
Odwiedziłem ostatnio mój rodzinny Przemyśl i spotkałem siedzących tam na nadsańskiej ławce moich dawnych znajomych, kilku starszych panów, którzy od lat zbierają się w tym miejscu w pogodne dni, czytają tradycyjne gazety i komentują naszą rzeczywistość. Pisałem już kiedyś o nich, więc i tym razem zaprosili mnie na chwilę do swego grona i oznajmili, że mają dla mnie temat wyjątkowy, który aż się prosi, by znalazł się w felietonie. Tym bardziej, że jest to sprawa łącząca w sobie zarówno plusy, jak i minusy, przy czym – jak to określili – „plusy często mają swoje minusy, a minusy swoje plusy”. Opowiedzieli o co chodzi, ja to zapisałem i poniżej przedstawiam.
Okazuje się, że nasz kraj należy obecnie do unijnych liderów pod względem spadku spożycia alkoholu, co podał „Puls Biznesu” na podstawie badań Eurostatu. W Polsce codzienne picie alkoholu deklaruje – nie do wiary – zaledwie 0,5 proc. ankietowanych. Do cotygodniowego picia przyznaje się niecałe 3 proc., a raz w miesiącu po alkohol sięga 17 proc.
Sporadycznie kieliszek wychyla 44,6 proc. badanych, a 35 proc. deklaruje całkowitą abstynencję. Na tle UE, gdzie alkohol pije codziennie 5 proc. ludności, wypadamy jakby sporo z nas miało obowiązkowo wszyty esperal. Nie wdając się już w wyliczanie innych danych w tej dziedzinie dodam tylko, że odsetek osób sięgających po alkohol codziennie należy w Polsce do najniższych w Europie. Mniejszy, bo tylko 0,4 proc., jest jedynie na Litwie. Bardzo dobra wiadomość jest ponadto taka, że także coraz więcej młodych ludzi całkiem rezygnuje z alkoholu. Czyli brawo my!
Ale tu, niestety, wyłania się inny problem, który nie jest już tak optymistyczny. Wyraźny i systematyczny spadek spożycia alkoholu staje się bowiem coraz większym problemem dla fiskusa. Nie trzeba nikogo przekonywać, że im mniej pijemy, tym Skarb Państwa jest biedniejszy, bo dochody gorsze. Dane wykazują, że zyski z picia alkoholu spadają w ostatnich latach na łeb i szyję, a to oczywiście staje się coraz większą zgryzotą dla naszego fiskusa. Obniżenie spożycia, widoczne szczególnie wśród młodszego pokolenia, najdotkliwiej odczuwa branża rozrywkowa. A jak zaczynają spadać dochody, to nawet w branży rozrywkowej nie ma już takiej radości ani rozrywki, jak to jeszcze drzewiej bywało, choćby za słusznie minionych czasów PRL, w których na brak zysków z drinkowania nie mógł narzekać żaden zainteresowany.
Obecnie w Polsce najwięcej alkoholu wypijają mężczyźni w wieku 40-59 lat. Młodzi zrezygnowali, starsi wyhamowali i np. moi sympatyczni emeryci zasiadający na wspomnianej ławce nad Sanem, alkoholu prawie już nie używają.
– I teraz niech pan popatrzy – podsumowali moi rozmówcy. – Młodzi nie niszczą sobie zdrowia, więc mogą żyć długie lata, zaś starzy dzięki abstynencji mają szanse na osiąganie wieku wyjątkowo sędziwego. A zatem sytuacja wygląda teraz mniej więcej tak, że gospodarka traci na zmniejszonej sprzedaży alkoholu, w Polsce przybywa emerytów, których już obecnie jest blisko 6,4 miliona, czyli o 100 tys. więcej niż przed rokiem i wszystkim trzeba płacić emerytury. Całe szczęście, że są jeszcze w kraju patrioci, m. in. wśród niektórych polityków i posłów, którzy dla dobra ojczyzny nie rezygnują z picia, dając dobry przykład – zaśmiali się moi rozmówcy. A ktoś dodał, że nawet prezydent Nawrocki ma w tym swój spory udział, bo jak się go słucha, to nachodzi nas ochota, by wspomóc fiskusa.
