
Rozmowa z Szymonem Kądziołką, pomocnikiem Stali Rzeszów. Zawodnik biało-niebieskich opowiedział nam o okolicznościach porażki z Wisłą Kraków. – Z nieba do piekła. Już kolejny raz mamy identyczną sytuację, że tracimy prowadzenie, choć teraz było lepiej, bo prowadziliśmy do przerwy. Robimy głupie błędy, musimy wyciągać wnioski i nie możemy ich więcej popełniać – komentuje ofensywny pomocnik, którego gol nie wystarczył, by Stal choćby zapunktowała w starciu z liderem.
PIŁKA NOŻNA. BETCLIC 1. LIGA
– Wydawało się, że po pierwszej połowie Wisła była w waszym zasięgu. Po zmianie stron wyszła po prostu jakość przeciwnika?
– W pierwszej połowie, pomimo przewagi Wisły, stwarzaliśmy sytuacje. W drugiej było widać zjazd – Wisła zbierała wszystkie drugie piłki, była szybsza i to przełożyło się na jej wygraną.
– Zdobyłeś bramkę niczym napastnik, wbiegając za linię obrony. Cała akcja i finalizacja – wzorcowe.
– Jonathan zabrał „gościa”, ja się wciąłem, „Łysiu” (Karol Łysiak – red.) dał idealną piłkę, a potem było dobre przyjęcie i wykończenie. Niestety, po tej bramce niewiele było już pozytywów.
– Patrząc na twój występ, byłeś jednym z liderów Stali. Co się stało, że musiałeś jeszcze przed przerwą opuścić murawę?
– Wydaje mi się, że tak – byłem ważnym ogniwem tej drużyny, czułem, że musiałem to pociągnąć jako lider, bo mam już ponad 80 meczów w 1. lidze. A co do mojego zejścia – mam bardzo duży obrzęk w okolicach kostki. Przeszkadzało mi to w grze, nie byłem gotowy na sto procent i nie wniósłbym dużo do zespołu.
– Wisła prowadziła grę, ale do twojej bramki graliście jak równy z równym. Wrażenie robiło zwłaszcza wyjście spod pressingu Wisły. Graliście swobodnie, jakby bez myślenia o renomie rywala.
– Podeszliśmy do tego meczu jak do każdego innego – z czystą głową. Nie patrzyliśmy na to, że to lider. To prawda, w tym meczu lepiej wychodziło nam wyjście spod pressingu, w poprzednich spotkaniach było z tym gorzej.
– Mówiłeś, że chciałeś być liderem. Ta chęć wyszła po rozmowie z trenerem, który powiedział ci: Szymon, to jest twój czas, musisz kreować grę zespołu i poprowadzić ją do zwycięstwa?
– Nie. Mam wrażenie, że każdy powinien sobie coś takiego nakreślić, żeby to nie wychodziło od trenera. Każdy powinien chcieć być liderem i ciągnąć zespół.
– Zgodzisz się ze mną, że niepotrzebnie mocniej cofnęliście się po twojej bramce?
– Bardziej wynikało to z tego, że chcieliśmy uspokoić grę, zejść niżej i złapać oddech. To też mogło szybko zaowocować, bo po odbiorze Jonathan oddał groźny strzał.
– Podsumowując – Wisła chyba nie była taka straszna, jak ją malują?
– W porównaniu do Wisły z jesieni – nie ma się czego bać (uśmiech).
