
Mecze Mai Chwalińskiej w Paryżu to nie tylko wielkie przeżycia sportowe i duma ze wspaniałej gry naszej tenisistki. To także konkretna korzyść dla milionów telewidzów, nawet tych, którzy nie interesują się sportem, gdyż przez trzy tygodnie nasza sympatyczna rodaczka dominowała w mediach, dzięki czemu na dalszy plan spadali smętni politycy, a także ich sejmowe burdy, za co pani Mai należą się kolejne podziękowania.
Może właśnie z tego powodu mogło umknąć nam w sumie błahe wydarzenie, o którym jednak głośno warczeli opozycyjni krzykacze. To dość zabawna i wymowna zarazem sprawa dotycząca… siana! Oto kraj obiegła bulwersująca wiadomość, podana przez prawicowe komunikatory, nazywające siebie stacjami telewizyjnymi, że stołeczny ratusz zakupił w Niemczech siano dla zwierząt roślinożernych przebywających w warszawskim ZOO. Zamówił je prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski, któremu ten ogród podlega. Hałaśliwy alarm w tej niezmiernie ważnej politycznie zwierzęcej sprawie podniósł też oburzony tym zakupem europoseł PiS Patryk Jaki. W polskim ZOO niemieckie siano? Skandal nad skandale!
Prezydent Trzaskowski, wywołany tą jakże wielce patriotyczną postawą opozycji, odniósł się zatem do sprawy siana. „To może nie mieścić się w głowach prawicowych śledczych, ale nie wszystkie zwierzęta są zwierzętami naturalnie występującymi w Polsce i żeby odżywiać je zgodnie ze swoimi potrzebami muszą jeść taką żywność, która im nie zaszkodzi. Byłbym zachwycony, gdyby żyrafy i bongo (duże antylopy z Afryki – przyp. JM) jadły ze smakiem polski żurek. Niestety, wolą lucernę, której najlepszą jakość zapewniają kraje z południa Europy i stamtąd pochodzi również produkt zakupiony przez nasze ZOO” – tłumaczył Trzaskowski. Wyjaśnił też, że Niemcy były jedynie krajem tranzytowym, a nie źródłem pochodzenia zamówionej paszy, która w Niemczech nie rośnie, ale skąd opozycja ma o tym wiedzieć.
Do problemu, który tak bardzo wzburzył europosła PiS oraz bliskie mu media, ustosunkowało się także warszawskie ZOO, cierpliwie objaśniając, że już w tym roku zakupiło 90 ton siana od polskiego rolnika, ale niektóre zwierzątka wymagają także innego pożywienia, które trzeba sprowadzić z zagranicy, bo u nas niestety też go nie ma.
Co zatem robić, kiedy zwierzę pochodzące z klimatu tropikalnego mieszka w polskim ZOO i nie lubi np. bigosu? Chcąc to sprawdzić zerknąłem do wypowiedzi pracowników ogrodu we Wrocławiu, bo w tym mieście teraz pomieszkuję. I okazało się, że niektórych produktów nijak nie da się zastąpić polskimi odpowiednikami.
Oto kilka przykładów. Takie dajmy na to mrówniki, pochodzące z Afryki, w naturze żywią się głównie tamtejszymi gatunkami mrówek i termitów, które Polskę omijają z daleka. Ponadto zwykłe renifery muszą dla zdrowia dostawać chrobotek reniferowy, tj. specjalny rodzaj grzybów, które specjalnie dla nich sprowadzane są ze Szwecji. Nie mówiąc już o kotikach, ssakach morskich z odległych stron, dla których kalmary przywozi się aż z Kalifornii. Z daleka, ale nie z Niemiec, jak to oschłe siano, choć nasz zachodni sąsiad był tylko pośrednikiem. Bo chyba wiadomo, że nawet dystrybutor, jeśli jest w Niemczech, to i tak bliżej nam do Kalifornii, czy Afryki. Jaki wie najlepiej, jaki jest tego powód, a w ogóle to tak go to siano ubodło, jakby coś go z nim bliżej łączyło.
Jest takie polskie przysłowie: „Mieć siano w głowie”, potocznie znane też jako „fiu-bździu w głowie”. Nie wiem dlaczego, ale jakoś właśnie teraz mi się to przypomniało.
