Pod nóż poszły cztery ostatnie świnie

Zoriana z mężem i dziećmi – zdjęcie zrobione przed wybuchem wojny. Fot. Archiwum prywatne Zoriany Chufrydy

– W Ukrainie jest bardzo ciężko, średnie zarobki u nas we wsi to około 1000 zł, w przeliczeniu na polską walutę, a ceny niektórych produktów już bywają wyższe niż w Polsce – mówi Zoriana Chufryda, która uciekła przed wojną do podkarpackich Gorzyc. Kobieta opowiada, jak pozostali w ojczyźnie rodacy pomagają sobie nawzajem i jaką pomoc ślą na okupowane tereny ci, którzy znaleźli schronienie u nas.

Na terenie gminy Gorzyce obecnie przebywa ponad 100 osób z Ukrainy. Jest wśród nich także Zoriana Chufryda, która opowiada o życiu swoim i mieszkańców niewielkiej miejscowości w obwodzie iwanofrankowskim w Ukrainie.
– Zoriana Chufryda do Polski przyjechała kilka dni po wybuchu wojny. Granicę przekroczyła w Słowacji, bo tam w chwili wybuchu wojny były mniejsze kolejki niż na polskich przejściach granicznych – mówi Monika Zając z Urzędu Gminy Gorzyce, który od pierwszych dni wojny organizuje pomoc dla uchodźców wojennych oraz rodzin uczniów z Ukrainy, którzy uczą się na terenie tej gminy.

Ciężko było nam się rozstać

– Mam dwoje dzieci, czteroletniego Iwana i prawie trzyletnią Annę. Do granicy ze Słowacją przywiózł nas mąż. Ciężko było nam się rozstać. Przytuliliśmy się wszyscy, życząc sobie, by ten koszmar szybko się skończył. Najpierw trafiłam do Wrocławia – do mojej sąsiadki, której wiozłam pięcioletniego syna. Ona wynajmowała tam jeden pokój, ale nie było szans na dłuższy pobyt w tym miejscu. Moja siostra i kuzynka dotarły do Polski dwa dni wcześniej, nowy dom pomógł znaleźć im kuzyn, który chodził do szkoły w Gorzycach. Dzięki uprzejmości tutejszych gospodarzy, wszystkie znalazłyśmy schronienie w tym domu. Od samego początku cała rodzina i sąsiedzi otoczyli nas dobrą opieką – mówi Zoriana.

Żołnierz i pielęgniarka z dwójką dzieci

Kobieta wraz ze swoją rodziną i teściową mieszkała w niewielkiej miejscowości w obwodzie iwanofrankowskim.
– Jej mąż jest zawodowym żołnierzem, ona pielęgniarką, specjalizuje się w rehabilitacji. Jeszcze przed wybuchem wojny na swoim facebookowym profilu umieszczała filmiki z masaży i dzieliła się ciekawostkami na temat różnych schorzeń, które można wyleczyć poprzez rehabilitację. Wojna w jednym momencie wywróciła jej życie – informuje Monika Zając, która wraz z lokalną społecznością otacza opieką Zorianę i jej dzieci.
– Pamiętam tę chwilę, kiedy podjęliśmy decyzję o wyjeździe z Ukrainy. Baliśmy się, że pobyt tu na miejscu może zagrażać naszym dzieciom, to one w szczególności chcieliśmy chronić. Najgorsza była noc, wtedy wyruszyliśmy w drogę, dzieci spały, a ja nie mogłam zrozumieć tego, co się dzieje, dokąd jadę, co nas czeka – wspomina Ukrainka.
Rosochacz to miejscowość, z której pochodzi kobieta. Liczy ona około 800 mieszkańców. Jest tam szpital dzienny, szkoła i przedszkole oraz dwa sklepy. Większość mężczyzn zaciągnęła się do wojska, zostały głównie kobiety i dzieci oraz starsi, schorowani mężczyźni.

Ukraińcy także przyjmują pod dach uchodźców

Podobnie jak wielu Polaków, również mieszkańcy Ukrainy pod swój dach przyjmują migrantów. W Rosochaczu przebywa ponad 100 osób, część z nich kupiła stare opuszczone domy, część mieszka u osób prywatnych, a jeszcze inni znaleźli schronienie w miejscowym przedszkolu. Tam też mieszkanki utworzyły swój punkt dowodzenia.
– Nie chciały czekać bezczynnie. Dzień w dzień tamtejsze kobiety spotykają się w przedszkolu – i stamtąd zawiadują całą pomocą. Kontaktują się z różnymi organizacjami, samorządami, ale też same – z tego co jeszcze pozostało w domu – pieką, gotują, peklują. – Ostatnio pod nóż poszły cztery świnie. To jedne z ostatnich we wsi. Więcej nie ma. Dla naszych chłopców panie zrobiły mięsne przetwory, lepią też pierogi i wysyłają na front do swoich dzieci, synów, mężów i ojców – opowiada Zoriana.

Średnie zarobki to 1000 zł

Cała społeczność miejscowości ma ze sobą kontakt poprzez grupy facebookowe.
– Choć nie wszyscy jesteśmy tam na miejscu, to każdy z nas stara się pomagać, jak może. Czasami uda nam się zarobić kilka złotówek na drobnych pracach, czy wypiekach. Kupujemy produkty i wysyłamy paczki do naszych domów. W Ukrainie jest bardzo ciężko, średnie zarobki u nas we wsi to około 1000 zł, w przeliczeniu na polską walutę, a ceny niektórych produktów już bywają wyższe niż w Polsce. Ta praca na rzecz naszych rodaków daje nam nadzieję, ociera nasze łzy smutku, rozpaczy i tęsknoty – mówi Zoriana. – Sytuacja w Ukrainie, a szczególnie w małych miejscowościach staje się dramatyczna. Brakuje żywności, środków higienicznych, a przede wszystkim leków. Tego wszystkiego po prostu nie ma. Dostawy do sklepów są bardzo ograniczone, brakuje podstawowych lekarstw, nie bardzo jest czym leczyć nawet proste schorzenia. Boimy się. Mieliśmy nadzieję, że może Wielkanoc coś zmieni, potem czekaliśmy na 9 maja, a teraz trudno powiedzieć. Wiem, że muszę być silna dla siebie, moich dzieci i męża. Ania za 3 miesiące skończy 3 lata, wówczas muszę powrócić do Ukrainy, do pracy – taki mój obowiązek. Mam nadzieję, że do tego czasu ten koszmar się skończy, ale nie boję się odpowiedzialności. Mój mąż walczy, ja będę pomagała leczyć ludzi i wychowywać nasze dzieci – twierdzi Zoriana.

Polska to silne, niezawodne państwo

Uchodźcy przebywający w Gorzycach mimo wszystko nie chcą tracić nadziei.
– Zoriana choć jest kilkaset kilometrów od swojego domu i najbliższych, stara się nawiązywać różne kontakty, aby pomóc lokalnemu szpitalowi, czy też mieszkańcom jej miejscowości. Sama robi paczki i wysyła niezbędne rzeczy – mówi Monika Zając.
– My wszyscy – mój mąż, ja, moja cała rodzina i wszyscy jesteśmy wam, Polakom nieskończenie wdzięczni za waszą codzienną pracę i pomoc. Polska to duże i silne, niezawodne państwo. Mężczyzna, wiedząc że jestem bezpieczna z dziećmi – a taka się tutaj czuję – może w pełni poświęcić się pracy oraz zwycięstwu w tej strasznej wojnie – podsumowuje kobieta.
mrok