Ratownicy kontra dyrektor

Jakub Boczar (z lewej) i Grzegorz Chrapek (z prawej) nie mają złudzeń
i spodziewają się, że ich batalia z dyrektorem przemyskiego WSPR jeszcze potrwa. Wspiera ich ich pełnomocnik, mec. Michał Muzyczka (w środku). Fot. Monika Kamińska

Przemyscy ratownicy medyczni, Grzegorz Chrapek i Jakub Boczar, nadal walczą przed sądem ze swoim szefem, dyrektorem Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Przemyślu, Rafałem Kijanką. A przecież miało być już normalnie. W lutym zeszłego roku Kijanka poszedł na ugodę z ratownikami i przywrócił ich do pracy po tym, jak zwolnił dyscyplinarnie. Tyle że, zdaniem Boczara i Chrapka, dyrektor przemyskiej WSPR warunków ugody nie dotrzymał. Ten ma inne zdanie i mimo informacji uzyskanych od sądu, kolejnej ugody nie chce. Wyrok w tej spawie ma zapaść 30 stycznia.

Ratownicy są głęboko przekonani, że dyrektor Kijanka mści się na nich i to od chwili, kiedy zaczął kierować powstałą na mocy nowych przepisów wprowadzonych w 2020 r. Wojewódzką Stacją Pogotowia Ratunkowego w Przemyślu. Dlaczego? Zarówno Boczar, jak i Chrapek są aktywnymi związkowcami w Międzyzakładowych Związkach Zawodowych Pracowników Służby Zdrowia.
– Walczyliśmy o równe traktowanie ratowników medycznych z wykształceniem policealnym z tymi z licencjatami – wspominają. – Musieliśmy to robić, bo dyrektor tych pierwszych traktował po macoszemu w kwestii płac, mimo że ustawodawca nie robi różnicy między jednymi i drugimi – wyjaśniają Boczar i Chrapek. Jak opowiadają, dyrektor Kijanka nigdy nie traktował postulatów ich związku zawodowego poważnie. – Przykre to bardzo, bo przecież kiedyś był jednym z nas, po prostu kolegą – ratownikiem. Ale po tym, jak został dyrektorem, najwyraźniej zmienił punkt widzenia
– stwierdzają Boczar i Chrapek. – Potrafił na przykład powiedzieć, że ratownicy z licencjatem mają znacznie większą wiedzę, od tych bez niego, nawet ci, którzy dopiero skończyli studia i nie mają żadnego doświadczenia. A potem w żywe oczy wypierał się tych słów.

Dostali „dyscyplinarki”

Rozmowy dyrektora Kijanki ze związkowcami zakończyły się bardzo nieoczekiwanie. W sierpniu 2021 roku mężczyźni dowiedzieli się, że ich szef wystąpił do związków zawodowych o zgodę na ich zwolnienie. Mimo braku tej zgody związkowcy otrzymali wypowiedzenia z pracy w trybie art. 52. kodeksu pracy, czyli, jak się to potocznie mówi, „dyscyplinarki”. W 7 punktach dyrektor Kijanka wymienił motywy swej decyzji. Otóż jego zdaniem ratownicy – związkowcy mieli próbować wymuszać na pracodawcy podwyżki dla pracowników, a także zastraszać go dezorganizacją pracy Zespołów Ratownictwa Medycznego stacji. Do tego związkowcy mieli organizować nielegalny protest i nakłaniać ratowników medycznych do udziału w nim oraz nie przestrzegać zasad współżycia społecznego w pracy „poprzez branie udziału w zmowie przeciwko pracodawcy i zamiarze niestawiania się w pracy w kolejnych dniach” korzystając w tym czasie ze zwolnień lekarskich. Mieli też nakłaniać do brania udziału w proteście innych ratowników, by ci nie odbierali połączeń telefonicznych i wiadomości na temat ustalenia dyżurów za osoby przebywające na L4. Związkowcom zarzucono także „faktyczną dezorganizację pracodawcy i skuteczne nakłonienie ratowników medycznych do strajku poprzez przebywanie na zwolnieniach lekarskich w sytuacji, gdy zaniechanie przez nich pracy zagraża ludzkiemu zdrowiu i życiu”. W wypowiedzeniach wymieniono też konkretne przypadki, kiedy to rzekome działanie zwolnionych miało spowodować, że nie było obsady ZRM i karetki nie wyjechały do pacjentów. – To stek bzdur – komentowali wówczas Boczar i Chrapek. – Część tych „zarzutów” dotyczy działalności związkowej, a za tę nie można zwolnić pracownika – związkowca. Reszta nie miała wcale miejsca i to wyssane z palca dyrektora opowieści – stwierdzali i zapowiadali walkę w sądzie. Warto dodać, że dyrektor Kijanka zawiadomił prokuraturę w związku z tym, co zarzucał ratownikom w wypowiedzeniach. Ta jednak nie dopatrzyła się żadnych znamion przestępstwa i umorzyła postępowanie w tej sprawie.

Przywróceni do pracy, ale …

Jak zapowiedzieli, tak uczynili, a w końcówce lutego 2022 roku dyrektor Rafał Kijanka podpisał z oboma ratownikami ugodę. W jej myśl miał przywrócić obu do pracy w WSPR w Przemyślu na tych samych warunkach pracy i płacy. Boczar i Chrapek myśleli, że już po wszystkim, ale okazało się, że nie. Ratownicy złożyli deklaracje chęci powrotu do pracy i już 8 marca kadrowa przedstawiła im pisemne polecenia wydane przez dyrektora Kijankę. W myśl tych dokumentów mieli obaj pracować, ale w Zespole Ratownictwa Medycznego w Przeworsku i powiecie przeworskim. Żaden z nich nie podpisał pokazanych im pism. Pokazanych, bo kopii dla nich nie przygotowano. Dokumenty te są obecnie dowodami w toczącej się teraz na wniosek Boczara i Chrapka sprawie w IV. Wydziale Pracy i Ubezpieczeń Społecznych Sądu Rejonowego w Przemyślu. Przedłożył je na polecenie sądu dyrektor Kijanka.
Mimo tego, że Boczar i Chrapek nie podpisali poleceń Kijanki, pracę w przeworskim ZRM rozpoczęli. Jeden wychowuje 15-letniego syna, drugi ma czworo malutkich dzieci. Jak wynikło z zeznań złożonych przez ratowników 16 stycznia przed sądem, obaj pracują głównie w Kańczudze i Sieniawie. Nie są tam oddelegowani, więc dojazd do pracy nie wliczał się im do przepracowanych godzin, a do miejsca pracy muszą docierać na własną rękę, w praktyce swoimi prywatnymi samochodami. Kosztów transportu pracodawca im nie zwraca. Wyliczyli je odpowiednio na 1,2 do 1,4 tys. złotych miesięcznie.

Sędzia z anielską cierpliwością

Nim jednak doszło do zeznań ratowników i ich szefa, prowadzący sprawę sędzia Piotr Bober zgodnie z obowiązującymi przepisami poinformował obie strony o najbardziej prawdopodobnym wyroku przewidywanym na podstawie zgromadzonych dowodów w postaci dokumentów. – Starannie analizowałem akta tej sprawy – zapewnił sędzia Bober.
– Z przedstawionych dowodów wynika, że racja jest po stronie panów wierzycieli (Boczara i Chrapka przyp. autora). Dodam, że tych dowodów w większości dostarczył dłużnik (Kijanka przyp. autora) – wyjaśnił sędzia i przypomniał stronom, że mogą dojść do zawarcia ugody. Przewodniczący Bober wskazał też dyrektorowi Kijance, gdzie popełnił on błąd natury prawnej. – W ocenie sądu nie miał pan prawa wydawać panom ratownikom takich poleceń służbowych – zauważył. – W myśl ugody mieli oni zostać przywróceni do pracy na tych samych warunkach, w jakich pracowali przed ich zwolnieniem. To oznacza stawianie się w pracy w Przemyślu lub na terenie powiatu przemyskiego, tam mieli się przebierać i pobierać niezbędne do pracy akcesoria, czyli pełnić służbę w przemyskim ZRM – podkreślił sędzia Bober. – Jeśli uznał pan, że była potrzeba oddelegowania akurat tych ratowników do przeworskiego ZRM, to należało przedstawić im wypowiedzenia warunków pracy. Jeśliby ich nie zaakceptowali, mieli prawo odwołać się do sądu – przypomniał sędzia. – Taka forma jest zgodna z prawem – wyjaśnił. Tu przyznać trzeba, że sędzia Piotr Bober wykazywał się tzw. anielską cierpliwością, bo przynajmniej kilkukrotnie wyjaśniał dyrektorowi Kijance to, co przytoczyliśmy. Z kolei dyrektor Kijanka odpowiadał, że „forma dla niego nie ma znaczenia”. – Rozumiem, ale ma ona kluczowe znaczenie dla sądu, bo musi być zgodna z prawem – tłumaczył spokojnie sędzia. Pomimo starań sądu i racjonalnych argumentów za zawarciem ugody, dyrektor Kijanka nie chciał się na nią zgodzić. Gdy po 2 godzinach wydawało się, że strony są już o krok od ugody, szef WSPR w Przemyślu odmówił jej zawarcia, bo ratownicy chcieli zabezpieczenia wykonania ugody w postaci kary pieniężnej. – Nie możemy zawrzeć ugody bez tego zabezpieczania – przekonywał ich pełnomocnik mec. Michał Muzyczka. – Widzimy, jak poprzednią ugodę potraktował dyrektor Kijanka – zauważył. – Skąd mamy mieć pewność, że teraz nie postąpi tak samo? – pytał.

 

ZRM-y są, ale ich nie ma?

Ostatecznie do ugody nie doszło i sąd przesłuchał obu ratowników i dyrektora Kijankę. Z zeznań wszystkich trzech wynikało, że praca Chrapka i Boczara od 8 marca 2022 roku nie wygląda tak samo, jak wyglądała przed ich zwolnieniem w sierpniu 2021 roku. Dojeżdżają do racy na terenie powiatu przeworskiego i tam rozpoczynają pracę. Tyle że, zdaniem dyrektora Kijanki, to bez znaczenia. – Gdyby mi każdy ratownik miał mówić, gdzie chce w danym dniu pracować, to wcale nie moglibyśmy ratować ludzi – stwierdził Kijanka. – W marcu zeszłego roku dyspozytor ZRM w Przeworsku zgłosił mi, że brakuje tam ratowników, bo część wykorzystuje urlopy, a część jest na L4 – wyjaśniał. – Dlatego skierowałem tam ratowników przywróconych do pracy na mocy ugody – zarzekał się Kijanka. Na uwagę sądu, że to było 10 miesięcy temu i być może sytuacja się zmieniła, szef WSPR w Przemyślu zapewnił, że nie!
– Może zatem są jacyś inni ratownicy, którzy chcą pracować na terenie powiatu przeworskiego? Warto o to zapytać – podpowiadał Kijance sędzia Bober. Dyrektor WSPR w Przemyślu twierdził też, że nie ma czegoś takiego, jak zatrudnienie ratownika w konkretnym ZRM na terenie powiatów przemyskiego, jarosławskiego, przeworskiego czy lubaczowskiego. – WSPR w Przemyślu to jeden zakład pracy i każdy ratownik pracuje tam, gdzie jest potrzeba – przekonywał. Przeczą temu jednak dokumenty przedstawione sądowi przez samego dyrektora, w których mowa o …zatrudnieniu poszczególnych ratowników w konkretnych ZRM-ach. – To takie nasze wewnętrzne nazewnictwo – stwierdził dyr. Kijanka, ale chyba nikogo, może poza swoim pełnomocnikiem, nie udało mu się przekonać.

Batalia może jeszcze potrwać

Po przesłuchaniu stron i wysłuchania mów końcowych pełnomocników, sędzia Bober wyznaczył termin ogłoszenia wyroku w tej sprawie na 30 stycznia. – Nie mamy złudzeń, że jeśli będzie on niekorzystny dla naszego pracodawcy, to ten się od niego odwoła – mówią Chrapek i Boczar. – Będzie też jak zwykle mijał się z prawdą – dodają, uśmiechając się ironicznie. – Choćby teraz przed sądem mówił, że ma braki kadrowe i stąd nasza sytuacja, a tymczasem udzielił urlopu bezpłatnego ratowniczce bez mrugnięcia okiem – zdradzają. – Nasza batalia o sprawiedliwość może jeszcze potrwać – podsumowują.

Monika Kamińska