadnej operacji, jest zbyteczna”. Przekonałem ją, że nie ma innego rozsądnego wyjścia, na podróż do Stanów nie ma już czasu. Następnego dnia, 18 sierpnia, z samego rana, w dniu jej urodzin, trzy dni po odśpiewanym koncercie, przeszła operację. Zrezygnowałem z pracy. Po operacji mieliśmy pięć miesięcy, 24 godziny na dobę, wyłącznie dla siebie. Rozumieliśmy się do końca – staliśmy się jednością.

– Często wraca Pan myślami do 21 stycznia 2012 roku?
– Zawsze gdy spojrzę na relikwiarz z prochami Ireny, który jest na szafce nocnej przy moim łóżku. Irena chciała, by nasze prochy były w jednej urnie. Nie uzyskałem takiej zgody administracji Cmentarza Powązkowskiego. Zaprzyjaźniony ks. Jacek, który odprawiał mszę pożegnalną, doradził mi, by część prochów Ireny po spopieleniu zachować w prywatnym relikwiarzu, a po mojej śmierci dosypać do tego relikwiarza moje, tak by Ireny życzenie było spełnione. W konsekwencji w naszej rodzinnej katakumbie będą co najmniej trzy urny: Ireny, moja i wspólna – relikwiarz, który mam w domu.
– Bardzo zależy Panu na tym, by pamięć o niej trwała i włącza się chyba w każdą inicjatywę Jej poświęconą. Dzieli pan życie między Polskę a USA…
– Formalnie jestem emerytem, jednak pracuję więcej, niż powiedzmy 10 lat temu. Mam wykłady w Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych, jestem mentorem wielu studentów, nadal współpracuję z kolegami w Stanach, Chinach i Rosji, z którymi miałem w przeszłości wieloletnie wspólne projekty naukowo-badawcze. Ta współpraca pozwala mi uporządkować materiały i terminologię do książek, które stopniowo przygotowujemy do publikacji. W wolnych chwilach kieruję Fundacją Ireny Jarockiej. Mieszkam w Warszawie i w Stanach. Nasz dom w USA – myślę, że córka wcześniej czy później tam zamieszka – i mieszkanie Warszawie pozostały praktycznie bez zmian od śmierci Ireny, tak jakby ona wyjechała na kolejną trasę koncertową.

– W jednym ze wspomnień nazwał Pan żonę Aniołem…
– Gdy Irena żyła, mówiłem, że nie była dla mnie szalikiem, którym można się owinąć, lecz ciepłem, które ogrzewa. To ciepło nadal mi towarzyszy. Skoro teraz jest nieobecna fizycznie, musi być Aniołem…
Rozmawiała Aneta Jamroży

 

 

Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
najnowszy
najstarszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
głos rozsądku
głos rozsądku
4 miesięcy temu

Ten ksiądz Jacek, to chyba zmyślona postać. Pomysł z trzymaniem prochów w domu bardzo kontrowersyjny.

polak z Chicago
polak z Chicago
4 miesięcy temu

Pamietam ja jak grala i spiewala do kotleta w Podkomorzance na Milwaukee Av w Chicago.