
Stosowanie weta przez prezydenta Karola Nawrockiego stało się już tak nagminnym narzędziem jego politycznej walki z rządem Donalda Tuska, że właściwie żaden kolejny tego typu sprzeciw nikogo nie powinien zaskoczyć. Wiadomo przecież, że w ilości wet jest on zdecydowanym i niechlubnym rekordzistą, który w tej dziedzinie pobił wszystkich swoich poprzedników w III RP. Ale w głowie się nie mieści, jak w głowie głowy państwa mógł zrodzić się pomysł zawetowania rządowej ustawy zwanej „lex szarlatan”, który nadal odbija się gromkim echem wśród normalnych ludzi. Wprawdzie tym razem Nawrocki nie zastosował weta, ale skierował ten ważki akt prawny do tzw. Trybunału Konstytucyjnego, co w praktyce oznacza to samo.
Ustawa zaś miała zakazać stosowania praktyk pseudomedycznych, które zagrażają zdrowiu i życiu pacjentów. Dotyczy to zwłaszcza najcięższych chorób, w tym onkologicznych. „Trudno w to uwierzyć, ale Karol Nawrocki zablokował ustawę chroniącą pacjentów przed oszustami, wyłudzeniami i groźnymi niesprawdzonymi terapiami. Zamiast stanąć po stronie chorych, stanął po stronie szarlatanów” – napisał Donald Tusk.
Wcześniej w Pałacu Prezydenckim pojawił się niejaki Jerzy Zięba, propagator pseudonauki, naturopatii i medycyny niekonwencjonalnej, który głosi groźne dla życia poglądy, ostro krytykowane przez ekspertów ze świata medycyny. Wprawdzie rzecznik prezydenta Rafał Leśkiewicz przyznał potem, ze spotkanie było błędem i nie wpłynęło na decyzję prezydenta, ale przecież była ona całkowicie zgodna z tym, co plecie Zięba i tym podobni szarlatani, a to stanowi skalę szarlatanerii niespotykanej już teraz nigdzie w Europie. U nas zaś, za sprawą prezydenta i jego doradców, różni szamani przez nich szanowani nadal mogą naciągać i uśmiercać ludzi.
„Czarodziejskie czaszki, tybetańskie gorsety i podejrzane ziółka, to tylko jedne z wielu propozycji na alternatywne leczenie raka” – ostrzega psycholożka Adrianna Sobol, choć to wcale nie jedyna „terapia”, bo inni naciągacze każą pić mocz i tym podobne „leki”, stosując także dożylne wlewy podejrzanych substancji. Pamiętamy też, jak egzorcysta ks. Michał Olszewski wypędzał demony wegetarianki przy pomocy salcesonu. Skandal i zgroza!
Tymczasem Nawrocki proponuje własną ustawę typu „lex szarlatan”, według której jakiś szaman dopiero wtedy podlegałby karze, gdyby na skutek jego działania ktoś zszedł z tego świata. Henryk Sawka, znany rysownik i satyryk, trafnie i drwiąco porównał to w „Szkle kontaktowym” do zasad obowiązujących w b. ZSRR, gdzie tytuł „Bohatera Związku Radzieckiego” najchętniej przyznawano pośmiertnie.
Ale o czym ja tu w ogóle piszę? Przecież to aż cuchnie zacofaniem na poziomie troglodytów. Tyle tylko, że głównym celem tych niecnych poczynań jest też, a może przede wszystkim, szukanie nowych wyborców, głównie w obu Konfederacjach i ogólnie w całej skrajnej prawicy. Należy jednak dodać, że Nawrocki ma do dyspozycji ponad 700 doradców(!) i pod tym względem też jest rekordzistą Polski. Dla porównania – Andrzej Duda miał ok. 200 doradców, a Lech Kaczyński 91. Inni jeszcze mniej, albo wcale.
Gdyby zatem Karol Nawrocki sam podejmował takie decyzje, jak tę dotyczącą „lex szarlatan”, nikogo by specjalnie nie zdziwił. Zdumiewa jednak fakt, że czyni to mając aż 700 doradców, których albo nie słucha, albo ich mieć nie powinien, bo wyraźnie widać, że bardziej kadzą, niż radzą.
