REKLAMA

Super Nowości - Wolne Media! Wiadomości z całego Podkarpacia. Rzeszów, Przemyśl, Krosno, Tarnobrzeg, Mielec, Stalowa Wola, Nisko, Dębica, Jarosław, Sanok, Bieszczady.

śr. 11 marca 2026

Rodzice dzieci niepełnosprawnych chcą swojego rzecznika. „Dla systemu jesteśmy niewidzialni”

Opieka nad dzieckiem z niepełnosprawnościami to praca na cały etat, przez całą dobę. Z zerowym wynagrodzeniem, za to wymagająca stuprocentowego poświęcenia. (Zdj. ilustracyjne/Fot. Pixabay)

Brak informacji do kogo zgłosić się o pomoc, o dostępnych metodach leczenia i przysługujących im świadczeniach, to największy problem dnia codziennego dla 75 proc. rodziców dzieci przewlekle chorych i z niepełnosprawnościami. Pokazują to wyniki ankiety Fundacji Espero – Nadzieja Dla Dzieci, w której wzięli również udział opiekunowie z województwa podkarpackiego. Dużym zmartwieniem są również długie kolejki do specjalistów lub ich brak. Te wyzwania generują kolejne problemy. Z powodu „chorób systemu” opiekunowie dzieci cierpią na bezsenność, depresję, odczuwają lęk i wypalenie. Blisko 9 na 10 pytanych rodziców przyznaje, że w ciągu ostatniego roku przeżyło kryzys psychiczny.

Szansą na zmianę złej sytuacji jest według nich powołanie rzecznika, który zadbałby o ich prawa i potrzeby wraz z nowym, kompletnym systemem wsparcia. Co ich przytłacza?

Średni czas oczekiwania na pierwszą wizytę w poradni dla dzieci z autyzmem w Rzeszowie, w ramach NFZ, wynosi nawet 7 miesięcy. Czas kwalifikacji na terapię zajęciową 4 miesiące.

Aby ominąć kolejkę, można wybrać placówkę prywatną. Godzina terapii indywidualnej to koszt nawet 200 zł. Dla porównania, wysokość zasiłku pielęgnacyjnego to niecałe 216 zł.

W stolicy Podkarpacia w placówkach publicznych pracuje 3 kardiologów dziecięcych specjalizujących się we wrodzonych wadach serca. Za mało w stosunku do potrzeb. Problem jest także z innymi specjalizacjami.

70 proc. rodziców pytanych przez fundację czeka co najmniej 3 miesiące na wizytę u specjalisty. 2/3 przyznaje, że brak terminu wizyty lub brak koordynacji pogorszył sytuację zdrowotną dziecka.

Opieka nad dzieckiem z niepełnosprawnościami? Multitasking to niedopowiedzenie

Opieka nad dzieckiem z niepełnosprawnościami to praca na cały etat, przez całą dobę. Z zerowym wynagrodzeniem, za to wymagająca stuprocentowego poświęcenia. Dzień wyznaczają godziny podawania leków, rehabilitacji, wizyt u specjalistów i reagowania na nagłe pogorszenia stanu zdrowia. Nie dziwi więc, że bardzo często oznacza konieczność rezygnacji z pracy zawodowej lub jej znaczącego ograniczenia, przynajmniej jednego z rodziców. Z danych Ministerstwa Rodziny i Polityki Społecznej oraz Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynika, że zdecydowana większość osób pobierających świadczenie pielęgnacyjne to rodzice, którzy wycofali się z rynku pracy, by sprawować stałą opiekę nad dzieckiem. Tylko nieliczni rodzice mogą pozwolić sobie na pogodzenie opieki nad dzieckiem ze specjalnymi potrzebami z pracą zawodową. To doświadczenie Honoraty Kołtuniak, mamy ośmioletniego Jonasza, podopiecznego Fundacji Espero – Nadzieja dla Dzieci:

– Spektrum dolegliwości syna jest ogromne: wada genetyczna, bezdech senny, spektrum autyzmu, wada wzroku, nerki, serca, obniżone i wzmożone napięcie mięśniowe, brak jednego oskrzela, wymieniając tylko te najważniejsze. Do tego dochodzą problemy gastrologiczne, nietolerancja histaminy. Syn jest pod opieką ponad piętnastu lekarzy różnych specjalności jednocześnie, do tego terapeutów i fizjoterapeutów. Nasza codzienność to ciągłe wizyty lekarskie. Nawet, gdy w grę wchodzą wizyty kontrolne, to przy takiej ilości lekarzy jest ich ogrom. Do tego dochodzi ciągła potrzeba systematycznej rehabilitacji, kilka razy w tygodniu. Był okres, że codziennie od poniedziałku do soboty Jonasz miał zajęcia. Przyznam, że na co dzień bywa ciężko, ale jednak przy dobrej logistyce, dajemy z mężem radę – komentuje Honorata Kołtuniak.

Diagnoza to początek

Bezsilność to uczucie doskonale znane rodzicom chorych dzieci, którzy latami czekają na właściwą diagnozę, a każdego dnia walczą o wizyty u specjalistów.

– Przy stanie zdrowia synka, jesteśmy zmuszeni jeździć za lekarzami po całej Polsce, bo w miejscu, w którym mieszkamy, w nie ma możliwości, abyśmy odbyli potrzebne wizyty, czy wykonali niezbędne badania. Przykładowo, na polisomnografię musimy jeździć kilkaset kilometrów. Do większości lekarzy dojeżdżamy ponad 50 km w jedną stronę. Tu nie chodzi tylko o niewygodę. Takie podróże również są kosztowne – przyznaje Honorata Kołtuniak i dodaje: – System nie działa. W żadnym aspekcie. Nie ma lekarza koordynatora. Głównym lekarzem jest rodzic, to on jest encyklopedią na temat wszystkich dolegliwości dziecka. W naszym wypadku to dwa segregatory różnych badań, kart z wizyt, zaleceń. Jeden specjalista nie wie nic o tym, co zaleca drugi. Powinien być taki system, że jak lekarz „klika” w PESEL dziecka, to wyskakuje mu wszystko. Od wszystkich specjalistów, prywatnych i państwowych. Wszystkie informacje o diagnozach, lekach czy badaniach.

Zdani na siebie

Przez wady systemu limity na świadczenia, długie kolejki do lekarzy, brak specjalistów, rodzice dzieci przewlekle chorych i z niepełnosprawnościami są zmuszeni do szukania pomocy na własną rękę. Poświęcają mnóstwo czasu, by się dokształcać w tematach medycznych. Spędzają długie godziny w sieci, wynajdują kolejne terapie – łapią się wszystkiego, co może pomóc ich dzieciom. Ci z miast wojewódzkich czy większych ośrodków miejskich i tak są w lepszej sytuacji. Chociaż zderzają z długimi terminami wizyt u lekarzy specjalistów, mają do nich ułatwiony dostęp. W wielu regionach Polski brakuje kardiologów dziecięcych, neurologów czy rehabilitantów. Rodzice zmuszeni są do częstych podróży po całym kraju, co generuje dodatkowe koszty i zabiera czas, który mogliby poświęcić dziecku.

Z czasem pojawia się zmęczenie, izolacja społeczna i wypalenie. Badania organizacji pacjenckich wskazują, że rodzice dzieci z niepełnosprawnościami znacznie częściej doświadczają objawów depresji i chronicznego stresu. Jednocześnie mają ograniczony dostęp do systemowej pomocy psychologicznej.

– Codziennym wyzwaniem jest przede wszystkim bycie nie rodzicem – co samo w sobie jest trudne, bo emocjonalnie ciężko nieść to wszystko na swoich barkach – ale bycie lekarzem, sekretarką, dietetykiem, prawnikiem, kierowcą. Ciężko w tym wszystkim jeszcze być po prostu mamą, bo ciężko skupić się na zabawie, mając w tyle głowy te wszystkie niezałatwione sprawy i niewysłane e-maile. Do tego dochodzi kwestia zdobywania środków na leczenie. Często wielu rodziców wysyła setki próśb o wsparcie do firm, prowadzi zbiórki czy prowadzi licytację. Mało jest rodzin jak nasza, które potrafią pogodzić to wszystko ze zwykłym zwyczajnym życiem i pracą – zwierza się Honorata Kołtuniak.

Rzecznik potrzebny od zaraz

W Polsce mamy Rzecznika Praw Dziecka, swojego rzecznika mają również pacjenci. A kto dba o prawa rodziców i opiekunów dzieci z niepełnosprawnościami? – Nikt. Rodzice mogą liczyć na wsparcie takich organizacji jak nasza. Brakuje podmiotu, który reprezentowałby rodziców kluczowych uczestników systemu opieki. Postulujemy powołanie Rzecznika Rodziców i Opiekunów Dzieci z Niepełnosprawnościami, ponieważ rodzice nie potrzebują zastępstwa w opiece i dbaniu o swoje dzieci, lecz partnera – instytucji, która pomoże im poruszać się po systemie, reagować na bariery – komentuje Patrycja Rudnicka, prezes Fundacji Espero – Nadzieja dla Dzieci i dodaje: – Rodziny dzieci z niepełnosprawnościami są dziś przeciążone i pozostawione same sobie. System wsparcia jest rozproszony, a przez co rodzice stają się jedynymi koordynatorami całego procesu leczenia. Chcemy, żeby przestali dźwigać wszystko sami: leczenie, szkołę, rehabilitację, świadczenia, odwołania i walkę z instytucjami.

Na czym miałaby polegać rola rzecznika?

Chodzi o powołanie rzecznika, czyli organu, który interweniuje, wymaga odpowiedzi od szpitali, urzędów, monitoruje przestrzeganie i chroni praw rodziców, inicjuje zmiany legislacyjne oraz dba o to, by pomoc była spójna, przewidywalna i dostępna w praktyce. Rzecznik miałby nadzór nad Centralnym Punktem Koordynacji Wsparcia (CPKW) – jedno miejsce kontaktu, które kieruje sprawę dalej, oraz Wojewódzkimi Punktami Koordynacji Wsparcia (WPKW) – punkty, w których rodzina otrzymuje realne wsparcie zespołu, a nie tylko informację. Patrycja Rudnicka zaznacza, że pomysł jest przemyślany i czytelny dla rodziców, został opracowany również o oparciu o konsultacje z rodzicami:

– Nasz plan przewiduje sześć kroków. Najpierw rodzic zgłasza się do CPKW, online lub poprzez infolinię. Następnie sprawa trafia do punktu koordynacji wsparcia w danych województwie. Rodzina otrzymuje koordynatora, czyli osobę, która pomaga „przejść przez system”: planuje kroki, pilnuje terminów i wspiera w kontaktach ze szpitalami, klinikami, oraz Indywidualny Plan Wsparcia – IPW. W kolejnym kroku koordynator uruchamia wsparcie prawne i/lub psychologiczne. Z naszych doświadczeń wynika, że wsparcie w pisaniu odwołań, pism w obronie praw rodziców i dziecka oraz w sporach ze szkołą czy instytucjami jest często potrzebne. Nieco mniej niż połowa naszych ankietowanych w ciągu ostatnich dwóch lat przynajmniej raz składała odwołanie od wydanej decyzji. Wsparcie psychologiczne również jest niezbędne, bo gdy choruje dziecko, choruje cała rodzina. W sprawach pilnych uruchamiana jest interwencja. Jeżeli dana instytucja, która ma zająć się leczeniem dziecka, nie współpracuje – sprawa trafia do Rzecznika – wyjaśnia Patrycja Rudnicka.

Co o pomyśle myślą rodzice i opiekunowie?

Przeszło 90 proc. osób biorących udział w ankiecie Fundacji Espero, w tym rodzice z woj. podkarpackiego, popiera utworzenie takiej inicjatywy i zaproponowanego przez organizację systemu wsparcia.

Taka instytucja jest potrzebna. Jednak zakres jej działania i pomocy jest tak obszerny, że nie może to być jednoosobowa struktura. Rodziców trzeba odciążyć, zdjąć z nich obowiązki, które powinny należeć do innych, chociażby lekarzy. Każdy z rodziców powinien mieć swojego koordynatora. Do tego potrzebne są zmiany w systemie elektronicznym. Lekarz powinien mieć coś na wzór IKP pacjenta. Każdy specjalista powinien mieć wymóg wpisywania tam swoich wytycznych, diagnoz, zaleceń. Z rodziców powinno się zdjąć jak najwięcej obowiązków, od załatwiania orzecznictwa, po zdobywanie informacji o lekach, by jak najwięcej czasu mogli poświęcić po prostu na bycie rodzicem – podpowiada Honorata Kołtuniak.

Udostępnij

FacebookTwitter