
„Nie piszę, tylko czytam i słucham. A potem myślę, że ci, co chwilę powołujący się na naród, religię i biało-czerwoną mają to wszystko w głębokiej pogardzie. A wierny chór jeszcze nie słyszy, że fałszuje” – napisał Wojciech Mann, wspaniały dziennikarz, któremu w sercu gra głównie muzyka, ale widocznie musiało go nieźle wpienić to, co dzieje się teraz w Polsce, więc napisał taki komentarz w swym niepowtarzalnym stylu.
Coraz częściej spotykam ludzi, którzy przestali przede wszystkim oglądać TV. I nie chodzi tu wcale o stacje, które telewizją są tylko z nazwy i nie zatrudniają dziennikarzy, lecz funkcjonariuszy skrajnej prawicy, ale o wszystkie media. Nawet te, które nadają szczerą prawdę o tym co dzieje się w Polsce. Telewidzowie ci doszli bowiem do wniosku, że czytanie, słuchanie i oglądanie bieżących wydarzeń może być niebezpieczne dla zdrowia normalnych ludzi.
Najpierw głośno było o politykach, którzy po chamsku wyrażają się o kobietach. Prym wiódł wtedy Sławomir Mentzen z Konfederacji, który najpierw sponiewierał dziewczyny biorące udział w ćwiczeniach wojskowych, mówiąc stanowczo, że do takich zajęć „kobiety się nie nadają”. Potem wykpił policjantki, aż wreszcie wykazał się grubiaństwem w rozmowie z wiceministrą obrony Magdaleną Sobkowiak-Czarnecką na temat ewentualnego udziału w ćwiczeniach „wGotowiści”, będąc wyjątkowo gburowaty, co jeszcze wzmagał trzymając w kieszeniach łapy. Szybko jednak okazało się, że Menzen w tej dziedzinie wyraźnie ustępuje prezydentowi Nawrockiemu, który wdzierając się bezprawnie do Trybunału Konstytucyjnego naruszył nietykalność Anny Korwin-Piotrowskiej, a podczas posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Narodowego mówił o dzielnej sędzi per „pani dwojga nazwisk”.
W ostatnich dniach w polityce naszego kraju mieliśmy tak wiele różnych zdarzeń, że nie mam tu miejsca na wymienienie nawet połowy, ale muszę napisać, iż z tego powodu nagle zaczęła umykać nam sprawa najważniejsza. Czyli to, że walcząca o powrót do władzy prawica nawet nie kryje się już z zamiarem wyprowadzenia Polski z UE. Wyraźnie powiedział to Jarosław Kaczyński podczas Forum Krynica 2026, namawiając do „możliwości rozpoczęcia negocjacji dotyczących wyjścia z Unii Europejskiej”.
Na szczęście zdecydowana większość Polaków była i jest tym oburzona, słusznie uważając, że polexit byłby dla naszego kraju gigantyczną katastrofą. Ale tych słów prezesa nie wolno lekceważyć. Wystarczy spojrzeć na „słitfocię” Kaczyńskiego z Grzegorzem Braunem podczas protestu przed Trybunałem Konstytucyjnym, by nie ignorować tej wypowiedzi. Na tym wymownym zdjęciu typu sweet focia lub selfie prezes miał tak radosną minę, jakby siedział nad talerzem rosołu na przyjęciu u Julii Przyłębskiej, a nie stał obok faszysty z prokuratorskimi zarzutami.
Należy też pamiętać, że wrogość do UE pisowcy mają niejako w swych politycznych genach. Już w 2015 r., gdy obejmowali władzę, to przypadającą wówczas 60. rocznicę zatwierdzenia flagi europejskiej przez Komitet Ministrów Rady Europy uczcili… sprzątnięciem unijnych flag z sali konferencyjnej premier Beaty Szydło. Trzeba więc ich ostrzec, że sama flaga ma inspirację chrześcijańską. Kiedyś była z wizerunkiem Matki Boskiej, której głowę na lazurowym tle okalało 12 złotych gwiazd. A zatem po wyrzuceniu takiej flagi trzeba od razu iść do spowiedzi, bo symbolizuje ona także harmonię między narodami. I objaśnić im, że harmonia to nie jest to samo, co akordeon.