Widziałem biały dym nad Nowym Jorkiem…

Fot. Archiwum A. Ziobronia

Gdy 11 września 2001 roku około godziny 8.46 samolot linii American Airlines uderzył w północną wieżę World Trade Center, Andrzej Ziobroń jechał podmiejskim pociągiem do Nowego Jorku. – Planowałem wyruszyć około siódmej, ale spóźniłem się i wyjechałem godzinę później – wspomina mieszkaniec Radomyśla Wielkiego. – Gdybym zdążył na wcześniejszy, zapewne znalazłbym się wśród ludzi uciekających w panice, przed duszącym dymem i kurzem z walących się wieżowców…

– Miał pan okazję oglądać Nowy Jork ze szczytu World Trade Center?
– Oczywiście. Każdy, kto przyjeżdżał do tego miasta, musiał tam zajrzeć i wjechać na górę, na taras, by podziwiać wspaniałe widoki. Naprawdę robiły wrażenie! Mieszkałem w USA dwa lata, więc kilka razy miałem okazję. Zdążyłem…
– A jak trafił Pan za ocean?
– Moja droga do USA otworzyła się całkiem przypadkowo. Pracowałem w Biurze Konstrukcyjnym Ośrodka Badawczo-Rozwojowego na stanowisku kierownika działu. Zajmowaliśmy się opracowaniem dokumentacji opisowo-eksploatacyjnej samolotów oraz ich eksploatacją. Często jeździłem na delegacje do różnych krajów. Stany po raz pierwszy zobaczyłem w 1987 r.
– Ameryka się spodobała?
– Owszem, ale przez myśl mi nie przeszło, że kiedyś tu zamieszkam. I choć nie wierzyłem w przepowiednie, w moim przypadku się sprawdziły. Gdy byłem kiedyś ze znajomymi u wróżki, tak mimochodem powiedziała do mnie: „Ty będziesz mieszkał w Ameryce”. Pomyślałem sobie: „Co ona mówi? Przecież pracuję na dobrym stanowisku, jeżdżę po świecie. Co ja miałbym tam robić?!”.
– A jednak miała rację.
– Lata 80. i 90. w Polsce następuje bezkrwawy przewrót, do władzy w WSK Mielec dochodzi Solidarność, stanowiska obejmują ludzie nie bardzo mający pojęcie o zarządzaniu tak dużym zakładem. Następuje wyprzedaż majątku, najpierw ośrodków wczasowych, później maszyn i urządzeń. Przychodząc do pracy nie ma żadnych planów, co robić. W biurze szuka się roboty dla pracowników, jednym słowem zbliża się koniec. Dużo moich kolegów z OBR-u szuka pracy gdzie indziej. Nie mają z tym problemów, bo takich konstruktorów każdy przyjmie. Ja, widząc, co się dzieje, też zdecydowałem się na wyjazd – najpierw w ramach urlopu, powracając po roku do pracy, a później ponownie, już pozostając na dłużej.
– Udało się zagrzać tam miejsce?
– Założyliśmy z synem własną firmę, w której zatrudnialiśmy kilka osób. Przyjeżdżała do mnie żona. Wiedliśmy beztroskie życie, mając dużo przyjaciół i znajomych. Ponadto od 1998 roku pracowałem społecznie w Instytucie Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku. Opiekowałem się zbiorami i porządkowałem je. Założyłem i prowadziłem Polonijny Klub Kolekcjonerów, gdzie raz w miesiącu spotykaliśmy się w Instytucie, organizując prelekcje oraz wystawy. Poza pracą były również i wycieczki po Stanach, odwiedzałem muzea i ciekawe miejsca, na czele z wodospadem Niagara i oczywiście Nowym Jorkiem…
– … który po ataku na World Trade Center zmienił się bezpowrotnie. Jak zapamiętał Pan 11 września 2001 r.?
– Wybrałem się akurat do Instytutu. Podmiejski pociąg jeździł co godzinę. Planowałem wyjechać około godziny siódmej, jednak spóźniłem się. Wyruszyłem więc dopiero około ósmej. Nic nie zapowiadało, że coś złego się wydarzy, wszystko było jak zwykle. Dopiero przed samym Nowym Jorkiem w wagonie zrobiło się małe zamieszanie. Ludzie mówili, że samolot pasażerski zderzył się z wieżowcem na WTC. Pomyślałem: „Co za pilotów mają, aby zderzyć się z takim budynkiem?!”. Przez szybę widać było biały dym nad miastem.
– Ale pociąg jechał dalej?
– Dopiero po dotarciu do ostatniej stacji, czyli 125 Street wszystko się wyjaśniło. Przez głośniki ogłoszono, że Nowy Jork jest zamknięty, a wszyscy zdążający do miasta, powinni zawrócić do domu. Widać było pełne wagony jadące trasą powrotną. Próbowałem połączyć się telefonicznie z Instytutem, ale telefony nie działały. „Trzeba wracać” – pomyślałem. Choć przyznam – dziwiło mnie, że przez jedną katastrofę samolotu zamykają całe miasto.
– Czy Instytut, do którego Pan jechał, znajdował się blisko 110-piętrowych wież?
– Stosunkowo niedaleko.
– A kiedy dowiedział się Pan, że to atak terrorystyczny?
– Jak wróciłem do domu. Kolega na parkingu mówi do mnie: „Włącz szybko telewizję i zobacz, co się stało”. Sceny były naprawdę dramatyczne: walące się wieżowce, dym i kurz przemieszczały się ulicami, ogarniając uciekających ludzi, którzy nie mieli czym oddychać. To było straszne! Wówczas dotarło do mnie, że gdybym zdążył na wcześniejszy pociąg, mógłbym być wśród nich. Ktoś widocznie nade mną czuwał i tak zarządził moim losem…
– Nie wszyscy mieli tyle szczęścia…
– Zginęło blisko 3 tysiące osób – wśród nich kilku Polaków. Ludzie bardzo przeżywali tę tragedię.
– Był pan później na miejscu katastrofy?
– Po zniszczeniu wież, nie było co oglądać. Teren później zagrodzono i dostęp był ograniczony.
– Tragedia ta mocno zachwiała poczuciem bezpieczeństwa mieszkańców USA. Pan wtedy nie wyjechał…
– Nie. Ja czułem się dobrze w Ameryce. Na powrót do Ojczyzny zdecydowaliśmy się kilka lat później – w 2006 roku.
Rozmawiała Aneta Jamroży