Zatrzymanie prawa jazdy łamie Konstytucję

Prawo jazdy można stracić m.in. za
przekroczenie prędkości o 50 km/h w terenie zabudowanym. Fot. Wit Hadło

W połowie grudnia ub. roku Trybunał Konstytucyjny wydał orzeczenie o niezgodności
z Konstytucją części zapisów ustawy, w której zawarto przepisy umożliwiające starostom lub prezydentom zatrzymywanie praw jazdy. Każdy kierowca ma bowiem prawo do złożenia odwołania od decyzji o zatrzymaniu uprawnień do prowadzenia pojazdów. Tymczasem prawa jazdy nadal są zabierane. Dlaczego tak się dzieje?

Funkcjonujące od 2015 r. przepisy w ruchu drogowym nakładają na samorządowców obowiązek zatrzymania dokumentu uprawniającego do kierowania pojazdami na okres trzech miesięcy, kiedy policja wykaże przekroczenie prędkości powyżej 50 km/h w terenie zabudowanym lub gdy w samochodzie przewożona jest większa liczba osób, niż pozwala na to dowód rejestracyjny auta. W obu przypadkach funkcjonariusze fizycznie zatrzymują dokument okazany podczas kontroli i przekazują go wraz z opisem wykroczenia dalej. Na jego podstawie starostowie czy prezydenci miast na prawach powiatu wydają decyzję o zatrzymaniu uprawnień do kierowania na trzy miesiące. Trybunał Konstytucyjny uznał za niezgodne z Konstytucją karne zatrzymywanie praw jazdy jedynie na podstawie oświadczenia funkcjonariusza wykonującego kontrolę drogową. Jednocześnie sędziowie najważniejszej izby systemu sądowniczego w Polsce nie zakwestionowali samej kary oraz jej skutków w stosunku do wagi popełnionych czynów.

Więc o co chodzi?

Sędziowie TK w uzasadnieniu orzeczenia uznali, że każdy kierujący ma prawo do obrony, a nakładanie kar zatrzymania praw jazdy bez takiej możliwości łamie Konstytucję.
– Postępowanie przed organem władzy publicznej, […], musi zapewniać staranne wyjaśnienie okoliczności istotnych dla rozstrzygnięcia sprawy, a także gwarantować każdej stronie prawo do wysłuchania, tj. prawo do przedstawiania dowodów i obrony swoich racji – czytamy w uzasadnieniu orzeczenia TK. W skrócie domniemany sprawca wykroczenia musi mieć zagwarantowaną prawnie możliwość odwołania się od decyzji starosty czy prezydenta. Problem w tym, że takich zapisów ustawodawca nie zapewnił.

Automatyczne działania

Ciężko tu mówić, że wszystkiemu winna jest policja. Chociaż zdarza się, że i funkcjonariusz może się mylić, np. niewłaściwie ustawić radar kontroli prędkości. Policja działa tutaj jednak automatycznie, według zasady – stwierdzono wykroczenie, będzie kara. Stąd kierowcy dalej „stoją pod ścianą”, bez prawa do zakwestionowania decyzji policjantów. W ten sposób prawa jazdy wciąż są zatrzymywane. – Wydział Komunikacji Urzędu Miasta Rzeszowa działa zgodnie z obowiązującym prawem – zapewnia Marzena Kłeczek-Krawiec, rzecznik prasowy prezydenta Rzeszowa. – Wyrok Trybunału oznacza, że teraz do każdej sprawy podchodzi się indywidualnie i każdy dowód, który pojawia się w sprawie, jest przez organ wzięty pod uwagę, zgodnie z przepisami kodeksu postępowania administracyjnego – dodała. Ratunkiem dla kierowców byłaby zmiana prawa. Wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł, w rozmowie z PAP, przekazał jednak, że resort nie przewiduje konieczności aktualizacji ustawy o ruchu drogowym. – TK oczekuje od starostów, aby zmienili praktykę. Oznacza to, że przed wydaniem decyzji będą oni musieli odbierać stanowisko w sprawie zdarzenia od kierującego pojazdem i od policji – mówił minister.

Dominik Bąk