REKLAMA

Super Nowości - Wolne Media! Wiadomości z całego Podkarpacia. Rzeszów, Przemyśl, Krosno, Tarnobrzeg, Mielec, Stalowa Wola, Nisko, Dębica, Jarosław, Sanok, Bieszczady.

sob. 24 lutego 2024

Edward Marszałek: nie da się przewidzieć, kiedy z połonin przyjdzie wołanie o pomoc…

Edward Marszałek, najsłynniejszy leśnik z Podkarpacia
EDWARD MARSZAŁEK, mgr prawa, dr n. leśnych, ratownik ochotnik w Grupie Bieszczadzkiej GOPR (obecnie w stanie pozasłużbowym), rzecznik prasowy Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Krośnie, przewodnik beskidzki, prezes Stowarzyszenia Kulturalnego „Dębina” w Krościenku Wyżnym, redaktor naczelny miesięcznika „Dębina” Kolekcjoner, artysta, autor i redaktor kilkuset artykułów oraz wielu książek m.in. „Las pełen zwierza”, „Wołanie z połonin”, „Leśne opowieści z Beskidu”, „Lutek co miał szałas na połoninie”.

16 grudnia 1961 r. w księdze interwencji bieszczadzkiej grupy GOPR pojawił się pierwszy zapis. Informował o 19-latce, która w trakcie treningu narciarskiego uszkodziła nogę. Ratownik opatrzył ją i odprowadził do szosy, skąd odjechała… furmanką do szpitala. Kolejne karty zaczęły zapełniać o wiele bardziej poważne, a nierzadko dramatyczne relacje z górskich akcji.

Tekst ukazał się w Super Nowościach w grudniu 2021 r. Publikujemy go z okazji obchodzonego 10 sierpnia Dnia Przewodników i Ratowników Górskich.

O tym, z jakimi ekstremalnymi trudnościami od ponad 60 lat mierzą się bieszczadzcy ratownicy opowiada EDWARD MARSZAŁEK, dr n. leśnych, ratownik ochotnik w Grupie Bieszczadzkiej GOPR i rzecznik Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych.

– Swoją przygodę z GOPR-em zaczął Pan dość nietypowo…

– Nieco inaczej niż moi koledzy w tamtym czasie, bo na akcje ratunkowe chodziłem, zanim jeszcze przystałem do GOPR. Mieszkałem w Mucznem, gdzie kolega leśnik, Antoni Derwich, prowadził punkt ratunkowy. Gdy trzeba było, szedłem z nim w góry.

Zwyczajowo takim nie-ratownikom za każdy udział w akcji Naczelnik Grupy przesyłał pisemne podziękowanie. Wreszcie kiedyś kolega Antoni powiedział mi, żebym „złożył papiery do GOPR, to grupa oszczędzi na papierze”, a ja będę chodził na robotę „bez łaski”. No i złożyłem. To było w 1985 roku, a po upływie stażu kandydackiego złożyłem też przyrzeczenie. I od tej pory robiłem to już „bez łaski”.

Archiwalne zdjęcie bieszczadzkiej grupy GOPR
W zamierzchłych czasach do transportu poszkodowanych w Bieszczadach używano furmanki. Na zdjęciu akcja po chorego na Tworylnem. (Fot. Archiwum Bieszczadzkiej Grupy GOPR)

Nie jestem dobrym materiałem na bohatera

– Liczył Pan ilu osobom uratował życie?

– Jeden taki przypadek na pewno mogę sobie zaliczyć, bo to było rzeczywiste przywrócenie czynności życiowych – zdarzyło się, choć akurat nie w górach. Brałem też udział w akcjach, w których odnalezione osoby mogły mówić o ocaleniu życia.

Ale ja nie jestem dobrym materiałem na bohatera, wielu moich kolegów ma na koncie prawdziwe ratownicze wyczyny w sytuacjach ekstremalnych. Oczywiście mam swoje powody do satysfakcji z działalności w górach, jednak wciąż odnoszę wrażenie, że więcej GOPR dał mi powodów do osobistych radości, niż ja sam wniosłem do tej organizacji. 

– A sam potrzebował Pan kiedyś pomocy?

– Zdarzyły mi się przed laty takie sytuacje, że gdybym miał możliwość, pewnie wtedy prosiłbym GOPR o pomoc. Ale to było w „czasach przedkomórkowych”, musiałem sobie samemu poradzić. I całe szczęście – kończyło się na dużym strachu.

Tamte zdarzenia sprzed lat sprawiają, że jestem bardziej wyrozumiały dla ludzi bezrozumnie pchających się w kłopoty w górach. Wiem, że do pewnych mądrości dochodzi się tylko przez doświadczenie. Ważne, żeby nie było to doświadczenie ostatnie.

– Którą z górskich akcji wspomina Pan szczególnie?

– Chyba najmocniej wciąż siedzą we mnie te pierwsze, nim jeszcze byłem w GOPR. Jedną z najtrudniejszych opisałem w „Drugim wołaniu z połonin” w rozdziale „Noc na Bukowym”. W ciężkich warunkach zimowych, nocą, szukaliśmy pięciu młodych chłopaków, w większości moich rówieśników. Szczęśliwie się to skończyło, choć z wielką dramaturgią, szpitalem i odmrożeniami u poszukiwanych.

Natomiast trudno mi zapomnieć o tragicznym zdarzeniu z tamtej zimy, gdy życie stracił kolega leśnik… Wspominam też udzielanie pomocy drwalowi na zrębie, gdy przypadek sprawił, że znalazłem się na miejscu we właściwym czasie i mogłem pomóc. Kilka było takich sytuacji o sporej dramaturgii. Wszystkie z lat 1981 – 1987, gdy pracowałem jeszcze w Bieszczadach, zostało mocno w pamięci.

_____

Z księgi wypraw Bieszczadzkiej Grupy GOPR:

14.02.1962 r., o godz. 15, samochodem wojskowym „Lublin” wyrusza z Sanoka wyprawa w składzie: czterech ratowników, oficer i dwóch żołnierzy z zamiarem dotarcia do odciętego przez zamiecie od kilku dni schroniska w Ustrzykach Górnych. Przebywają tam m. in. Roman Sz. z podejrzeniem złamania obojczyka, Jan K. ze zgniecionym palcem ręki oraz dwie osoby z wysoką temperaturą. Wyprawa (od Bereżek poprzedzana przez dwa spychacze) dociera do schroniska nazajutrz o godzinie 4.00 (84 km forsowano przez 13 godzin). Dwoje najciężej poszkodowanych umieszczono w kabinie spychacza i przez następne dziewięć godzin w czasie ciągłej zamieci transportowano do szpitala w Ustrzykach Dolnych (45 km).

Transport w bambusie i niesienie „na salceson”

– W tamtych czasach można było pomarzyć o dzisiejszym sprzęcie, a co dopiero, gdy królowały słynne bambusy i ratownicy startowali ze swoją działalnością…

– Miałem szansę ćwiczyć jeszcze transport w bambusie i być niesionym „na salceson” przez kolegów. Ale to tylko szkoleniowo, bo bambus nie był już wykorzystywany w praktyce. Do zwózki służył wtedy wózek alpejski, a zimą akia.

Tyle tylko, że wtedy jeszcze w góry się naprawdę chodziło. Trudno dziś wyobrazić sobie czasy, gdy ratownicy dyżurni w Ustrzykach Górnych nie mieli do dyspozycji żadnego samochodu, no chyba, że ktoś prywatnym był na dyżurze. Zdarzało się, że do transportu osoby poszkodowanej używano samochodu do przewozu drewna, autobusu kursowego lub furmanki z parku konnego. To brzmi dzisiaj jak bajka, ale tak było.

Cudem techniki były uaz komandorka oraz słynna blaszanka mogąca zabrać na pokład nieskończoną liczbę ratowników i dowieźć ich dość daleko w góry. Na szczęście była w miarę dobra łączność radiowa, a przy dobrej pogodzie możliwość wezwania śmigłowca. Ale rewolucję w transporcie oraz sprawności dotarcia do poszkodowanych zrobiły dopiero czterokołowce, pozwalające wjechać wprost na połoniny. No i oczywiście współpraca ze śmigłowcem, która w ostatnich czasach mocno się rozwinęła. Do praktyki i to z sukcesami wchodzą drony…

Mocno zmieniła się też technika poszukiwań osób zagubionych w górach, coraz rzadziej chodzi się tyralierą pokrzykując „hop-hop!”. Poszukiwani najczęściej podają już swoje położenie przez telefon komórkowy lub poprzez aplikację „Ratunek”.

Skuter Lynx na bieszczadzkiej połoninie. (Fot. Archiwum Bieszczadzkiej Grupy GOPR)

Kontakt przez „cegłę” z plecaka

– Pamięta Pan kiedy telefony komórkowe zawitały w Bieszczady? 

– Akurat byłem na akcji, gdzie po raz pierwszy w historii naszej Grupy komórka uratowała życie turysty. To był luty 1997 roku, a poszukiwany czekał gdzieś w lesie w paśmie Bukowicy. Trwało załamanie pogody, śnieg i lód wbijały się pod powieki. Wtedy właśnie kontakt poprzez niesioną przez turystę w plecaku „cegłę” sprawił, że akcja w ogóle ruszyła i zakończyła się szczęśliwie dla zaginionego. Dla wielu to już dziś prehistoria, bo komórka spowszedniała, ale wtedy pisały o tym wydarzeniu wszystkie gazety w regionie.

– A które z opowieści kolegów przeniesionych na karty „Wołania z połonin” zrobiły na Panu największe wrażenie?

– Na pewno te z pierwszych lat działania Grupy, bo one mają w sobie zupełnie inny smak, niż współczesne. Pamiętam, jak Oldek Czeczott opowiadał mi w swoim warszawskim mieszkaniu o wyprawie „Po filmowców z Trampa” (I tom „Wołania”). Dla mnie to była niesamowita egzotyka, sięgająca czasów, gdy Bieszczady były rzeczywiście bezludne.

Trudno też zapomnieć o historii „Siedzącego w sianie”, czyli narciarza, który złamał nogę na stoku Szerokiego Wierchu. Czekał w kopie siana, aż nadejdzie pomoc, ale przez te dłużące się godziny wymyślił protezę nogi! Potem, jako pracownik naukowy politechniki, ten pomysł zrealizował. Mocno też zapadły w pamięć opowieści o zdarzeniach tragicznych, śmierci od piorunów, czy katastrofie śmigłowca ekipy filmowej magazynu „997”.

Ludziom gór i samym górom

– Niełatwą pracę ratowników dokumentują też archiwalne fotografie zebrane w albumie „Ludziom i górom” (Wyd. Ruthenus) pod Pana redakcją…

– Wiele z nich po raz pierwszy ujrzało światło drukowanej kartki. Album „Ludziom i górom” to w dużej mierze praca zbiorowa, to szukanie koncepcji dla tej publikacji, zbieranie motywów i zdjęć. Tu wielką pomocą służył nasz znakomity kolega, Jan Jarosiński, członek honorowy GOPR oraz „chodząca encyklopedia” naszej Grupy. I to, co Janek zgromadził, to prawdziwe unikaty, pokazujące klimat minionej epoki.

Takich obrazków nie da się już powtórzyć, bo są to już inni ludzie, inne ratownictwo, choć niby góry te same. Ale udało się dotrzeć do zdjęć leżących przez dziesięciolecia w archiwach rodzinnych, jak również zdobyć setki bardziej współczesnych fotek od ratowniczej młodzieży. To znamienne, że przed laty na akcjach raczej nikt zdjęć nie robił, natomiast dziś to niemal oczywistość i dokumentacyjny obowiązek. Stąd obecnie duża łatwość uzyskania obrazków z gór i to z różnych dramatycznych okoliczności.

– Album jest wydawnictwem jubileuszowym…

– Taki był zamysł, żeby historia zawarta w kadrach zdjęciowych trwała. Dotarła do wszystkich ratowników oraz ich rodzin ku pamięci. Album jest poświęcony „Ludziom gór i samym górom”, jak głosi przesłanie ze strony tytułowej.

Na szczęście wydawca zrobił sporą nadbitkę nakładu i okazało się, że jest to bardzo „sprzedajna” książka. A co ciekawe, zdobyła ona jedną z głównych nagród w 6. Międzynarodowym Konkursie na „Najlepsze wydawnictwa o górach”, który odbył się w ramach 24. Międzynarodowych Targach Książki w Krakowie. Miałem zaszczyt uczestniczyć w gali rozdania nagród. Radość była tym większa, że jedno z wyróżnień otrzymała też moja książka „Lutek, co miał szałas na połoninie”. 

_____

Z księgi wypraw Bieszczadzkiej Grupy GOPR:

14.02.1964 r. Pogotowie Ratunkowe z Ustrzyk Dolnych zwraca się o pomoc wobec niemożliwości dotarcia lekarza do Nasicznego, gdzie oczekuje na pomoc kobieta z komplikacjami poporodowymi. Z Lutowisk wyrusza trzech ratowników (wynajętymi saniami z zaprzęgiem konnym, samochód GOPR jest w tym czasie w Cisnej i bierze udział w innej akcji) a jeden z Ustrzyk Górnych na nartach. Do Nasicznego docierają wieczorem. Przy chorej jest pielęgniarka. Wezwany śmigłowiec nie może przylecieć ze względu na zapadający zmrok. Utrzymywany jest kontakt telefoniczny z lekarzem GOPR. O godz. 23.00 dociera z Lutowisk felczer medycyny z lekami. W dniu 15.02. na improwizowanym lądowisku ratownicy przyjmują śmigłowiec, a przybyły lekarz wraz z pielęgniarką dokonują koniecznego zabiegu.

Lutek Pińczuk to symbol turystyki w Bieszczadach

– No właśnie, słynny gospodarz „Chatki Puchatka” kiedyś konno „patrolował” górskie szlaki. Nie sposób nie wspomnieć jego wkładu w historię bieszczadzkiego GOPR-u.

– Lutek Pińczuk niesie na sobie całą historię turystyki w Bieszczadach. Można śmiało powiedzieć, że jest jej symbolem. Dla bieszczadzkich turystów oraz goprowców pozostaje niekwestionowanym autorytetem.

Ale wspominając o nim, trzeba powiedzieć, że był rzeczywistym prekursorem turystyki konnej w górach i jednym z pierwszych psiarczyków w GOPR, czyli przewodnikiem psa ratowniczego. Jego pies Prut należał do goprowskiej elity, miał na koncie bardzo udane akcje. Zresztą Lutek był swego czasu najaktywniejszym spośród ratowników ochotników, zaangażowany nawet w pierwszą dyżurkę pod Tarnicą, którą sam zbudował w 1972 roku. Bieszczady i miłośnicy tych gór bardzo wiele mu zawdzięczają.

Dla mnie to osobisty zaszczyt i satysfakcja, że mogłem spisać opowieść o tym niepowtarzalnym egzemplarzu bieszczadnika w książce „Lutek, co miał szałas na połoninie”.

Quady są dużą pomocą w trudnym terenie. Akcja bieszczadzkiego GOPR z 2015 r.). (Fot. Archiwum Bieszczadzkiej Grupy GOPR)

– Na kartach 60-letniej historii grupy zapisało się także wielu innych zasłużonych ratowników. Które nazwiska są szczególne?

– Na pewno Karol Dziuban, pierwszy naczelnik i tak naprawdę organizator Grupy. To jego staraniem i pomysłem działalność ratownicza mogła się rozwijać w czasach bardzo trudnych, wręcz siermiężnych. Ale mimo wielu trudności umiał tchnąć niesamowitego ducha w tamtą młodzież, skupić wokół siebie znakomitości turystyczne, ale też umiejętnie sięgnąć po leśników z terenu Bieszczadów, bo oni byli przecież na miejscu.

Na pewno trzeba wspomnieć dwóch leśniczych: Kazimierza Hartmana i Kazimierza Osieckiego. Obydwaj z ratownictwem zetknęli się w 1958 roku w czasie pamiętnego kursu dla leśników, a do GOPR wstąpili w 1961 roku.

Wśród weteranów na pewno jest też Wojomir Wojciechowski, przed laty nadleśniczy w Lutowiskach. W latach 60. i 70. ubiegłego wieku średnio 7 – 8 pracowników jego nadleśnictwa należało do GOPR. Wśród nich byli m.in. Tadeusz Zając czy Kazimierz Aurzadniczek, słynny „Ruina”.

Bardzo wiele do GOPR wniósł Antoni Derwich, pracujący kolejno w nadleśnictwach Dukla, Lutowiska i Stuposiany, a następnie w Bieszczadzkim Parku Narodowym. Zawsze w swej leśniczówce prowadził punkt ratunkowy, zawsze też był wśród najaktywniejszych, jeśli chodzi o liczbę akcji w górach… Trudno wymienić wszystkich. Kiedyś liczyłem, że ratowników z leśnym rodowodem było około 30.

Ślady po dawnej siedzibie GOPR w sanockim skansenie

– Dziś chlubą GOPR-u, o której słyszy się także poza Podkarpaciem, jest m.in. Dominik Jagieła. Wsławił się m.in. tym, że obiegł Mont Blanc…

– To też leśnik, pracuje w Nadleśnictwie Dukla, bardzo młody, ale jako goprowiec niezwykle już doświadczony i zasłużony. Wielokrotny zwycięzca zawodów ratowniczych, uczestnik ultramaratonów, w których święcił spore sukcesy. Znam Dominika od 10 lat i widzę, że ma wielkie serce do lasu, ale duszę zaprzedał górom. Cieszę się, że potrafi łączyć te dwie pasje z pożytkiem dla lasu i ludzi.

– Wspominamy nazwiska, wspomnijmy też miejsca… Wielu współczesnych turystów może np. nie wiedzieć, że niegdyś pod Tarnicą funkcjonowała dyżurka ratowników. Z kolei ślady po ich siedzibie w dawnej „Chatce Puchatka” znajdziemy w sanockim skansenie…

– Po dyżurce pod Tarnicą została dziś nazwa Przełęczy Goprowskiej, wpisana oficjalnie jako urzędowa na mapy. Tamten namiot wśród gór był tak niepowtarzalnym, wakacyjnym zjawiskiem, że wielu miłośników Bieszczadów jego braku wciąż nie może wybaczyć.

Natomiast dyżurka w sanockim skansenie została odtworzona głównie staraniem Jaśka Jarosińskiego jako ta pierwsza wersja, sprzed ponad 20 lat. Stąd właśnie stary sprzęt łączności, archaiczna szafa wyprawowa i koza, służąca do ogrzewania tego skromnego pomieszczenia, które w rzeczywistości było jeszcze mniejsze niż jego skansenowska rekonstrukcja. Na szczęście, ocalało sporo eksponatów, które dziś u turystów sprzed lat, a zwłaszcza ratowników pełniących tam kiedyś dyżury, przywołają krocie wspomnień…

Dyżurka GOPR pod Tarnicą. (Fot. Archiwum Bieszczadzkiej Grupy GOPR)

Goprowcy wykonywali zastrzyki i… odbierali porody

– W przeszłości ratownicy byli niezwykle ważni dla miejscowej społeczności, niejednokrotnie pełniąc funkcję pielęgniarek…

– … i położnych, bo znamy zapisy z lat 60. o przyjmowaniu porodów. Rzeczywiście zakres upoważnień był niegdyś nieco szerszy, niż dzisiaj. Że wspomnę tylko o funkcji wykonywania zastrzyków dla ludności miejscowej czy turystów.

Dziś goprowcy nie mogą ich wykonywać, ale pamiętam czas, gdy na dyżurkę w Ustrzykach Górnych latem, przechodziło po kilka osób z prośbą o iniekcję leków, które mieli przepisane. Zdarzyło się też, że na jednym z dyżurów (lata 80.) przez tydzień codziennie podawałem zastrzyki psu pasterskiemu. A owczarek podhalański nie był przy tym tak łagodny, jak turyści.

Trzeba też dodać, że w książkach dyżurów jest w przeszłości sporo zapisów o wypadkach robotników leśnych i to nie tylko na zrębie. Częściej do obrażeń dochodziło w… miejscowych barach.

– Czy zatem statutowe zadania GOPR uległy ograniczeniu?

– Nie, od zawsze celem działań ratowników jest bowiem zarówno niesienie pomocy w górach ludziom, których zdrowie lub życie jest zagrożone, jak również zapobieganie wypadkom w górach – w czym ważna także rola mediów – i ochrona środowiska górskiego – to się nie zmienia. Natomiast zakres rzeczywistych działań pisze często życie. Bo wciąż przybywa form uprawiania turystyki, rośnie liczba turystów i zmienia się ich świadomość, nie zawsze na lepsze. Stąd coraz więcej akcji i coraz bardziej różnorodne zadania dla goprowców.

_____

Z księgi wypraw Bieszczadzkiej Grupy GOPR:

11.02.1966 r. ratownicy z trudem docierają do Tworylnego w celu udzielenia pomocy 39-letniemu Lucjanowi P. cierpiącemu na ropne zapalenie gardła. Stan chorego był poważny: temp. 40 stopni C, objawy wyczerpania spowodowanego niedożywieniem. Opiekował się nim 16-letni chłopak. Po podaniu środków przeciwgorączkowych przygotowano chorego do transportu. Kilkakrotnie wyciągano sanie z rozmiękłego śniegu. W Hulskim zmieniono konie, by o 7.00 dotrzeć do Zatwarnicy, gdzie chorego przekazano do sanitarki. Akcja trwała 15 godzin.

Tragedie w górach zdarzają się cały czas

– Dostęp do coraz nowocześniejszego sprzętu, wciąż nie gwarantuje sukcesu, często ekstremalnych akcji. Ludzie wciąż nie doceniają potęgi gór?

– Świadczy o tym liczba ponad 150 ofiar gór zapisanych w książkach wypraw Grupy Bieszczadzkiej. Są to głównie zamarznięcia, zawały, śmierć z wychłodzenia czy od pioruna, jak również wypadki komunikacyjne, ogólnie mówiąc. Niestety, bardzo często są one splotem bezmyślności ofiar z okolicznościami, jakie zazwyczaj można było przewidzieć.

Gdy przypominam sobie kilka z takich zdarzeń, to zawsze przychodzą mi na myśl młodzi ludzie, którzy wychodzili w góry zdrowi, weseli, pełni życia i… nigdy nie wrócili o własnych siłach, bo nie dało się im już pomóc. Wspomnę choćby historię opowiedzianą przez Grzegorza Chudzika we wstępie do I tomu „Wołania z połonin”, gdy 20-latek wybrał się latem (!) na Tarnicę i… zmarł w z wychłodzenia.

Głośna była historia 29-letniego Janusza, kierownika obozu kondycyjnego, który dbając o innych, zaniedbał własne bezpieczeństwo. Zmarł w lutym 1983 roku na Szerokim Wierchu. Na pewno wielu ma jeszcze w pamięci przypadek 25-letniej Kamili, która zmarła w Wielki Piątek 2015 roku pod Kopą Bukowską…

– To nie tylko tragedie tych młodych ludzi, ale i ich rodzin…

– Wielu można było uniknąć, gdyby wcześniej przyszła refleksja. To między innymi dlatego powstała kiedyś książka „Wołanie z połonin”. Jej dwa tomy zawierają sporo opowieści moich koleżanek i kolegów o górskich dramatach i tragediach. Wierzę, że dla kogoś miała ona wymiar profilaktyczny, kogoś przed bezmyślnością uchroniła…

Niestety, doświadczenie pokazuje, że ludzie wciąż niefrasobliwie podchodzą do naszych gór, a one tylko z pozoru są łagodne, bo dla nierozważnych potrafią być bezlitosne. Swoistym memento jest pomnik na Przełęczy Wyżnej ufundowany w 50-lecie Grupy.

Jak zostać ratownikiem GOPR

– A jakimi umiejętnościami musi dziś wykazać się ratownik GOPR? Nie każdy chętny trafia w te szeregi.

 – Ale każdy może się spróbować, bo co roku jest ogłaszany nabór. Trzeba oczywiście wykazać się dobrym zdrowiem, kondycją, umiejętnością jazdy na nartach i znajomością gór. Ale to dopiero początek. O przyjęciu w szeregi GOPR decyduje zarząd Grupy oceniający kandydata po dwuletnim stażu. Co roku kilku młodych ludzi składa przyrzeczenie, a to znaczy, że idea służby górskiej ma się dobrze.

– 60 lat minęło. Mamy komórki, GPS-y, specjalistyczną odzież i górskie obuwie. Jednak nic nie wskazuje na to, by ratownicy górscy przestali być potrzebni…

– Myślę, że będą potrzebni dopóki góry będą na swoim miejscu, a ludzi zauroczonych górską przyrodą nie braknie…

Akcja GOPR w Bieszczadach
Akcja z użyciem śmigłowca na Połoninie Wetlińskiej. Kwiecień, 2010 r. (Fot. Archiwum Bieszczadzkiej Grupy GOPR)

_____

WARTO WIEDZIEĆ

ZANIM W BIESZCZADACH POJAWILI SIĘ RATOWNICY…

… to leśnicy pomagali potrzebującym. Jak opowiada Edward Marszałek, był czas, że prócz ludzi zatrudnionych w lasach, nie było tu niemal nikogo. Turystyka w Bieszczadach zaczęła się dopiero w drugiej połowie lat 50., ale dotyczyła dość wąskiej grupy ludzi. A wypadki się zdarzały.

Jak choćby głośna śmierć pierwszego nadleśniczego z Wetliny, Wacława Reszkowskiego, żołnierza spod Monte Cassino, prześladowanego w czasach stalinowskich. Zaledwie 42-letni leśnik, ale mocno sterany życiem, doznał zawału i nie doczekał pomocy. Zmarł 3 lipca 1958 r. mając dopiero szansę na jako takie ustabilizowanie życia i spokojniejszą pracę.

Może to nie przypadek, że jeszcze latem 1958 r. Nadleśnictwo Stuposiany zorganizowało kurs ratownictwa górskiego. W Procisnem w leśniczówce leśniczego Kalinowskiego spotkało się 6 leśników oraz 2 prawdziwych asów ratownictwa z Tatr: Eugeniusz Strzeboński i Władysław Roj-Gąsienica zwany Szajbą.

Podczas kilkudniowego szkolenia leśnicy zapoznali się ze sposobami udzielania pierwszej pomocy oraz metodami transportu poszkodowanych w trudnych warunkach górskich. Nadleśnictwo, jak wspominał uczestnik tego szkolenia, leśniczy Kazimierz Osiecki, zakupiło wtedy ratowniczy tobogan, aby w razie potrzeby można było dokonać transportu poszkodowanego np. w wypadku przy pracy w lesie. Był to wówczas jedyny sprzęt ratunkowy w tych górach. Grupa GOPR powstała kilka lat później – zebranie organizacyjne odbyło się 21 września 1961 r. w Sanoku.

Udostępnij

Super Nowości - Wolne Media!

Popularny dziennik w regionie. Znajdziesz tu najciekawsze, zawsze aktualne informacje z województwa podkarpackiego.

Reklama

@2008 – 2024 – supernowosci24.pl Gravamen Media sp. z o.o. Super Nowości Wszelkie prawa zastrzeżone. All Rights Reserved. Polityka prywatności Regulamin