
20 lat temu doszło do jednej z największych tragedii w powojennej Polsce – zawalenia się hali Międzynarodowych Targów Katowickich. Jan Jafernik, były ratownik górniczy, w rozmowie z Medonetem wspomina dramatyczne chwile, gdy wraz ze swoim zastępem brał udział w akcji ratunkowej. Jak podkreśla, choć uczestniczył w wielu niebezpiecznych interwencjach, ta była wyjątkowa pod każdym względem.
W dniu katastrofy Jafernik przejeżdżał obok hali, gdzie odbywała się wystawa gołębi. Wspomina, że tego dnia wiele osób opuściło budynek, by obejrzeć konkurs skoków Adama Małysza. W momencie zawalenia się dachu w środku mogło przebywać nawet 1,5 tys. osób. Około 17.15 ratownicy otrzymali sygnał alarmowy i natychmiast ruszyli na miejsce tragedii, gdzie panowały ekstremalne warunki pogodowe — temperatura spadła do –20 st. C.
Po dotarciu na miejsce ratownicy zastali chaos, panikę i przerażenie. Jafernik relacjonuje, że tuż przy wejściu znajdowały się pierwsze ofiary śmiertelne, a wokół rozgrywały się dramatyczne sceny. Wspomina, że początkowo nie zdawali sobie sprawy ze skali katastrofy, a pierwsze godziny akcji przebiegały w ogromnym pośpiechu, bez ustalonych procedur. Dopiero po godzinie 19.00 utworzono sztab i podzielono teren na sektory, co pozwoliło na bardziej zorganizowane działania.
Współpraca służb i dramatyczne decyzje
Współpraca pomiędzy ratownikami górniczymi a strażakami była kluczowa dla przebiegu akcji. Jafernik podkreśla, że każda ze służb dysponowała innym sprzętem, który okazał się niezbędny w trudnych warunkach. Ratownicy górniczy mieli doświadczenie w akcjach zawałowych, natomiast strażacy korzystali z poduszek powietrznych do podnoszenia ciężkich elementów konstrukcji. Wspólnie wyciągali poszkodowanych spod gruzów, a strażacy przenosili ciała do punktu zbiorczego.
Wspomina także o młodych strażakach ze Szkoły Oficerskiej Pożarniczej w Częstochowie, którzy pomagali w akcji, choć byli wyraźnie przerażeni. Jafernik tłumaczył im, że muszą wyciągać ciała ofiar, bo to ich obowiązek, a nie mogą już im zaszkodzić.
Najtrudniejsze momenty akcji
Jednym z najbardziej dramatycznych aspektów akcji były dzwoniące telefony przy ciałach ofiar.
Jafernik mówił, że na ziemi leżały zwłoki, a obok rozdzwaniały się telefony z wyświetlającymi się imionami bliskich. Podkreślał, że nie mógł odbierać tych połączeń, bo od tego były służby z psychologami, które już jechały na miejsce. To doświadczenie określił jako wyjątkowo traumatyczne.
W trakcie akcji ratownicy musieli zmagać się nie tylko z gruzami, ale także z ekstremalnym mrozem. Jafernik na łamach Medonetu wspomina sytuację, gdy znaleźli kobietę, która rozebrała się do bielizny, by okryć wnuczkę i uratować jej życie. Dzięki temu dziecko przeżyło, ale kobieta zmarła z wychłodzenia. Według Jafernika był to akt heroizmu, bo kobieta musiała zdawać sobie sprawę, że nie przeżyje.
Symboliczny koniec akcji
Nad ranem, gdy akcja ratunkowa dobiegała końca, zarządzono ciszę, by sprawdzić, czy pod gruzami są jeszcze żywi. Po godzinie nasłuchiwania stało się jasne, że nie ma już szans na odnalezienie ocalałych.
Wtedy, jak wspomina Jafernik, w ciszy rozległo się pianie koguta, co dla wszystkich obecnych stało się symbolicznym znakiem zakończenia walki o życie.
Po zakończeniu akcji ratownicy wrócili do bazy, choć jeszcze przez kilka godzin trwały poszukiwania ciał.
Jafernik przyznaje, że przez długi czas po tragedii obrazy z tamtej nocy wracały do niego podczas codziennych przejazdów w okolicach Chorzowa. Wielu jego kolegów korzystało z pomocy psychologów, on sam jednak radził sobie samodzielnie, choć niektóre sceny powracają w snach.
Wnioski i zmiany po tragedii
Katastrofa hali MTK przyniosła nie tylko ogromne straty, ale także ważne zmiany w systemie ratownictwa. Po akcji podpisano porozumienie między Państwową Strażą Pożarną a Centralną Stacją Ratownictwa Górniczego, co zaowocowało powstaniem wspólnych grup ratowniczo-poszukiwawczych i wspólnymi szkoleniami. Jafernik podkreśla, że choć ratownicy górniczy mieli doświadczenie z zawalisk w kopalniach, to właśnie ta akcja była wyjątkowa pod każdym względem.
Państwo doceniło wysiłek ratowników, przyznając im odznaczenia, w tym — jak wspomina Jafernik — złotego gołębia z czarną szarfą od Polskiego Związku Gołębiarskiego, który do dziś ceni najbardziej.
Czytaj cały wywiad Medonetu: https://www.medonet.pl/choroby-od-a-do-z/urazy-i-stany-nagle,byl-ratownikiem-w-zawalonej-hali–babcia-zamarzla-na-smierc-ratujac-wnuczke,artykul,00937875.html
Dlaczego doszło do katastrofy?
Katastrofa budowlana na terenie Międzynarodowych Targów Katowickich miała miejsce 28 stycznia 2006 roku podczas ogólnopolskiej wystawy gołębi pocztowych. W czasie katastrofy w hali znajdowało się około 700 osób, zwiedzających i wystawców. W jej wyniku zginęło 65 osób, a ponad 170 zostało rannych. Wśród ofiar śmiertelnych znalazło się 10 cudzoziemców – Czesi, Słowacy, Niemcy, Belg, Węgier oraz Holender. Była to największa tego typu katastrofa budowlana we współczesnych dziejach Polski.
Istniała hipoteza, że powodem zawalenia się dachu mogła być gruba, nieusuwana regularnie warstwa śniegu przekształcającego się od spodu w warstwę lodu. Pracownicy hali donoszą, że było go aż 1,5 metra. Powodem zawalenia się dachu mogły być błędy konstrukcyjne i wykonawcze, co sugerowały osoby biorące udział w przygotowaniu stoisk wystawowych w czasie innych, wcześniejszych targów.
Większa część elementów nośnych została źle zaprojektowana, co przy dodatkowym obciążeniu śniegiem i wiatrem spowodowało przekroczenie nośności. Część połączeń została wykonana nieprawidłowo (np. połączenia na jedną śrubę nie do końca dokręconą), co w efekcie spowodowało zniszczenie połączenia i runięcie dachu. Konstruktor źle przyjął schematy statyczne do obliczeń (nie uwzględnił tzw. worków śnieżnych), na skutek czego cały szkielet od początku był skazany na zniszczenie. Biegli ustalili także, że wykonanie niektórych elementów pozostawiało wiele do życzenia (np. blachy łączące czterogałęziowy słup nie zostały przyspawane na pełny przetop), co w połączeniu ze wszystkimi błędami popełnionymi przez konstruktora musiało zakończyć się katastrofą.
Innym błędem było wadliwe zaprojektowanie wielogałęziowych słupów, w których nie przewidziano głowicy, lecz montowano poszczególne dźwigary do pojedynczych gałęzi słupów. Nie zastosowano też stężeń połaciowych i pionowych, przez co nie zapewniono połaciom dachowym odpowiedniej sztywności, a elementom ściskanym stateczności.
W raporcie przekazanym prokuraturze na początku maja 2006 roku powołani przez nią biegli podali jako powód katastrofy zmiany dokonane w projekcie wykonawczym w porównaniu do projektu budowlanego. Zmiany te polegały na zmniejszeniu liczby wsporników oraz innych elementów wzmacniających. Biegli mieli także sporo problemów z ustaleniem, kiedy projekt oficjalnie został przekazany władzom. Z udostępnionych informacji wynika, że budowa ruszyła zanim projekt trafił do urzędu. Z nieoficjalnych źródeł można się było także dowiedzieć, że konstruktor ograniczył swoją wiedzę do ślepego zatwierdzania kolejnych obliczeń, o czym może świadczyć na przykład różnica w klasie stali projektu wykonawczego i tego, z którym zapoznali się biegli.
Zdaniem biegłych katastrofa mogła nastąpić w każdej chwili, natomiast obciążenie dachu śniegiem było bezpośrednią przyczyną zawalenia się osłabionej przez projektanta konstrukcji dachu.
Wyniki tej ekspertyzy zostały potwierdzone przez prof. inż. Antoniego Biegusa z Politechniki Wrocławskiej w listopadzie 2006 roku.
Źródło: Wikipedia
