Mówiła, że Łańcuta nigdy nie zapomni…


Wanda Rutkiewicz na Krzywej Turni w Sokolikach. Fot. Seweryn Bidziński/Domena Publiczna


Wanda Rutkiewicz to znana na całym świecie, niekwestionowana ikona himalaizmu. Tym większym powodem do dumy jest fakt, że z naszych stron
wywiozła mnóstwo szczęśliwych wspomnień, a Łańcut zajął w jej sercu miejsce szczególne. Gdzie dzisiaj szukać jej śladów? Zdradza to Aleksandra Gruszczyńska, która przez wiele lat przyjaźniła się z alpinistką.

Aleksandra Gruszczyńska (z domu Kwolek), mieszkanka Łańcuta, była gościem tutejszej Miejskiej Biblioteki Publicznej w ramach projektu „Góry, literatura, kultura”. Opowiedziała o wspólnie spędzanych chwilach z przyszłą himalaistką, która trafiła tu nieprzypadkowo…

Wakacje w Łańcucie zawsze były wesołe. Na zdj. Wanda druga z prawej, Aleksandra Gruszczyńska w środku (całowana w rękę).
Fot. Archiwum Aleksandry Gruszczyńskiej

Wspinała się niczym małpka

Z Łańcuta właśnie pochodzili dziadkowie Wandy – Ewa i Władysław Błaszkiewiczowie. Mieszkali w domu przy ul. Mościckiego, w dawnej dzielnicy willowej, zwanej Wisielówką. Oczywistym więc jest, że stąd pochodził i jej ojciec – Zbigniew. Tato himalaistki opuścił rodzinne gniazdo na 20 lat. Mając w kieszeni egzamin dojrzałości, wyjechał na studia do Lwowa. Już jako cenionego inżyniera, los pokierował go najpierw do Radomia, później na Litwę, gdzie znalazł miłość i na świat przyszły jego dzieci. Do rodzinnego miasteczka wrócił w 1946 r. Gdy zdecydował się na repatriację, zabrał ze sobą: żonę Marię oraz dwójkę małych pociech, Wandę i Jurka.
– Mieszkaliśmy w pobliżu Błaszkiewiczów
– zaczyna swą opowieść pani Aleksandra. – Pani Ewa przyszła do nas do domu i poprosiła moich rodziców, żebym zajrzała do nich, bo właśnie przyjechały ich wnuki, żeby się razem pobawić. Dzieci były śliczne: obydwoje śniada cera, czarne kręcone włosy…
Pani Aleksandra nie wiedziała wtedy, że to początek prawdziwej przyjaźni. Tym bardziej że po około roku ojciec Wandy zabrał całą rodzinę – która w międzyczasie powiększyła się o małą Janinę – do Wrocławia. Niestety, małego Jurka już miała nie zobaczyć. – W 1948 r. zginął od wybuchu niewypału – była to wielka tragedia. Właśnie od tego czasu Wanda zaczęła co roku przyjeżdżać do Łańcuta. Bardzo ją tu ciągnęło. Wszystko jej się podobało – opowiada.

Wanda i Aleksandra z kolegami i koleżankami (na zdj. u góry: 3. i 4. od lewej). Fot. Archiwum Aleksandry Gruszczyńskiej

Jak podkreśla pani Gruszczyńska, to były wspaniałe chwile. – Ona tak samo niecierpliwie czekała na nie, jak ja na nią – wspomina. – Całą ferajną, wszystkie dzieci z Wisielówki, spotykaliśmy się na terenie byłej cegielni, w naszym sadzie lub w ogrodzie dziadka Wandy. Mój tato, który był stolarzem, zrobił nam drewniane rakietki do tenisa. W niedzielę, gdy nie było żadnego ruchu, graliśmy w szczypiorniaka na ulicy. A jak nastawał półmrok królowały wieczorne zabawy w chowanego. Teren był tak duży, że czasami trudno się było znaleźć.
Już wtedy rówieśnicy zauważali nieprzęciętne umiejętności Wandy. – Była niesamowita w chodzeniu po drzewach. Nikt nie był w stanie jej w tym prześcignąć – nawet moi bardzo wysportowani bracia. Zawsze była pierwsza – mówi pani Aleksandra. – Pamiętam, że u nas w domu między kuchnią, a pokojem były takie szerokie drzwi, po których wspinała się niczym małpka, dostając głową do sufitu. Czego ona się trzymała – nie mam pojęcia, ale patrzyłam na to z podziwem.
Wielką wakacyjną atrakcją były też wycieczki do lasu do Albigowej, a także piesze wyprawy do Husowa, do stryja Wandy. – Pamiętam, że jego żona częstowała nas kwaśnym mlekiem, plackami i pieczywem. Zabawa była na 105! – śmieje się pani G0ruszczyńska.
Brat dziadka Wandy był kierownikiem szkoły w Husowie, a z zamiłowania kolekcjonerem staroci. – Przynoszono mu różne toporki, siekierki, sierpy, kamienie. Miał nawet kilka urn. Pamiętam, że gdy już byłam studentką archeologii i poszliśmy do niego, to nie bardzo chciał mi dać je do ręki. Zapewniałam go wtedy, że na pewno nie zniszczę – śmieje się. – Gdy zmarł, jego syn, który był biskupem w diecezji przemyskiej, zgodnie z wolą ojca przyniósł wszystkie te zabytki do Muzeum Okręgowego w Rzeszowie, gdzie pracowałam. Są tam do dziś.

Lata 50. XX w. – łańcuckie przyjaciółki: Wanda (z lewej) i Aleksandra (z prawej) z kolegą. Fot. Archiwum Aleksandry Gruszczyńskiej

Śpiwory od łańcuckich zakonnic

Wanda odwiedzała miasto nad rzeką Mikośką nie tylko w wakacje. Gdy w czasach licealnych grała w I lidze siatkarskiej zdarzało jej się prezentować tu umiejętności sportowe. – Hala była wtedy w ujeżdżalni na terenie parku. Chodziłam na te mecze i kibicowałam jej – zdradza. Jak wspomina, wymieniały też listy, choć niestety żaden się nie zachował. Mimo upływu lat pani Aleksandra wciąż pamięta wrocławski adres koleżanki. Nadal jest też pod wrażeniem jej dokonań we wspinaczce.
– Kiedyś przychodzę do willi Błaszkiewiczów na Wisielówce: w salonie Wanda i jej babcia. Wszędzie rozłożone sznury, liny… Jak wzięłam je w ręce, to sobie pomyślałam: „Jezu, jak ta Wanda może to udźwignąć?! Jak ona sobie daje z tym radę”. A tego naprawdę było bardzo dużo i było bardzo ciężkie. Miała niesamowitą siłę fizyczną, ale także siłę charakteru i woli – wspomina pani Gruszczyńska.
– Wspierała ją babcia, która specjalnie dla niej hodowała owce, a ich runo przekazywała zakonnicom na przedmieściu. One robiły z niego śpiwory czy kurtki na wyposażenie wypraw górskich Wandy.

O związkach słynnej himalaistki z Łańcutem przypomina m.in. ulica jej imienia. Fot. Wit Hadło

Mord na Wisielówce

Rodzinna willa to jednak nie tylko miejsce beztroskich wspomnień. To tam rozegrała się tragedia z udziałem ojca Wandy. – To był niesamowity człowiek. Wysoki, przystojny. Znał biegle 6 języków w mowie i w piśmie. Był bardzo wysportowany: uprawiał karate, judo, boks… A przy tym był to mężczyzna bardzo dowcipny oraz towarzyski. Często przychodził do moich rodziców. Czasem ja też z nim rozmawiałam – opowiada pani Aleksandra. – Kochał ogród. Kiedy przyjeżdżał z Wrocławia, ciągle coś robił w sadzie, coś przycinał. To była jego pasja. Ciągnęło go do Łańcuta.
Gdy odziedziczył po rodzicach połowę willi (drugą połowę jego siostra Jadwiga sprzedała), chciał zachować ją, by móc żyć tu na emeryturze. Tu była jego odskocznia. Zgubną jednak dla Zbigniewa Błaszkiewicza okazała się decyzja, by wynająć na jakiś czas pokój, kuchnię i łazienkę. Lokatorzy nie mieli wstępu do wszystkich pomieszczeń.
– Pewnego dnia zaprzyjaźniony z nim doktor Balicki, zadzwonił, że książki z ekslibrisami Błaszkiewiczów znajdują się na rynkach w Łańcucie, Rzeszowie. Poinformował, że ktoś je rozsprzedaje i że chyba coś się dzieje – opowiada pani Gruszczyńska. – 6 grudnia 1972 r. zaniepokojony pan Zbigniew przyjechał. W domu zastał libację. Lokatorzy włamali się do piwnicy, gdzie były zapasy win oraz nalewek. Dziury w ścianach świadczyły też o próbach kradzieży.
Gdy wzburzony inżynier chciał iść na milicję, doszło do tragedii. – Wszyscy mordowali ojca – wspominała później Wanda, która została oskarżycielem posiłkowym podczas procesu. – Odebrali mu życie w straszny sposób. Tym, co było pod ręką, czyli siekierą i nożami.
Himalaistka osobiście identyfikowała też zmasakrowane zwłoki ojca. Został pochowany na łańcuckim cmentarzu komunalnym.
To kolejne miejsce na mapie śladów alpinistki. Jej ojciec spoczywa w jednym grobie m.in. z siostrą oraz rodzicami. Jak zaznacza pani Aleksandra, szczególnie dziadek Wandy jest znaną postacią w Łańcucie. – Władysław Błaszkiewicz był z zawodu historykiem i profesorem w tutejszym gimnazjum. Miał duże zasługi. Gdy w 1914 r. Rosjanie weszli do Łańcuta i zajęli szkołę, wszyscy musieli się z niej wynieść. Dziadek Wandy założył wtedy kółko, którego był opiekunem, gdzie kształcona była młodzież – opowiada pani Aleksandra. – Poza tym prowadził kursy naszczepień roślin, bo zajmował się ogrodnictwem. A w domu na Wisielówce miał wspaniałą bibliotekę, z której mogli korzystać także uczniowie.
Dziś w dawnym gimnazjum funkcjonuje I Liceum Ogólnokształcące im. H. Sienkiewicza (ul. A. Mickiewicza 3). Śladem związków rodziny Błaszkiewiczów z Łańcutem jest także ulica Wandy Rutkiewicz – sąsiadująca z dawną willą jej dziadków.

Danuta Rycek (nz. pierwsza z lewej)
z Miejskiej Biblioteki Publicznej w Łańcucie.
– Wybitna himalaistka Wanda Rutkiewicz jest patronką 2022 roku. W tym roku minęło 30 lat od jej śmierci. Stąd też pomysł na spacer po Łańcucie śladami Wandy Rutkiewicz. Jest on częścią projektu realizowanego przez naszą bibliotekę
– „Góry, literatura, kultura”. Chcemy zwiększać wiedzę o dziedzictwie historycznym miasta, regionu, a zwłaszcza uczcić najsłynniejszą alpinistkę i pokazać jej związki z Łańcutem. Przy okazji zamierzamy rozbudzać w młodym pokoleniu zamiłowanie do górskich wędrówek.
Danuta Rycek na zdj. z Aleksandrą Gruszczyńską oraz Małgorzatą Sońską, dyr. MBP w Łańcucie. Fot. Archiwum prywatne Aleksandry Gruszczyńskiej

Ostatnie spotkanie

Z czasem himalaistka coraz rzadziej odwiedzała Łańcut, ale zawsze mówiła, że nigdy go nie zapomni. Kiedy po raz ostatni spotkała się z panią Aleksandrą? – Po śmierci pana Zbyszka i po pogrzebie była u nas w domu wraz ze swoim mężem. Powspominałyśmy dawne czasy. Potem zobaczyłam się z nią jeszcze w lecie, kiedy przyjechała „zlikwidować łańcucki dom”. Zakupiło je wtedy kuzynostwo ze strony jej taty, więc część willi pana Zbyszka pozostała w rodzinie – opowiada.
– W 1980 r. spotkałam też przypadkiem jej mamę, która co roku na Wszystkich Świętych odwiedzała grób męża. Wpadłyśmy na siebie na dworcu, była z synem Michałem. Ona jechała do Wrocławia, ja do Katowic. Przez całą drogę snułyśmy łańcuckie wspomnienia.
Te, jak podkreśla pani Aleksandra zostaną z nią na zawsze.

Aneta Jamroży