Uczeń z Niemiec w rzeszowskim liceum

Początkowo miałem obawy. Myślałem: „Szkoła po polsku? Jak mam to zrobić?” Ale pomogli mi moi bliscy, polska rodzina, koledzy, nauczyciele. Otrzymałem zgodę na wyjazd,
ale to dyrektor I LO oraz moja mama wszystko zorganizowali. Zadali sobie wiele trudu i dzięki nim miałem piękne pół roku! – mówi Lennart Nordmeyer. Fot. Wit Hadło

Zostawił swój dotychczasowy świat w niemieckim Peine. Nie znał języka, a miasto tylko pobieżnie. Na własnej skórze chciał się przekonać, jak wygląda życie i nauka w innym kraju. 16-letni Lennart Nordmeyer przyjechał do Rzeszowa i przez pół roku uczył się
w I Liceum Ogólnokształcącym. Już w tę sobotę żegna się ze stolicą Podkarpacia. Czego się nie spodziewał, a co przeniósłby do niemieckiej szkoły?

W Niemczech indywidualne wyjazdy uczniów do innych krajów są popularne. – Docenia się młodych ludzi, któzy mają odwagę wyjechać za granicę. Łatwiej im później starać się o miejsce na studiach czy w przedsiębiorstwach – stwierdza pani Aneta Mendel, mama Lennarta.
– Chciałem na własnej skórze przekonać się, jak się żyje w innej kulturze. To była moja ostatnia szansa, bo od przyszłego roku szkolnego rozpoczynam przygotowanie do matury. W tym mogłem jeszcze zostać zwolniony z chodzenia na zajęcia. Zaliczyłem pierwszy semestr, a oceny, które dostałem, otrzymam również na koniec drugiego – tłumaczy.
Razem z mamą rozpoczęli poszukiwanie szkoły, w której mógłby się uczyć. – W jednym z warszawskich liceów usłyszeliśmy, że to niemożliwe, bo w Polsce nie ma takiego programu i z pewnością żadna szkoła się na to nie zgodzi – opowiada pani Aneta, mama Lennarta.
Mylili się. Z przyjemnością przyjęto go w I Liceum Ogólnokształcącym w Rzeszowie. – Jako rodzic, który organizował projekt nieobjęty konkretnymi ramami, jestem zachwycona podejściem dyrektora Piotra Wanata. Od początku wykazał pozytywne nastawienie. Razem z wychowawcą byli bardzo otwarci i okazali nam wiele wsparcia. Spędziłam w tej szkole najlepsze lata mojego życia i cieszy mnie, że mój syn mógł tam spędzić trochę czasu – podkreśla pani Aneta, rodem z Rzeszowa.
Lennart w przeszłości bywał w Rzeszowie. Ma tu dziadków, u których co roku spędza tydzień lub dwa wakacji. Znał miasto, ale tylko pobieżnie. Szkoły wcale. Dziś mówi, że ją uwielbia. – To piękny budynek z długą tradycję. Nauczyciele byli bardzo mili, a klasa bardzo otwarta na nowego kolegę. Oprowadzili mnie nie tylko po szkole, ale i mieście. Pomogli, gdy miałem problemy, lub potrzebowałem tłumaczenia – wylicza uczeń 2 klasy polskiego liceum i 10. niemieckiego gimnazjum.
Przed przyjazdem sporo rozumiał, ale prawie nie mówił po polsku. – Wiedziałem, że to nie będzie komfortowa sytuacja, ale kiedy potrzebowałem, polscy koledzy mówili po angielsku. Przez pierwszy miesiąc tutaj posługiwałem się tylko tym językiem. Nie chciałem nigdzie wyjść, bojąc się, że czegoś nie zrozumiem – wyznaje. – Potem była pierwsza wizyta w sklepie, wycieczka, a w końcu dyskusja z kimś, kto nie jest kolegą z klasy – wspomina. Dziś mówi już tylko po polsku.
Czy jest coś, co przeniósłby do niemieckiej edukacji?- U na mamy trzy rodzaje szkół – główne (Hauptschule), realne (Realschule) i ogólnokształcące (Gymnasium) – między którymi jest wielka różnica. Nie ma natomiast klas profilowych, z wyjątkiem muzycznych. – Na początku system profilowania zajęć w Polsce był dla mnie dziwny, ale dziś rozumiem, dlaczego tak jest. Jeśli ktoś bardziej lubi fizykę niż historię, albo uwielbia muzykę, ale niekoniecznie wychowanie fizyczne, ma wybór. Myślę, że to pozwala uczniom uczyć się tego, w czym są najlepsi, a także prowadzi do ich sukcesów – zapewnia. – To najlepsze, co mogłaby wprowadzić niemiecka szkoła – dodaje.

„Lalce” nie mówi nie

16-latek interesuje się naukami społecznymi, historią, polityką, ekonomią. Nic więc dziwnego, że trafił do klasy humanistycznej. – Historia i język polski są tutaj na wysokim poziomie. Materiał przekazywano w bardzo ciekawy, ale też przystępny sposób. Mimo że czasem niektóre słowa były dla mnie trudne, wszystko rozumiałem – również gdy omawiano literaturę Mickiewicza, czy Prusa. Nawet jeśli nie czytałem lektur – zaznacza. Przyznaje, że „Lalka” to „troszeczkę za dużo jak na pół roku nauki języka”, ale nie mówi jej „nie”.
Mógł też liczyć na indywidualne zajęcia – W każdy piątek miałem 1,5-godzinną lekcję historii z dyr. Piotrem Wanatem. To była moja ulubiona lekcja! Udało mi się zgłębić tematy od początku cywilizacji do czasów Napoleona – zauważa uczeń. – Pan dyrektor opowiedział mi o wielu rzeczach, o których wcześniej nie wiedziałem. Lennart nie ma wątpliwości, że to bardzo poszerzyło jego horyzonty, pomogło spojrzeć z perspektywy innego narodu.
Zaskoczyły go relacje na linii nauczyciel – uczeń. – Zdziwiło mnie, że są tak bliskie. Nie chcę powiedzieć, że w Niemczech nie są, ale tu jest to na innym poziomie. Zwracając się do nauczyciela, używa się nie tylko tytułu „panie profesorze”, albo nazwiska, ale też imienia. W Niemczech to nie do pomyślenia – przyznaje.
Inna jest też praca na lekcji. Lennart był przyzwyczajony do stałej wymiany zdań. – Tymczasem w polskiej szkole najpierw mamy wykład czy prezentację nauczyciela, który później oddaje czas uczniom, a ci sami pracują – zauważa nasz rozmówca.
Gdy pytamy go o niemiłą niespodziankę, jaka spotkała go w Rzeszowie odpowiada: – Dzwonek! Pierwszy raz bardzo mnie zaskoczył! U nas przerwę sygnalizuje delikatna melodia, a tu alarm, jakby był pożar – żartuje. – To jedyna negatywna rzecz, jaką bym wskazał. Poza tym byłem pod wrażeniem organizacji klasy, panujących zasad, jak choćby powitanie nauczyciela.
Co ciekawe, jest zachwycony nauczaniem online. – Szczerze mówiąc, w Polsce zorganizowano je 10 razy lepiej. Niemcy mają dobry system edukacji, ale i fatalny problem – za późno weszliśmy w nowoczesność. Większa część szkół w kraju korzystała z jednego programu, który nie poradził sobie z taką liczbą użytkowników. Nie byliśmy przygotowani na to, by z dnia na dzień wszystko przygotować. Potrzebowaliśmy czasu – nie ma wątpliwości uczeń. Przyznaje, że był zdumiony tym, jak w I LO wszystko perfekcyjnie rozwiązano. – Mimo pandemii lekcje odbywały się w zasadzie normalnie – stwierdza.

Co myśli o Polakach?

– Byłem w Polsce kilka razy i wiedziałem, że ludzie w Rzeszowie są mili. Sądziłem, że na Podkarpaciu nie będzie tak jak w Warszawie. Oczywiście są pewne różnice, jednak spodziewałem się większego nacisku na tradycję. Ona jest obecna, ale jednocześnie dostrzegam dużo nowoczesności. To dobra kombinacja. Najlepszym przykładem jest moda. Dla mnie to też jedna z największych niespodzianek. Wszyscy tutaj – młodzi, bardzo młodzi, starzy – mają niesamowite poczucie stylu. W Niemczech w klasie większość nosi dżinsy i top, a tu taka wielka różnorodność. Rzeszów to jeden wielki pokaz mody! – kwituje.
Gdy sytuacja na to pozwalała, wybierał się na wycieczki. Zwiedził Przemyśl, Krasiczyn, Rzeszów i okolice. Zobaczył Zamość, Zator, Solinę i Bolestraszyce. – Cały region ma piękną architekturę, wspaniałą naturę. Widzę wiele możliwości na spędzenie czasu. Tu jest wszystko, czego mi trzeba, z wyjątkiem domu – przyznaje. – Jedyną wadę, jaką bym wskazał, jest kultura na ulicy i szybka jazda kierowców. Musiałem być bardzo ostrożny, przechodząc na pasach – śmieje się.

Spontanicznie, ale owocnie

Po tych kilku miesiącach nie żałuje, że nie spędził tych miesięcy w Warszawie. -Wolę Rzeszów. Uwielbiam wielkie miasta, ale raczej pod względem turystycznym, nie wyobrażam sobie w nich codziennego życia – tłumaczy Lennart.
Razem z rodzicami rozważa też powrót do Polski. – Myślę o studiach w Warszawie. Interesuje mnie ekonomia, dyplomacja, stosunki międzynarodowe – kierunki związane z relacjami międzyludzkimi – wyznaje. Ze względu na znajomość języka, nie wyklucza też pracy w ojczyźnie mamy.
– Do tej pory tylko ja mówiłam po polsku, teraz jest nas dwoje – cieszy się pani Aneta. Sama spędziła pół życia w dwóch krajach. – Mam wrażenie, że dla mojego syna, który jest człowiekiem szukającym przygód, Polska byłaby dużo bardziej interesująca. Dziś jest tu dużo ciekawiej – ocenia pani Aneta. Docenia to, że sama miała szansę poczuć klimat dwóch różnych krajów. – Dzięki temu mogłam się przekonać, jak się w nich żyje, jakie zasady życia społecznego tam panują. Tego nie można się dowiedzieć z telewizji. To możliwe tylko, jeśli zna się język i żyje w danym miejscu. Krok, jaki zrobił Lenny, jest bardzo ważny. Pobył z polską rodziną, zobaczył, jak tu się żyje, o czym rozmawia, czym się interesuje polska młodzież. Gdyby udało mu się czuć jak w domu zarówno w Niemczech, jak i Polsce, byłoby wspaniale.
On sam czas spędzony w Rzeszowie podsumowuje jednym zdaniem: „Był idealny”. – Trafiłem do świetnej szkoły, w której znalazłem przyjaciół. Mieszkałem ze wspaniałą rodziną, u przyjaciółki mojej mamy. Zobaczyłem wiele miejsc w regionie – wymienia.
Żałuje, że tylko przez kilka tygodni mógł uczestniczyć w tradycyjnych lekcjach, ale jednocześnie docenia zdalne.
– Oprócz tego spotykałem się z koleżanką, która pomagała mi w polskim, w zamian ja jej w angielskim. Miałem indywidualne zajęcia historii. Wiele się nauczyłem i mogłem to wykorzystać w ostatnim miesiącu, kiedy chodziłem do szkoły – zapewnia. I dodaje: Nie mogę powiedzieć nic innego, niż tylko, że jestem szczęśliwy! Wszystko było tak spontaniczne, ale bardzo owocne!

wk

Subscribe
Powiadom o
guest
4 komentarzy
najnowszy
najstarszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
pitses
1 rok temu

Whoever it was on here that prescribed the site Emini S&P Trading Secret I need to say much appreciated.

Maksik
1 rok temu

ale cringe

Tom
Tom
1 rok temu

Przyjechać do Rzeszowa to trzeba mieć dużo odwagi i samozaparcia. No ale zawsze znajdzie się jeden śmiałek który nie boi się zadupia z Wielką C…..

Jan Pakosławic Rzeszowski

Pamiętaj Chłopie, że w połowie jesteś Polakiem!
Natomiast pełna dwujęzyczność to jest najlepsze wyposażenie zawodowe na przyszłość oraz możliwość zrozumienia i pokochania kultur obu narodów, a to z kolei droga do ciekawego i pełnego dobrych i pięknych lat, dostatniego finansowo i duchowo życia. Powodzenia.