
Rozmowa z MACIEJEM KOPERSKIM, rozgrywającym GKS-u Tychy.
KOSZYKÓWKA. I LIGA
– GKS Tychy wygrywa w Łańcucie 80:71 czyli można w pana przypadku powiedzieć zwycięski powrót na Podkarpacie?
– Tak, ten powrót bardzo cieszy, a zwycięstwo smakuje podwójnie. Cała liga wie, jak trudno gra się w Łańcucie – zresztą Sokół to wymagający rywal na każdym terenie. Zostawiliśmy dziś na parkiecie mnóstwo zdrowia i serca. Wielkim plusem jest to, że nie spuściliśmy głów w drugiej kwarcie, kiedy nasz atak całkowicie się zaciął. Myślę, że kibice nie żałowali przyjścia na mecz, bo działo się naprawdę dużo.
– Po bardzo dobrej pierwszej kwarcie, w drugiej zdobyliście tylko osiem punktów, trafiając zaledwie trzy rzuty z gry…
– Sokół postawił obronę strefową, a my graliśmy zbyt statycznie i bez odpowiedniego tempa. Rywale byli na to przygotowani i zanotowali sporo przechwytów. Do tego doszedł brak skuteczności – mieliśmy pięć lub sześć czystych pozycji, których nie udało się wykorzystać. Gdybyśmy trafili choć połowę z nich, ta kwarta i cały mecz wyglądałyby zupełnie inaczej. Najważniejszy jest jednak końcowy wynik.
– Później przejęliście inicjatywę i w waszej grze widać było duży spokój.
– Tak, nawet gdy Sokół zanotował serię i zbliżył się na trzy punkty, trzymaliśmy się założeń ustalonych w szatni. To zwycięstwo wyszarpaliśmy obroną. Sokół to bardzo ofensywny zespół, więc zatrzymanie ich na poziomie 71 punktów to duży sukces. W takim meczu atak był sprawą drugorzędną.
– GKS Tychy w pierwszym meczu wygrał jednym punktem z zespołem z Łańcuta, teraz kolejna wygrana więc ten bilans jest na plus, co może mieć znaczenie na koniec sezonu…
– To na pewno cieszy w kontekście ewentualnego rozstawienia. Jednak sezon jest długi, przed nami jeszcze wiele kolejek, a ta liga jest niezwykle nieprzewidywalna – każdy może wygrać z każdym. Dlatego na razie nie skupiam się na tabeli.
– Po półtora roku gry w Rzeszowie wrócił pan do Tychów, gdzie czuje się chyba bardzo dobrze?
– Na pewno tak. Świetnie współpracuje mi się z trenerem Tomaszem Jagiełką, a ponieważ znałem już jego system, proces aklimatyzacji był bardzo krótki. Zależało mi też na tym, by być blisko Rzeszowa, stąd decyzja o przejściu do GKS-u Tychy, bo jednak poza Łańcutem to jest najbliższe miasto w pierwszej lidze od Rzeszowa. Myślę, że taka decyzja musiała zostać podjęta. Ja się na pewno bardzo cieszę. Szczególnie, że jako drużyna wygrywamy i robimy postępy, a że już te gorsze momenty mamy za sobą.
– W pana grze widać duży entuzjazm, czyli zmiana otoczenia dała nową energię?
– Zmiany bywają ryzykowne, ale w tym przypadku wyszły mi na dobre – odzyskałem radość z gry. Drużyna od początku mocno mnie wspierała, co było super i bardzo ułatwiło mi wejście do zespołu. Jednak wydaje mi się, że po części tak samo się cieszyłem koszykówką w Resovii. W moim odczuciu troszkę nie mogłem pokazać gdzieś tam w pełni swoich możliwości z różnych powodów. Myślę, że w tym część mojej winy też jest na pewno. To jednak przeszłość, którą odciąłem grubą kreską. C cieszę się tym, co się teraz. Mam nadzieję, że jeszcze będzie kiedyś okazja wystąpić w barwach Resovii. Dla mnie to był bardzo duży zaszczyt grać dla tak licznych kibiców i dla tej organizacji. Teraz skupiam się jednak wyłącznie na wygrywaniu dla Tychów.
– Czy GKS Tychy może stać się taka rewelacją sezonu, jak to miało miejsce dwa sezony temu z pana udziałem?
– Mam taką nadzieję. Na pewno mamy do tego ludzi i warunki. I myślę, że jeżeli przełożymy to wszystko na ciężką pracę i cały ten kolektyw pójdzie do przodu, to myślę, że możemy być czarnym koniem tej drugiej rundy. Warto podkreślić, że gramy bez obcokrajowca, udowadniając, że polski skład potrafi wygrywać z czołówką ligi.
PRZECZYTAJ TEŻ: Dariusz Kaszowski, trener Solvera Sokoła: to nie był nasz dzień
