
86-letni Marek Mach to niesamowita postać polskiej protetyki. W zawodzie przepracował 65 lat. Z powodów zdrowotnych został uroczyście pożegnany przez zespół Rzeszowskich Zakładów Ortopedycznych, w których spędził ostatnie kilkanaście lat.
Jak wspomina Mariusz Grela z RZO ta firma powstała dzięki panu Markowi.
– To za jego namową otworzyłem zakład, a on został jego filarem, numerem 1. To on uczył nas wszystkich rozwiązań protetycznych. To dzięki niemu mamy tak prężną firmę – mówi Grela.
– Wcale nie. Może to był mój pomysł, ale cała reszta zależała od ciebie, od twojej łysej, ale mądrej głowy – śmieje się pan Marek Mach. I dodaje, że obecnie to najlepsza firma protetyczna nie tylko na Podkarpaciu, ale i w Polsce. Co ważne, stale się rozwija, wprowadza nowe elementy, a to osseointegrację, a to coś innego.

– Jesteśmy dumni, że mogliśmy pracować u boku człowieka o tak ogromnym doświadczeniu i wielkim sercu. Dziękujemy za każdą wykonaną protezę, która tysiącom ludzi przywracała sprawność i umożliwiała powrót do samodzielności i codziennego funkcjonowania – mówiono przy urodzinowym torcie.
Marek Mach to rzeczywiście legenda polskiej protetyki
Już w latach 70. ubiegłego wieku, zrobił protezę Igorowi Newerly, autorowi m.in. „Pamiątki z cellulozy” czy scenariusza do filmu „Król Maciuś I” (Janusza Korczaka), który stracił nogę po postrzale na polowaniu. Specjalne kolano dla niego sprowadzono wtedy z Niemiec. Było tak nowatorskie, że Marek Mach sporządził sobie jego rysunek techniczny, by móc go wykorzystać w swojej dalszej pracy.
– Biegał potem i pisał te swoje książki – mówił zadowolony gdy po raz pierwszy rozmawialiśmy 6 lat temu.
Pierwszym pacjentem Marka Macha był jednak sam Marek Mach. Proteza, którą zrobiono mu kilka lat wcześniej w Krakowie nie spełniała jego oczekiwań.
– Przede wszystkim uwierała, a protezy nie powinno się czuć – mówił.
Pan Marek urodził się w 1940 roku w Rzeszowie i pierwsze kilkanaście lat życia tu mieszkał, tu także wyuczył się zawodu ślusarza. Ale dostał powołanie do wojska. – Jako „kawał chłopa” dostałem się do kampanii honorowej Wojska Polskiego. Maszerowałem w czwartej czwórce – mówił z dumą w głosie.
Pracując w ochronie rządu, żołnierze na co dzień, ćwiczyli skakanie z pędzącego pociągu, czy bieganie po plandekach jadących samochodów.
– I to mnie zgubiło. Pewność swoich umiejętności. Wracając któregoś razu do Rzeszowa, zimą, chciałem „wysiąść” bliżej domu. Gdy pociąg zwolnił na zakręcie, skoczyłem. Niestety miałem na sobie długi płaszcz, który zaczepił o schodek. Poczułem szarpniecie, przewróciłem się i ciachnęło mi prawą nogę w połowie goleni. Miałem 23 lata i całe życie przed sobą… Nie rozbierałem jednak tematu na części pierwsze. Jak tylko zrobiono mi protezę, wróciłem do pracy, „bo bez pracy nie da się żyć”.
Kiedy usłyszał o technikum ortopedycznym w Poznaniu, przyjmującym ludzi z grupą inwalidzką, postanowił zmienić fach. – To było 5-letnie technikum ortopedyczne. Mocne. Na świadectwie maturalnym mieliśmy, bagatela, 32 przedmioty – mówił.
Pracował w renomowanych klinikach
Po egzaminie maturalnym zamieszkał w Warszawie, pracę dostał zaś w renomowanej klinice profesora M. Weissa w Konstancinie-Jeziornie, profesora, który był prekursorem protezowania na stole operacyjnym.
– To było niesamowite, pacjent po amputacji od razu miał zakładaną protezę, a później był gipsowany i stawiany obok stołu. Co prawda potem okazało się, że to było robione trochę pod publiczkę, i metoda się nie przyjęła. Wtedy dotarło jednak do mnie, że pacjenta można byłoby protezować wcześniej niż po wygojeniu kikuta, stosując chociażby lateks (który przecież nie szkodził noworodkom), używając płynnej żywicy. Żeby to wypróbować sam nakładałem na rękę tego typu preparat by sprawdzić czy nie oparzy – wspominał.
Dzięki temu jednak, że profesor był ortopedą, znał się na rzeczy i z każdej podróży po świecie przywoził wszystkie nowinki dotyczące ortopedycznej profesji, z rzeczami, które teraz są wprowadzane jako standard, pan Marek spotkał się już kilkadziesiąt lat temu.
– W Konstancinie np. jako pierwsi wprowadziliśmy protezy plastikowe. Tymczasem wszędzie używano drewna i skóry. Taka drewnoskórzana była i moja pierwsza proteza. Dlatego wymieniłem ją na plastikową. Sam ją sobie dopasowałem i zrobiłem – mówił.

Gdy nadarzyła się okazja, sam wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie podnosił swoje umiejętności w Prosthetic America Limb w Chicago.
– Zarabiałem tam jak król. W ciągu miesiąca wypłacano mi tyle ile w Polsce nie zarobiłem przez rok. Niestety po dwóch latach musiałem wrócić – mówił.
Potem zaliczył jeszcze pracę w Libii, niedługo.
– Amerykańce wystrzelili rakiety w pobliżu naszego kampu i większości odechciało się takiego zarobku. Tym bardziej, że nie był tak wysoki jak w Stanach. Wróciłem… i w Konstancinie przepracowałem już do emerytury – wspominał.
Gdy przeszedł na emeryturę zachciało mu się wrócić na stare śmieci. Sprzedał mieszkanie w Warszawie i postawił dom w Nadarzynie. Potem go sprzedał i wybudował drugi, w Rzeszowie.
– Ale… nudziłem się, więc postanowiłem wrócić do pracy. Zacząłem w Renie, ale mi się nie podobało. Namówiłem więc na otwarcie zakładu Mariusza Grelę i z kilku chłopakami przeszedłem do niego. Udało się nam stworzyć profesjonalny zakład. Tak dobry, że przyjeżdżają do niego amputowani nie tylko z całej Polski, ale i zagranicy, np. z USA – mówił.