Uwięzieni na granicy

Tysiące ciężarówek, w tym także z Polski utknęło tuż przed świętami Bożego Narodzenia po brytyjskiej stronie. Fot. Paweł Wolski

– Weszliśmy na przeciwny pas autostrady i zablokowaliśmy ruch. Po pertraktacjach z policją zeszliśmy z jezdni, ale zagroziliśmy, że zablokujemy ją ponownie, jeśli nie rozpoczną testowania. Dopiero wtedy w ciągu godziny rozpoczęły się testy – opowiada Tomasz Bis, kierowca ze Stalowej Woli, który spędził trzy dni na autostradzie M20.

Problemy w Dover nawarstwiały się już od połowy grudnia. Brytyjczycy w obawie przed brexitem robili zapasy, więc na powrót do Francji już tydzień przed świętami oczekiwała wielokilometrowa kolejka TIR-ów. Kiedy pojawienie się nowego szczepu COVID-19 zamknęło port w Dover i Eurotunel, obsługujące średnio siedem albo i więcej ciężarówek na minutę, sytuacja w kilka godzin stała się dramatyczna.

Największy korek w historii Anglii

Podczas gdy premier Boris Johnson mówił w telewizji o 174 ciężarówkach, na samej autostradzie M20 było ich już blisko 1000. Wielu kierowców utknęło na bocznych drogach, gdzie lokalne władze wlepiały im mandaty za złe parkowanie. Wkrótce policja zaczęła kierować kolejne ciężarówki na zamknięty w tym celu odcinek autostrady, wszystkie okoliczne parkingi oraz na pas startowym dawnego lotniska w Manston. Kierowcy otrzymali tam nieudolnie przetłumaczone na język polski ulotki, w których informowano ich m.in. o tym, że nie mogą… dokonywać transferów czołgów. Idiotyzmy wyplute z automatycznego tłumacza były jedynym wesołym elementem, bo sytuacja była tragiczna. – Kiepsko było ze wszystkim – mówi pan Robert (imię zmienione), szef firmy transportowej z zachodniej Polski, którego kilkunastu kierowców zostało uwięzionych na lotnisku. – Nieliczne toalety błyskawicznie się przepełniły i zostały zamknięte. Kierowcom odmawiano dostępu do pomocy humanitarnej lub wyjścia do sklepu pod pretekstem zagrożenia epidemiologicznego jednak ochroniarze, siłą odsuwający kierowców od płotu, nie nosili maseczek. Na hamburgera, frytki i półlitrową butelkę wody z jedynego foodtrucka kierowcy, którym nie pozwalano używać własnych kuchenek, musieli czekać trzy godziny na deszczu i wietrze. Byli na krawędzi buntu, dopiero po wizycie konsula, który obiecał, że kolejnego ranka zacznie się testowanie, zgodzili się wrócić do samochodów – relacjonuje.
Nie lepiej wyglądała sytuacja na autostradzie M20, gdzie utknął powracający z Walii Paweł Wolski. – Przez pierwszych 48 godzin nie działo się prawie nic. Toalety przywieźli na drugi dzień, ale były ciężko osiągalne – stały nawet co dwa kilometry, na szczęście w miarę czyste. Nie było żadnej informacji. Samochody policyjne jeździły non stop wzdłuż konwoju, czuliśmy się jakbyśmy byli aresztowani. Kierowcy buntowali się, ale jedyne co mogliśmy zrobić, to witać ich naszymi klaksonami – opowiada.

Fala ludzkich serc

Na wieść o dramatycznej sytuacji szeroką falą ruszyła pomoc. Jako jedni z pierwszych – choć aż z dalekiego Coventry – na miejsce z wodą i drobnymi przekąskami przybyli Hindusi z sihkijskiej fundacji Khalsa Aid. Kilka godzin później ruszyli z dystrybucją gorących posiłków. – Nie trzeba być chrześcijaninem, by czynić świąteczne dobre uczynki – powiedział telewizji Sky założyciel Khalsy Ravi Singh. Z wieloma inicjatywami wyszli także Anglicy, na przykład dzięki zorganizowanej przez Catherine Allen internetowej zbiórce lokalny bar rybny był w stanie wydać kierowcom w Dover setki gorących posiłków. Ogromną solidarnością wykazali się też mieszkający w Wielkiej Brytanii Polacy, którzy organizowali się przez Facebooka. Wielu z nich zaoferowało kierowcom miejsce przy swym wigilijnym stole. Wśród niosących pomoc materialną był Jarosław Szuster, przedsiębiorca z Londynu. – Dysponuję vanem, więc bez wahania zgłosiłem się do transportu darów – mówi. – Na lotnisko pojechał konwój kilkunastu samochodów takich jak mój. Zaskoczyła mnie nie tylko skala tej pomocy, ale i jej jakość. Były to dary naprawdę wartościowe, wysokiej jakości produkty nie tylko żywnościowe ale i higieniczne, odzież, bielizna… Było widać, że ludzie wkładali w to sporo serca – dodaje.

Przez dziurę w płocie

Dary przekazywano kierowcom przez dziurę w płocie. Dlaczego? – Mnogość wpisów na stronie ambasady polskiej jest w ogóle nieadekwatna do skali pomocy jaką oferowali. Potwierdzają to kierowcy uwięzieni na lotnisku – opowiada Szuster – Byliśmy tam przez cztery godziny w środku dnia, nie spotkaliśmy tam nikogo ze służb konsularnych. Anglicy wpuścili nas 50 metrów za bramę i kazali nam czekać. Czuliśmy wielki zawód spowodowany brakiem wsparcia ze strony polskiego konsulatu, któremu znaczniej łatwiej byłoby wynegocjować możliwość cywilizowanego przekazania pomocy materialnej. Przez ponad godzinę nie pojawił się nikt z ambasady, Anglicy też nas zostawili, podjęliśmy więc decyzję, że opuszczamy lotnisko i podjechaliśmy na miejsce, w którym zdesperowani kierowcy zrobili dziurę w płocie, i przez tą dziurę przekazaliśmy blisko 20 samochodów wypełnionych żywnością, napojami itp.

Bez dostępu do wody

Jeszcze trudniej było dotrzeć do kierowców uwięzionych na autostradzie. – Pomoc była minimalna: dziennie po półtoralitrowej butelce wody na głowę. – opowiada Paweł Wolski – Pierwszego dnia dostaliśmy też w małym pudełeczku curry od Hindusów, drugiego dnia pizzę, poza tym jakieś chipsy. Wielokrotnie zgłaszałem potrzebę dostępu do bieżącej wody, żebyśmy mogli umyć naczynia czy chociaż opłukać sobie ręce – nie dało to nic. Choć testowanie miało rozpocząć się w środę rano, na autostradzie nic się nie działo. Z grupą polskich kierowców busami ruszyliśmy więc do Canterbury zrobić testy na własną rękę, doszło do słownych utarczek z policją, która nie chciała nas wypuścić. Nawet jednak tym, którzy mieli już wyniki, nie pozwalano odjechać w stronę tunelu – z wyjątkiem Francuzów, których wyciągnięto z kolejki już w nocy z wtorku na środę i pojechali, chyba nawet bez testów.
Dzięki znajomościom Wolskiego, który mieszkał kiedyś w Anglii, udało się nawiązać kontakt z przedstawicielami Polonii. Do kierowców próbował dotrzeć też konsul, ale nie udało mu się wjechać na autostradę. – Musieliśmy uciec z tego getta i brnąć do niego 200 metrów przez pole, po kostki w błocie – mówi pan Paweł. – Wsparł nas wodą, drożdżówkami i pieczywem, wzięliśmy parę koszyków dla kolegów, obiecał wrócić w dzień Wigilii z ciepłymi pasztecikami i zupą. W mojej ocenie działania ambasady nie były złe, choć oczywiście były zdjęcia i Facebook, żeby wypromować działanie konsula. Ale nie mogę narzekać, dzwonił do mnie jeszcze kilka razy pytając jak może pomóc. Nie rozumiem jednak dlaczego nie wykorzystano kanałów dyplomatycznych, aby umożliwić furgonetkom z pomocą dojazd do uwięzionych – komentuje Paweł.

Wreszcie coś się dzieje

Testy na COVID-19 ruszyły dopiero w środę ok. godz. 21, kiedy na autostradę przyjechał oddział Nepalczyków z brytyjskiej armii. – Zaczęli się uwijać jak pszczółeczki i kolejka zaczęła się skracać – mówi Wolski. – Nie przestrzegano jednak dystansu społecznego, zbierano nas w grupach po 10 osób. Do Francji udało mu się przeprawić o 5 rano w Wigilię – relacjonuje.
Tymczasem na lotnisku zrobiło się zamieszanie. Wśród kierowców zaczęły krążyć podróbki zaświadczeń o testach, obsługa nie chciała wypuszczać nikogo. Pan Robert, chcąc za wszelką cenę sprowadzić ich do domu, powiedział swoim kierowcom: – „Jedźcie taranem, co by się nie działo nie zatrzymujcie się, choćby się szyby tłukły”. Udało się przerwać kordon policjantów i nikt nie ruszył za nimi w pościg. – Mam samochody obite, ale przynajmniej moi kierowcy spędzają święta w domu, a nie są zamknięci jak świnie w klatce
– mówi pan Robert.
Choć blokada już się odkorkowała i pierwsi z kierowców dotarli do kraju, w Kent uwięzione są jeszcze tysiące ciężarówek z całej Europy. Atmosfera jest ciężka, pojawiły się – niepotwierdzone przez ambasadę w Londynie – plotki o samobójczej śmierci jednego z kierowców uwięzionych na lotnisku. Na szczęście jednak sytuacja powoli się polepsza.
Wielu kierowców obwinia o sytuację Francję. Ale to jednak Anglia nie poradziła sobie z sytuacją: – To niewyobrażalne. W XXI w. Wielka Brytania zamyka obcokrajowców w obozach koncentracyjnych, pozbawiając ich dostępu do pomocy humanitarnej, przez co inni obcokrajowcy muszą szmuglować ją przez dziurę w płocie! Witamy w Dover w 2020 roku – tak ostatnie wydarzenia na Wyspach skomentował brytyjski przewoźnik Ciaran Donovan.
Autor artykułu jest niezależnym polskim dziennikarzem, mieszkającym w Szkocji.

Tomasz Oryński

4 7 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
5 komentarzy
Newest
Oldest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Maria
Maria
9 miesięcy temu

Tego, że puerwsiba pomoc ruszyli Hindusi polskie media a zwłaszcza TVP nie raczyły po rzejazać. Ich zdaniem pomagała tylko Polonia. Jakie to małostkowe i nierzetelne.

Maria
Maria
9 miesięcy temu
Reply to  Maria

*pierwsi na pomoc

hijena
hijena
9 miesięcy temu

Znowu Polacy ratują Europę z powodu idiotycznych zarządzeń cioteczki Merkel i zachodnich urzędasow

Maria
Maria
9 miesięcy temu
Reply to  hijena

*pierwsi na pomoc

Karl Krematorzysta
Karl Krematorzysta
9 miesięcy temu

Co z nami robi pieprzona władza?!Nic!Dzieli ludzi!

Zwykle, gdy ludzie są smutni, nie robią nic. Po prostu opłakują swój stan. Ale kiedy się wściekną, doprowadzają do zmiany.

Cyt. Malcolm X