Najsłynniejszy Anglik w Polsce

Kevin Aiston urodził się 25 maja 1969 w dzielnicy Chelsea w Londynie. W 1991 r. przyjechał do Polski. Od lipca 2019 r. w Mielcu prowadzi restaurację. Dwukrotnie żonaty. Ma pięć córek. O jego stosunku do Polski świadczy godło naszego kraju, które wytatuował na swoim ramieniu. Fot. Archiwum

Jak znosił gigantyczną popularność, którą dał mu program „Europa da się lubić”, dlaczego wspiera WOŚP i jak mu się mieszka w Mielcu – na te wszystkie pytania odpowiedział nam Kevin Aiston. Najsłynniejszy Anglik w Polsce wspomina również swoje spotkania z królową Elżbietą II.

– Spotykamy się na Festiwalu Kultury Lasowiackiej w Kolbuszowej Górnej. Jak postrzegasz podkarpacką kulturę ludową? Jako egzotykę?
– Absolutnie nie. W Wielkiej Brytanii też mamy wiejskie koła gospodarskie, że tak powiem. Są lokalne stroje ludowe, dania i zwyczaje itd. każdy kraj ma takie regionalia. Jest to fajne. Na Podkarpaciu bardzo ładne są stroje ludowe, są interesujące. Jeśli chodzi o kuchnię, to muszę zdradzić, że jestem wielkim fanem pierogów. Lubię też kotlety schabowe.
– Przypomnij, jak trafiłeś do Polski.
– Musimy się cofnąć do czasów mojej edukacji. Żeby zarobić na studia w Wyższej Szkole Gastronomii, pracowałem w zakładzie chemicznym. Poznałem tam sympatycznego Polaka, Kazimierza. Tak dużo opowiadał mi o Polsce, że po trzech miesiącach oznajmiłem mu: „Tak swój kraj ładnie opisujesz, że muszę go doświadczyć”. Następnego dnia przyszedł do mnie, dał klucze do swego mieszkania w Polsce. Skorzystałem więc z okazji i przyjechałem na trzy tygodnie. Spodobało mi się, więc postanowiłem, że po zakończeniu szkoły spakuję się i przyjadę do Polski na dłużej. I tak się stało, jestem tu już 31 lat.
-Udział w programie TVP „Europa da się lubić” dał ci gigantyczną rozpoznawalność. Czy to było dla ciebie męczące?
– Powiedziałbym raczej, że to było coś nowego, ale do czego nie byłem przyzwyczajony. Problem w tym, że odcinek drogi w Warszawie, który powinien zająć mi 20 minut, pokonywałem półtorej godziny albo i dłużej. Okazywało się, że ludzie zatrzymywali mnie, klepali po plecach, robili zdjęcia, prosili o autografy, rozmawiali. Nie do końca rozumiałem, ale potem popłynąłem z falą… Nigdy nie odmawiałem rozmowy czy zjedzenia obiadu w restauracji. Program robiliśmy przez kilka lat. Każdy odcinek oglądało 5-7 mln widzów. To był superczas. Bardzo miło go wspominam.
– Potem grałeś w serialach.
– Wcieliłem się m.in. w rolę strażaka w „Na dobre i na złe”. Grałem też w „Wojnie Domowej”. Poza tym brałem udział w wielu programach telewizyjnych i radiowych. Było tego naprawdę dużo. Zostało mi wiele cennych znajomości z tamtych czasów.
– Teraz mieszkasz w Mielcu…
– Żyje się tu bardzo spokojnie.
– W swojej mieleckiej restauracji postawiłeś na „nie tylko ryby z frytkami”. Dlaczego?
– Danie to jest taką klasyką brytyjskiej kuchni, tak samo jak w Polsce pierogi. Dlatego, otwierając restaurację, nie mógłbym nie mieć tego w menu. Ale mamy też amerykańską kuchnię. Specjalizujemy się potrawach polskich, w tym przede wszystkim śląskich. A jest to związane z tym, że z tego regionu pochodzi moja druga – lepsza połówka, która również jest kucharką. Połączyliśmy więc siły i działamy. Dzięki temu powstaje miks kulinarny.
– Często bywasz na meczach Stali?
– Wstyd się przyznać, ale nie byłem jeszcze na żadnym. Zawsze jak gra FKS akurat pracuję w kuchni. Kiedy wprowadziliśmy się do Mielca i otworzyliśmy restaurację, poznaliśmy ówczesnego trenera Stali, Dariusza Marca. Zakolegowaliśmy się. Potem zaczęli przychodzić do nas piłkarze, w tym np. bracia Mateusz i Michał Żyrowie. Dali nam w prezencie bilet na mecz, który miał się odbyć następnego dnia. Obiecaliśmy, że zamkniemy restaurację i przyjdziemy na stadion. Na drugi dzień okazało się, że rozgrywki zawieszono z powodu epidemii COVID-19. Obecny trener Adam Majewski też przychodzi do nas się stołować. Tak samo zresztą jak piłkarze. Słyszeliśmy, że mają dla nas niespodziankę. Może więc w końcu uda nam się pójść na mecz i pokibicować z trybun.
W Anglii twoim klubem jest Chelsea Londyn.
– Dokładnie. Wychowałem się w dzielnicy Chelsea. W Wielkiej Brytanii jest taka niepisana reguła, że kibicujesz tej drużynie, która jest najbliżej twego miejsca urodzenia.
– Od 18 lat mocno angażujesz się w Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy.
– Kiedy jeszcze pracowałem w TVP, poznałem Jurka Owsiaka. Spytał mnie, czy nie mógłbym pomóc mu w organizowaniu WOŚP. Odpowiedziałem, że jak najbardziej tak, że to superinicjatywa. I tak to się zaczęło. Na początku działałem w Gdańsku, Wrocławiu i Warszawie. Teraz od kilku lat biorę udział w orkiestrowych inicjatywach w Mielcu.
– Od kilku dni świat żyje śmiercią królowej Elżbiety II.
– Myślę, że dla każdego Brytyjczyka jest to bardzo bolesna sprawa. Dla mnie również. Jej śmierć jest końcem pewnej epoki. Nie wiem, czy jakby teraz papież zmarł, miałaby to taką siłę rażenia. Wydaje mi się, że jej następca, Karol III, będzie zupełnie innym monarchą. Miałem okazję osobiście poznać Elżbietę II. Kiedy miałem 10 lat, chodziłem do jej szkoły w Londynie. Wizytując naszą placówkę, królowa przywitała się z każdym nowym uczniem, ze mną także. Potem już jako kucharz zawodowy w Polsce miałem zaszczyt gotować na jej urodziny.
– Czujesz się bardziej Anglikiem czy Polakiem? W kraju nad Wisłą mieszkasz już 31 lat, masz na ramieniu wytatuowane nasze godło…
– Sam nie wiem. Zawsze jak wracam do Wielkiej Brytanii, to myślę po polsku i ląduję w polskim towarzystwie. Nikt nie wybrał miejsca swego urodzenia, ale może wybrać miejsce, w którym żyje, w którym się czuje najlepiej. Ja wybrałem Polskę.
Rozmawiał Paweł Galek