Wszystko drożeje i będzie drożeć

– Kiedyś za 150 zł robiłam naprawdę solidne zakupy, łącznie ze słodyczami dla najmłodszych dzieci. Dziś za tyle kupuję tylko podstawowe produkty – mówi Agnieszka, 43-latka z Rzeszowa. Fot. Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl

W miniony czwartek (5 maja) Rada Polityki Pieniężnej ogłosiła kolejną już podwyżkę referencyjnej stopy procentowej
z 4,5 do 5,25 proc. Ten zabieg ma zmniejszyć najwyższą obecnie od prawie ćwierć wieku inflację, a tym samym wyhamować galopujący wzrost cen. Niestety, wiele wskazuje na to, że tak się nie stanie. Wzrosną za to raty kredytów. Rząd Zjednoczonej Prawicy nie radzi sobie z rosnącymi kosztami życia szarych obywateli, za to jego członkowie i ich partyjni koledzy nie mogą narzekać, bo pieniędzy im nie brakuje.

Przeciętny obywatel Polski niewiele rozumie z tego, gdy mowa o inflacji i stopach procentowych. Nie zna mechanizmów ekonomicznych i trudno mieć o to do niego pretensje. O tych mechanizmach nie uczy się u nas w szkole, tajniki ekonomii poznają dopiero studenci kierunków z nią związanych. Zatem szary Polak, gdy słyszy o 12- procentowej inflacji nierzadko jest przekonany, że ceny mediów, towarów i usług wzrosły o 12 proc. Cieszyć się nie ma z czego, ale taki wzrost cen nie wydaje się jakiś tragiczny. Tymczasem ten sam Polak idąc do sklepu, czy płacąc rachunki przekonuje się, że ceny w zasadzie wszystkiego wzrosły znacznie więcej niż oczekiwane przez niego nieco ponad 10 proc.

To wina Unii jest i Putina

– To jest coś okropnego – żali się nam Agnieszka, 43-latka z Rzeszowa, matka czwórki dzieci. – Kiedyś za 150 zł robiłam naprawdę solidne zakupy, łącznie ze słodyczami dla najmłodszych dzieci. Dziś za tyle kupuję tylko podstawowe produkty – zauważa kobieta. – A naprawdę robię zakupy rozsądnie. Nie kupuję luksusowych towarów, nie ulegam reklamom, szukam dobrych promocji – zastrzega rzeszowianka. – Po prostu wszystko maksymalnie zdrożało! Przykro mi, ale nie stać mnie, by dzieciakom kupić truskawki, które tak kochają. O czereśniach nawet nie wspominam – wzdycha. – A przecież nie tylko jedzenia potrzebujemy. Płacimy więcej za mieszkanie, prąd, gaz, benzynę – wylicza Agnieszka. – A gdzie ubrania, buty? To jakaś paranoja jest – dodaje. Słuchający tych wywodów 43-latki 67-letni Zdzisław wtrąca się do naszej rozmowy. – To wina Unii jest i Putina
– stwierdza. – Putin wywołał wojnę na Ukrainie i dlatego wszystko zdrożało – przekonuje. – A Unia coś tam z klimatem kombinowała i dlatego wzrosły ceny opału. Nasz rząd się stara jak może, ale co zrobić, jak wszyscy rzucają mu kłody pod nogi – zastanawia się 67- latek. Takie „zdanie” na temat szalejącej w Polsce drożyzny, jakie wyraża Zdzisław, ma całkiem spora część naszego społeczeństwa. To ta część, która wierzy w opowieści partii rządzącej serwowane jej systematycznie przez rządowe media.

Prawda jest jednak inna

Inflacja, a co za nią idzie wzrost cen, w czasach rządów Zjednoczonej Prawicy są najwyższe od 24 lat! Rządzący próbują to tłumaczyć a to pandemią, a to wojną na Ukrainie, a prawda jest taka, że zwyczajnie nie potrafią zapanować nad inflacją. Oni się tym nie muszą za bardzo przejmować, bo z naszych ciężko wypracowanych podatków pobierają sowite wynagrodzenie, do którego mają różne ryczałty i dodatki. Tymczasem zwykli Polacy coraz trudniej wiążą koniec z końcem. A jak donosi na swej stronie internetowej Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych nie jesteśmy jeszcze w szczycie inflacji, a tym samym w szczycie wzrostu cen mediów, towarów i usług. Ten ma przypaść na czerwiec. Nie są to pocieszające wiadomości, bo już teraz mamy ogromną drożyznę.
Ostatnio RPP podniosła stopy procentowe o 0,75 punktu bazowego, a prezes Narodowego Banku Polskiego, Adam Glapiński nie ukrywa, że nie będzie to ostatnia podwyżka, dodaje też, że: – Z punktu widzenia ostatnich 20 lat obecny poziom stóp procentowych jest normalny – przekonuje prezes NBP. – Nienormalny był półtoraroczny okres, kiedy stopy procentowe były tak niskie
– stwierdza. A im wyższe stopy procentowe, tym wyższe raty kredytów. Dziś kredytobiorcy spłacają raty znacznie wyższe niż płacili rok, czy dwa lata temu oraz wcześniej. „Dobrą radę” ma dla nich poseł PiS, Marek Suski. – Jak się zaciąga kredyty to trzeba je spłacać – mówi do dziennikarzy pytany o dramatyczną sytuację polskich kredytobiorców. – Rząd szykuje jakąś tam pomoc – zauważa beztrosko. Z kolei prof. Leszek Balcerowicz w „Faktach po faktach” TVN24 stwierdza, że obecna sytuacja inflacyjna była do przewidzenia i została przez rządzących przewidziana i wykorzystana. – Narodowy Bank Polski wyprodukował 144 mld złotych i przekazał je rządowi – przypomina były polski wicepremier i minister finansów. – Zostało to uczynione wbrew Konstytucji – zastrzega. – Dzięki tym pieniądzom wyprodukowanym na poczet przyszłej inflacji rząd może udawać „dobroczyńcę” – dodaje.

Korzystnie dla partii rządzącej

O sytuacji ekonomicznej Polaków mowa była w niedzielnej (8 maja) „Loży prasowej” w TVN24. Tym razem gośćmi Małgorzaty Łaszcz byli: publicysta Tomasz Terlikowski, Ewa Ivanowa („Gazeta Wyborcza”), Adam Szostkiewicz („Polityka”) oraz Jacek Nizinkiewicz („Rzeczpospolita”). – To co mamy teraz to skutek działania NBP, który jest narzędziem politycznym
– zauważa Ewa Ivanowa. – NBP działał tak, żeby było korzystnie dla partii rządzącej. Dziś odczuwają to zwyczajni Polacy, kredytobiorcy, ale też osoby starsze
– dodaje. – Na razie rządzący się tym nie przejmują – stwierdza Jacek Nizinkiewicz z „Rzeczpospolitej”. – Pamiętajmy, że kredytobiorcy nie należą raczej do wyborców PiS, a rządzącym zależy na poparciu i wygranej w najbliższych wyborach – podkreśla.
Na to, że rządzący będą naprawdę walczyć ze wzrostem cen, możemy liczyć tylko wówczas, gdy wykażemy się w tej mierze odpowiednio silnym oporem społecznym. Pamiętajmy, że w Polsce zmiana ustroju zaczęła się od podwyżek cen, które nie były wówczas tak drastyczne jak teraz i okazaniem przez społeczeństwo niezadowolenia z tego powodu.

Monika Kamińska