NASA szuka ludzi na Podkarpaciu

Artur Chmielewski nie ukrywał,
że chciałby, aby w NASA pracowało więcej Polaków. Fot. Kinga Dereniowska

Pracował przy takich misjach jak Galileo. Był konsultantem naukowym filmu „Armagedon”. Artur Bartłomiej Chmielewski, syn słynnego Papcia Chmiela, przyjechał do Rzeszowa. Tu we wtorek spotkał się ze studentami i opowiedział im o pracy w amerykańskiej agencji kosmicznej.
 
– Praca w NASA była moim marzeniem, ale nie chcieli mnie przyjąć, bo moje wcześniejsze doświadczenie było związane z przemysłem motoryzacyjnym. W jednej z firm testowałem różne systemy bezpieczeństwa w autach, i moim zadaniem było sadzanie nieboszczyków na symulowanych fotelach samochodowych. Potem ich rozwalaliśmy o ścianę – wspomina ABC, bo tak nazywają go Amerykanie. Nie potrafią bowiem wymówić jego polskiego nazwiska. Wymyślili więc, że będą zwracać się do niego inicjałami, będącymi jednocześnie pierwszymi literami alfabetu.
Z Polski wyjechał zaraz po ukończeniu liceum. Studiował w Stanach Zjednoczonych na Uniwersytecie Michigan, potem na University of Southern Indiana. Zgłębiał tajniki mechaniki i komputerów. W NASA pracuje w centrum robotyki, czyli w Jet Propulsion Laboratory w Kalifornii, znanego m.in. z misji Galileo. Była to bezzałogowa sonda kosmiczna wystrzelona w 1989 roku w celu wykonania badań Jowisza, jego księżyców i pierścieni.
Jak zaczął pracę w tak prestiżowym miejscu? Zajęło mu to sporo czasu, a pomógł przypadek. – Trafiłem do programu 40 lat temu – wspomina Artur Chmielewski. – Podczas krachu paliwowego NASA dostała list z Białego Domu. Władze stwierdziły, że nie mogą być zależne od Arabów w tej kwestii, więc NASA miała zająć się stworzeniem samochodu elektrycznego – wyjaśnia.
Okazało się, że w agencji nikt nie miał pojęcia o samochodach, bo przecież wszyscy zajmowali się budową statków kosmicznych. Stąd Chmielewski okazał się idealnym rozwiązaniem. – Zawsze, jak starałem się o pracę, to mnie odrzucali, bo nie miałem dwóch doktoratów. Za szóstym razem byłem zrezygnowany, bo ileż można się dobijać? Ale udało mi się. Dostałem się do NASA przez wytrwałość – mówi. Przez dwa pierwsze lata w NASA zajmował się projektowaniem elektrycznego samochodu. Po zbudowaniu takich dwóch, Artur też zajął się budową statków kosmicznych.

Niemożliwe nie istnieje

Za co jeszcze odpowiadał w NASA? Pracował w laboratorium nad nowymi technologiami, robił generatory nuklearne do Galileo, budował podzespoły do statków kosmicznych. To był czas, kiedy agencja kosmiczna zaczęła odkrywać planety krążące wokół innych gwiazd (do tej pory znaleziono ich ok. 4 tys.). – W naszym budynku jest winda, a w niej telewizor, pokazujący, ile planet odkryliśmy. Codziennie, kiedy do niej wchodzę, widzę inne liczby – zdradza Artur. – W kosmosie takich miejsc jak Ziemia jest 26. Jak odkryliśmy pierwszą, to chcieliśmy ją sfotografować. Dowiedzieć się, jak wygląda? Czy są tam oceany?
Trzeba więc było zrobić teleskop. I to nie byle jaki, bo wielkości Stadionu Narodowego w Warszawie. Takich kolosów na orbicie, według obliczeń, musiało być 27. Każdy ze stali i szkła, więc wbicie tak ciężkiego teleskopu na orbitę jest niemożliwe. Dla Amerykanów to słowo nie istnieje. – Stwierdziliśmy, że wykonamy go z cienkiej foli aluminiowej. Dostałem budżet 10 mln dolarów rocznie i zabrałem się do pracy – wyznaje polski pracownik NASA.
Kosmiczny teleskop Jamesa Webba wyleciał w kosmos w 2021 roku z osłoną termiczną zrobioną właśnie z foli. Jej pierwszy model 25 lat temu zbudował właśnie ABC. – To umożliwiło zbudowanie tego teleskopu o średnicy sześciu metrów – podkreśla.
Potem był kierownikiem czterech misji kosmicznych. – Teraz pracuję nad kolejnym helikopterem na Marsa – mówi. I zdradza, że nie może rozgryźć, jak wylądować helikopterem na Marsie z kapsuły bez lądownika, bo musiałby za niego zapłacić 300 milionów dolarów. Tyle trzeba było wyłożyć na drona Perseverance (z ang. wytrwałość). Jest on na Czerwonej Planecie od kilkunastu miesięcy, a miał działać tylko 30 dni. Dzięki niemu możemy podziwiać niezwykłe zdjęcia jej powierzchni.
Artur szuka też wody na Saharze. – Dostaliśmy telefon z Kataru z pytaniem czy moglibyśmy użyć naszej technologii z Marsa, aby znaleźć wodę pod pustynią. Na Półwyspie Arabskim żyje ok. 450 mln ludzi i może im w przyszłości zabraknąć wody. To władze sponsorują tę misję – zaznacza Artur Chmielewski.

Elon Musk zagrożeniem?

Nie jest tajemnicą, że Elon Musk stworzył swoją własną agencję kosmiczną o nazwie SpaceX. Czy w NASA boją się konkurencji, która chce skomercjalizować loty na Księżyc? – To jak odpowiedzieć, kto jest lepszy Robert Lewandowski czy José Mourinho (portugalski trener przyp. red.)? Nie da się na to odpowiedzieć. NASA używa SpaceX do lotów w kosmos – twierdzi. I przypomina, że gdy Elon Musk budował pierwszą rakietę kosmiczną, to przy starcie wybuchła. Zrobił drugi statek, ale on też skończył tak samo. Miał jeszcze pieniądze na trzeci. To miała być ostatnia szansa. – To my daliśmy SpaceX 2 miliardy dolarów na zbudowanie tej kapsuły. Bo jeśli za trzecim razem by im wybuchła rakieta, to oni splajtują. A wtedy nie będziemy mieć firmy, która zajmuje się budowaniem technologii kosmicznej – nie kryje Artur Chmielewski.
Za trzecim razem rakieta wyleciała, a SpaceX nabrało wiatru w żagle. Dzięki technologii tej firmy NASA za wystrzelanie rakiety płaci 15 mln dolarów, zamiast 120 mln dolarów. – Kibicujemy i jesteśmy szczęśliwi, kiedy im się udaje. Oni mogą być o wiele lepsi od nas – przewiduje.
NASA planuje powrót na Księżyc. I chce, aby tym razem pierwszy krok na naszym naturalnym satelicie postawiła kobieta. To jednak stanie się dopiero w 2028 roku. Na razie w środę wystartowała rakieta z kapsułą bezzałogową. Drugi lot będzie miał na pokładzie astronautów, za trzecim razem planowane jest lądowanie na Księżycu. Ten program działa pod kryptonimem Artemis.
JPL zgodziło się, aby przyjmować polskich studentów na staże od 2023 roku. – Chciałbym, aby przyjechał ktoś z Politechniki Rzeszowskiej – nie ukrywa Artur Chmielewski. Jakie ma zdanie o polskich studentach? – Są bystrzy i mają wiedzę – podsumował. Ale mają jedną wadę, nad którą muszą popracować. – Kiedy przyjeżdżają do mnie młodzi Polacy, inżynierowie NASA są pod wielkim wrażeniem. Polska kultura jest inna niż amerykańska. W USA trzeba być przebojowym i zaangażowanym – podkreśla Artur. – Tutaj każde otwarcie ust może być okazją do zdobycia pracy. W kilka sekund trzeba więc umieć zaprezentować to, co w nas najlepsze – radzi. – W Polsce jest to uważane za narzucanie się, ale musicie się tego nauczyć.
Polacy są teraz uwielbiani w Ameryce. W telewizji pokazują, jak Polska pomaga Ukrainie. Mówi się o Rzeszowie, o którym nikt wcześniej nie słyszał. Jednak mimo tego, nie można pracować w NASA bez obywatelstwa amerykańskiego. – Trzeba mieć zieloną kartę. Pracują ze mną Francuzi, Niemcy, Hindusi, tylko nie ma Polaków. Chcę to zmienić – deklaruje syn Papcia Chmiela.

Kinga Dereniowska