Zawsze byłem proekologiczny, choć o tym nie wiedziałem

MIROSŁAW RUSZAŁA – rzeszowianin, instruktor harcerski (harcmistrz), ekolog, absolwent Instytutu Biologii Środowiskowej Uniwersytetu Jagiellońskiego, założyciel Stowarzyszenia EKSOKOP, 9RwDH i Harcerskiego Klubu Ekologicznego HKE21. W latach 2003 – 2014 Przewodniczący Zarządu Związku Komunalnego „Wisłok” i wiceprezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Komunalnych Związków Gmin. Koordynator krajowych i transgranicznych projektów edukacji dla zrównoważonego rozwoju, m.in. autor programów „ABECADŁO ŚMIECIADŁO”, „Łowcy baterii”, „Przybysz z planety WEEE”, „Tropiciele odpadów” oraz „Wyprawy w poszukiwaniu Ekolandii”, „Alarm dla bioróżnorodności Podkarpacia”. Kocha żonę, turystykę pieszą i kajakową, pisze wiersze, a od 1985 roku tworzy recyklingowe asamblaże. Fot. Archiwum

– Pierwsze pytanie, które od razu mi się nasunęło, to czy od zawsze był pan taki proekologiczny?

– Tak, zawsze byłem proekologiczny, choć o tym nie wiedziałem. Urodziłem się w Rzeszowie, (mieszkaliśmy przy ul. Staszica, na zwykłym, robotniczym osiedlu), ale wszystkie wolne dni i większość wakacji, niezależnie od pory roku spędzaliśmy w Czudcu. Z tamtych okolic pochodziła rodzina od strony mamy i taty i rodzice często „podrzucali naszą trójkę” pod opiekę do Babci Zuzanny, a sami gdzieś się urywali.

Babcia z dziadziem mieli swoje gospodarstwo: ogródek, sad, krowę, kury, pszczoły, a potem także trochę owiec. Często pomagaliśmy i te drobne prace gospodarskie zapewniały nam wtedy niesamowity kontakt z przyrodą. Nauczyłem się doglądać pszczoły, plewić warzywa, kosić trawę, karmić króliki, wyrzucać gnój. Babcia mówiła „oszczędzaj, wodę”, bo trzeba ją było nosić ze studni, więc wody się nie marnowało. Deszczówką podlewało się ogródek i myło głowę. 

Więc tam w Czudcu na pewno to była już nauka ekologii. Jeszcze ważniejsze było to, że z moim starszym bratem oraz siostrą i kuzynką chodziliśmy codziennie (i to bez opieki dorosłych) nad mała rzeczkę obok domu (czasem nad wielki Wisłok), na łąkę i do „ doliny rysich pazurów”. To było miejsce, gdzie kopano glinę na cegły i powstałe wyrobisko zalane było wodą. Tam to dopiero był świat, którego dziś dzieci niestety nie znają. Traszki, żaby, kijanki, ważki, motyle, zaskrońce, nartniki, wielkie pająki i mnóstwo ptaków. Budowaliśmy tam sobie szałasy, domki na drzewie, pływaliśmy na tratwach. Zakładaliśmy plemiona neandertalczyków albo Indian Siuksów. Robiliśmy bardzo dużo, jak na dzieci w wieku 7-14 lat. Babcia Zuzia dawała nam ziemniaki i buraki do pieczenia, smażone kurczaki, albo kawałki jakiegoś innego mięsa i my to sobie sami na ognisku piekliśmy i odgrzewali. Gotowaliśmy kompot z jabłek albo herbatkę z mięty. To był doskonały kontakt z przyrodą. Do dzisiaj pamiętam, jak obserwowaliśmy polujące pająki, dzikie pszczoły, patrzyliśmy jak trzmiele zbierają pożytek. My po prostu wychowywaliśmy się w pełnym kontakcie z naturą. 

W tamtych czasach wykorzystywało się także wszystko, co mogło się jeszcze do czegoś przydać. W Czudcu nie było niepotrzebnych odpadów. Opakowania szklane stawały się butelkami na soki, słoikami na przetwory, a puszki wykorzystywano na poidełka dla kur. Chociaż, jak już coś było zupełnie zepsute lub zniszczone, to babcia Zuzanna, mówiła “idź wynieś na rzekę”. No i to na pewno nie było już ekologiczne. Wiosną przychodziła woda i wszystko zabierała. Tych śmieci nie było wprawdzie zbyt wiele, ale jednak były. Inne zachowania, z punktu widzenia dzisiejszych problemów, mało ekologiczne, to było także palenie pod kuchnią i w piecu drewnem, a zimą węglem. Tyle, że wtedy nikt nie mówił o smogu.

 

– Dzisiejsi rodzice, często są nadopiekuńczy i nie dają swoim pociechom takich możliwości, jakie dostał Pan. Przyroda od tego czasu również trochę się zmieniła i pewnie nie wszystkie miejsca, które Pan pamięta wyglądają tak samo. Jak, Pana zdaniem, można stworzyć dzieciom takie warunki rozwoju z przyrodą, które miał Pan? 

– Tak zgadzam się. Przyrody jest dzisiaj mniej, a rodzice są bardziej nadopiekuńczy, nie pozwalają na samodzielną, czy ryzykowną zabawę. Choć z drugiej strony pojawiły się inne zagrożenia i wszyscy to odczuwają. Dawniej też pewno byli mordercy, zboczeńcy, jeździły samochody, choć jednak było „tego złego” dużo mniej. 

Takie wychowanie, jakie miałem ja, nazywam „dzikim” i powinno być absolutnie kultywowane w każdej rodzinie. Jeśli jest to możliwe, rodzice powinni przynajmniej na wakacjach zaoferować swoim pociechom biwakowanie pod namiotem, w górach. Powinni, przejść od schroniska do schroniska, zmęczyć się, spocić, pokazać, jak smakuje zwykła kromka chleba, bo ona smakuje wyśmienicie wtedy, kiedy człowiek jest naprawdę głodny, prawda? Jak smakuje woda ze źródła – nie cola. Posłuchać jak brzmi las w nocy, jak pachnie nocne ognisko w lesie.

Jest to możliwe. Np. Lasy Państwowe (instytucja, której nie cenię sobie, ze względu na wycinanie najpiękniejszych fragmentów Puszczy Karpackiej) oferują coś ciekawego z punktu widzenia wychowania wśród przyrody. W każdym nadleśnictwie maja być wyznaczone miejsca, gdzie można w lesie przenocować. Tylko trzeba tę chęć nocowania uzgodnić z leśniczym.

Dzisiaj także różne organizacje zapewniają edukację w kontakcie z przyrodą. Mój EKOSKOP , oferuje każdej placówce edukacyjnej zajęcia w lesie, nad rzeką, obserwacje w rezerwacie i plenerowe laboratoria. Oczywiście dzieci trzeba zapakować w autobusu i przywieźć w umówione miejsce, ale już tam trener-ekolog poprowadzi maluchy ścieżką dydaktyczną wśród zieleni, pozwoli dotykać, wąchać, smakować, słuchać, obserwować. To szansa na ważny prawdziwy kontakt z przyrodą. W Starej Kuźni w Pstrągowej obok Czudca mój wychowanek – harcerz 9RwDH oferuje np. noclegi w domu na drzewie i gotowanie na ognisku.  W zabetonowanych miastach każdy rodzic powinien zdać sobie sprawę z tego, jak ważny jest kontakt z dziką przyrodą. 

 

– W mieście przyrodnicze przygody także są możliwe, np. Rzeszów ma swoja Lisią Górę, a ja mam w swoim „blokowym mieszkaniu” na parapecie hodowlę mrówek. 

– Skąd się wzięły? Na moim balkonie, w skrzynce z dzikimi kwiatami i ziołami zamieszkały mrówki. To owady, które często wchodzą do domów w poszukiwaniu jedzenia. Pewnego dnia zobaczyłem, że mała kolonia zasiedliła doniczkę na parapecie. Założyły tam gniazdo, zaczęły składać jaja, mają swoją królową. Ja „wygrodziłem” fragment parapetu za pomocą tłustej warstwy wazeliny z odstraszaczem, żeby nie szły dalej do domu. Tym oswojonym mrówkom daję co jakiś czas kropelki miodu. Jak maja co jeść na parapecie, nie rozchodzą się po domu. Tak tłumaczę swoje hobby żonie Kasi. Mój wnuk Hubi, który ma 6 lat, już wie, że to nie są mrówki, które trzeba zabić, to są mrówki, które się obserwuje. Kiedy się podleje kwiatek w doniczce, wtedy te mrówki dokonują natychmiastowej ewakuacji wszystkich larw. do zapasowego mrowiska … w drugiej doniczce. Ale jak ziemia trochę podeschnie, to wracają do głównego mrowiska.

W mieście naszymi sąsiadami, są pszczoły, biedronki, trzmiele, to to wszystko jest w zasięgu ręki, można je łatwo obserwować, trzeba tylko zwrócić na nie uwagę, wyposażyć dziecko w lupkę i w czas do swobodnej i własnej obserwacji. To jest najlepszy sposób na odkrywanie świata.

 

– Wspomniał Pan o tym, że wychował się Pan w Rzeszowie. Zna Pan doskonale te okolice od dziecka. Chciałem zapytać, czy zmieniły się zagrożenia dla mikroklimatu naszego regionu, a jeśli tak, to w jaki sposób. Na przykład kto był największym trucicielem kilkadziesiąt lat temu, a kto jest nim dziś?

– Kiedy byliśmy dziećmi, nie odczuwaliśmy żadnego zagrożenia ekologicznego. Był wprawdzie uciążliwy hałas wynikający z tego, że mieszkaliśmy przy ul. Staszica i codziennie słyszeliśmy, jak działa hamownia na WSK, gdzie testowano silniki odrzutowe. Hałas bardzo dokuczliwy. Nie zdawaliśmy sobie również sprawy z tego, jak kiepska jest jakość wody, którą piliśmy z Wisłoka. Woda była słabo badana i nie wiedzieliśmy, jak mocno jest toksyczna. Wisłok zawsze niósł ze sobą śmiecie, gnojowicę, nawozy sztuczne, chemikalia z rolniczych oprysków. Wszyscy się równo truliśmy. Mam nadzieję, że dzisiaj jest nieco lepiej z wodą, ale za to mamy wielki problem ze smogiem. Rzeszów jest niestety bardzo mocno “zasmogowany”. Nie jest tak źle, jak we Wrocławiu, Rybniku i Krakowie, tzn. generalnie na Śląsku i w Małopolsce, ale zielonymi płucami Podkarpacie też nie jesteśmy.  

Na kiepską jakość powietrza w mieście ma wpływ to, że w dalszym ciągu w Rzeszowie dużo osób ogrzewa domy węglem. Na naszym osiedlu (Staroniwa) ludzie wciąż palą i węgiel i śmieci np. plastiki. Dopóki się nie wyeliminuje tych „paliw”, na korzyść gazu lub elektryczności z paneli fotowoltaicznych, smog będzie problemem. 

Niewielki udział w tym ładunku smogowym ma ogrzewanie drewnem. Również jestem posiadaczem kominka i spalam drewno, ale spalam je bardzo rzadko, rekreacyjnie,. Zdaję sobie sprawę, że mój kominek i cztery spalone polana na tydzień to jest niewiele. Jednak odczuwam dyskomfort, że ja ekolog dokładam się do ładunku pyłu PM 10. To trochę kompromis między ekologią, a przyjemnością, bo dla harcerza żywy ogień jest ważny i mityczny. Jak wyjeżdżamy na biwak, to zawsze gotujemy na ogniu i ogrzewamy się ogniem, choć wiemy o zjawisku smogu. Usprawiedliwiam sobie to obrzędowością i harcerskim stylem życia. 

 

– W takim razie, jakie są główne składowe smogu w Rzeszowie?

– Główna przyczyna to palenie węglem. Do tego dokłada się komunikacja samochodowa, energetyka zawodowa, np.: rzeszowska elektrociepłownia (która ma kotły spalające śmieci) oraz w niewielkim stopniu inne zakłady przemysłowe. PGE deklaruje, że kominy EC Rzeszów mają filtr i wszystko wyłapują. Chciałbym jednak, aby nad tymi kominami była kontrola niezależnych organizacji pozarządowych.

Inny smogowy problem miasta to mało zieleni. Drzewa wyłapują zanieczyszczenia, a nasze miasto jest ubogie w parki, wręcz pod tym względem najuboższe w Polsce. I niestety wiele starych drzew się wycina. 

 

– W Pańskim domu na ścianach wiszą własnoręcznie wykonane kolaże przestrzenne. Skąd taki pomysł i czy ma to również związek z ekologią?

– To jest takie dwa w jednym. Z wykształcenia jestem ekologiem i dla mnie recykling, dawanie drugiego życia rzeczom, które są już niepotrzebne, jest bardzo naturalny. Zamiast coś wyrzucić, wolę, żeby to stało się elementem np. sztuki. Z odpadów tworze asamblaże. W „portrecie babci Zuzanny” piersi zostały np. wykonane ze starego trzonka srebrnego noża 

To jedyny fragment srebrnej zastawy stołowej, którą babcia dostała na swoim weselu w 1930 roku, czyli prawie sto lat temu. W tamtej niebieskiej twarzy Olgi Tokarczuk wykorzystałem odpady hydrauliczne, które stały się elementami judaistycznymi. To nawiązanie do “Ksiąg Jakubowych”. 

Dla mnie tworzenie asamblaży to ogromna przyjemność, relaks, hobby i myśl, że coś, co mogło zostać wyrzucone na złom, może służyć do stworzenia czegoś nowego. 

– Mało rozmawialiśmy o EKOSKOP-ie.  Czym Wasza organizacja się zajmuje i od jak dawna?

– 14 lat temu działałem w takiej organizacji Związek Komunalny Wisłok. Prowadziłem tam działania ekologiczne w 25 gminach. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że wójtowie i burmistrzowie nie bardzo postrzegają edukację ekologiczną za ważną. Uważali, że jest to dla nich pewnego rodzaju balast. Dało się wyczuć, że ta współpraca wkrótce się skończy. Widząc to namówiłem najlepszych swoich trenerów, (głównie moich harcerzy, absolwentów studiów przyrodniczych), żeby założyć organizację pozarządową. Wtedy powstał EKOSKOP. Zajmujemy się głównie edukacją przyrodniczą i odpadową, chronimy klimat, dbamy o bioróżnorodność, i odpowiedzialna energetykę – promujemy odnawialne źródła energii. Zaczęliśmy robić projekty, które dzieciom tłumaczyły świat. Jednym z pierwszych, ważniejszych pomysłów było „ABECADŁO ŚMIECIADŁO”. Wierszyki uczące liter i segregacji śmieci. Od tego się zaczęło, ale później zrobiliśmy masę innych świetnych projektów, np. „Alarm dla bioróżnorodności Podkarpacia”. Przeprowadziliśmy tysiące godzin zajęć warsztatowych w tym 1500 warsztatów plenerowych laboratoriów, prawie 500 wycieczek do lasów i nad rzekę. Razem z Politechniką Rzeszowską i Uniwersytetem Rzeszowskim przygotowujemy teraz kolejny Piknik Nauki Eksploratorium. Na takiej imprezie można pokazać kilkadziesiąt stoisk opartych o różne dziedziny nauki ( w tym ekologię) i wzbudzić w młodych ludziach ciekawość świata. 

Niestety mamy problemy W czasie pandemii EKOSKOP, jak wiele innych organizacji pozarządowych, odcięty został od źródeł dochodu. Szkoły płaciły nam za warsztaty, a te się aktualnie nie odbywają.  EKOSKOP musi utrzymać lokal Podkarpackiego Centrum Edukacji Ekologicznej i samochody, trenerzy otrzymywali honoraria. Teraz nie mamy przychodów, a mamy wydatki. Oczywiście każdy, kto chce, może przekazać na EKOSKOP darowiznę, finansowa wpłatę albo 1 proc. Dane adresowe są na naszych stronach www.ekoskop.rzeszow.pl

Niestety większość takich pieniędzy przekazywana jest na promujące się organizacje jak WWF czy Greenpeace. Organizacje działające lokalnie, jak EKOSKOP, są mniej dostrzegane, choć w mojej opinii bardziej wpływają na życie lokalnej społeczności. 

Rozmawiał MARCIN JACHYM

4.8 28 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Newest
Oldest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
sentimz
8 dni temu

Emini S&P Trading Secret has the best strategy and the most accurate methods to become a successful trader. Just Google Emini S&P to learn more.