Polska na czele rankingu krajów z niebezpiecznymi bakteriami w żywności

Nasz kraj przoduje pod względem zgłoszeń niebezpiecznych produktów do Systemu Wczesnego Ostrzegania o Niebezpiecznej Żywności (RASFF), a co gorsze, z roku na rok jest coraz gorzej. W polskiej żywności wykrywane są groźne bakterie. Kontrolerzy ujawnili też ogromne zaniedbania w nadzorze nad ubojem i hodowlą zwierząt. Lekarze weterynarii zaś nie znali zakresu stosowania przepisów i byli przeciążeni pracą, ba, zamiast weterynarzy nadzór nad bezpieczeństwem żywności sprawowali agronomi lub zootechnicy.

NIK podsumowała właśnie wyniki dziewięciu kontroli przeprowadzonych w ciągu ostatnich sześciu lat oraz wyniki pięciu audytów przeprowadzonych w Polsce przez Komisję Europejską dotyczących bezpieczeństwa żywności. Wnioski są co najmniej niepokojące.

Salmonella i Listeria w żywności

Zgłoszenia najczęściej dotyczyły występowania w żywności z Polski niebezpiecznych dla zdrowia bakterii Salmonella, przede wszystkim w mięsie drobiowym i produktach pochodnych. Drugim najczęściej notowanym w RASFF zagrożeniem wykrywanym w produktach z Polski była obecność bakterii Listeria monocytogenes w rybach – głównie wędzonych na zimno, mięsie i produktach innych niż drobiowe, mięsie drobiowym, owocach i warzywach, daniach gotowych i skorupiakach” – stwierdzono w raporcie pokontrolnym (listeria to bakteria wywołująca listeriozę, która niezdiagnozowana odpowiednio wcześniej może być bardzo niebezpieczna, prowadzić do zapalenia opon mózgowych, czy sepsy. Od 20 do 30 procent infekcji kończy się śmiercią). Do końca września 2020 roku kraje Wspólnoty złożyły do RASFF 273 powiadomienia dotyczące produktów spożywczych z Polski. To najwyższy wynik w całej UE.

Druzgocące wyniki kontroli w inspekcjach sanitarnych

Powodem dotarcia na szczyt niechlubnego rankingu jest brak spójnego i efektywnego systemu nadzoru nad bezpieczeństwem produkcji i dystrybucji żywności w Polsce – uważają kontrolerzy NIK. W latach 2014-2016 Inspekcja Weterynaryjna w zasadzie nie pełniła żadnego nadzoru nad ubojem zwierząt gospodarskich, a nadzór nad transportem własnych zwierząt przez rolników sprawowała jedynie marginalnie – ustalono. Główny Lekarz Weterynarii nie miał informacji o skali tego uboju, ani o jego kontrolach dokonywanych przez lekarzy weterynarii. Powiatowi lekarze weterynarii praktycznie nie kontrolowali zgłoszonych ubojów gospodarczych, nie znali też zakresu stosowania przepisów o ochronie zwierząt, zakresu rejestracji, ani kwalifikacji osób przeprowadzających ubój. Z kolei unijny audyt przeprowadzony w 2019 roku stwierdził nielegalny ubój chorych krów. Kontrolerzy z UE ocenili, że polski system jest na tyle dziurawy, że w ogóle nie odstrasza osób stosujących te nielegalne praktyki.

Niskie zarobki. Zamiast weterynarza agronom

Inspekcja Weterynaryjna, a w pewnym zakresie także Państwowa Inspekcja Sanitarna, są również zobowiązane do monitorowania obecności substancji niedozwolonych oraz zawartości antybiotyków w produktach odzwierzęcych. Jednak jak ujawniła kontrola NIK, w niektórych województwach, prowadzony przez inspekcję nadzór nie pozwalał na rzetelną ocenę tego, czy antybiotyki stosowane są zasadnie i prawidłowo. A w rezultacie nie gwarantował ochrony konsumentom. Niska skuteczność wynika z problemów systemowych. Poszczególne jednostki nie miały dostatecznych uprawnień, by kompleksowo i skutecznie sprawdzać np. stosowanie antybiotyków w hodowli. Co więcej, wszystkie skontrolowane przez NIK inspekcje borykały się z problemami kadrowymi. Głównym powodem były niskie zarobki i nadmiar obowiązków. I tak np. w województwie lubuskim w latach 2015-2016 na jednego inspektora weterynaryjnego przypadało od 142 do 312 podmiotów, które miał nadzorować. W zamian oferowano 3-3,5 tys. zł brutto wynagrodzenia. Nabór kończył się fiaskiem, dlatego na stanowiska merytoryczne zatrudniano osoby z wykształceniem pokrewnym – np. zootechnik, technolog żywności, agronom, ale również z wykształceniem zupełnie niezwiązanym z bezpieczeństwem żywności.

Kontrola NIK wykazała także braki w wyposażeniu organów kontrolnych. W Polsce na tle Unii wciąż pobiera się za mało próbek do badań. Problemem są także długie terminy oczekiwania na wynik – nawet do 30 dni. „Tak długi czas uniemożliwiał wręcz wycofanie z obrotu produktów z krótkim terminem przydatności do spożycia, bo zostały one już sprzedane” – alarmuje izba.

Anna Moraniec

Subscribe
Powiadom o
guest
4 komentarzy
najnowszy
najstarszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Kali
Kali
4 miesięcy temu

Randapu w naszej żywności jest znacznie więcej niż innej. No ale w Polsce jest on legalny a nawet zalecany rolnikom.

ekspedientka
ekspedientka
4 miesięcy temu

Kto tam polakowi może powiedzieć że nie wolno sprzedawać towarów po dacie ważności do spożycia ? Przylepi się nową nalepkę z nową ważnością i klient kupi.
Jak jeden się pytał dlaczego jest ta data na produkcie a to już minęło 2 miesiące temu to mu powiedziałam że to jest data produkcji.

radek
radek
4 miesięcy temu

Pisałem kiedyś na forum,że dotychczasowa formuła instytucji zwanej „sanepid” nie pasuje do rzeczywistości w kraju po 1989 roku. Oni ciągle działają tak,jak to bywało w upadłym 30 lat temu systemie. W przypadku opisywanym w tym artykule wyraźnie widać brak jakiejkolwiek współpracy tej instytucji z weterynarią. Przy różnych okazjach odbywają się w mieście głośne imprezy,ciekawe kiedy „sanepid” sprawdzał natężenie hałasu wytwarzanego przez nagłośnienie.Polska żywność dość często nie spełnia określonych przepisami norm czystości i o tej wadzie dowiadujemy się z mediów,kiedy jakiś kraj odmawia przyjęcia polskiego towaru. Pora na zmiany.

Kali
Kali
4 miesięcy temu
Reply to  radek

Sanepid obecnie zajmuje się ściganie ludzi bez masek.